zamek
01.10.04, 23:45
Z racji wykonywanego zawodu wysłałem notki o swojej działalności do paru
leksykonów. Poza ewidentnie pozytywnymi skutkami tegoż pojawiają się i
negatywne. Jedno z wydawnictw co rusz usiłuje mnie czymś uhonorować - a to
jubileuszowym Medalem 2004 Intelektualistów na 2004 Rok, a to wpisem do Księgi
Honorowych Twórców (dawców?) Kultury... wszystko za cenę od 500 funtów
szterlingów w górę. Jakoś nie jestem łasy na te honory (nawet mimo perspektywy
posiadania medalu odlanego w srebrze z inskrypcją, którą sam ułożę); wszystko
to zanadto pachnie mi Mrożkiem i Lemem (kto czytał Kongres Futurologiczny,
wie, o czym myślę). Jednak pewne szwajcarskie wydawnictwo przebiło pod tym
względem wszelkie granice.
Otóż jeżeli w terminie do końca listopada prześlę im ankietę, w której
opowiem, jak bardzo przydaje mi się ich leksykon, mam szansę wylosować
gwiazdę. Nie, nie chodzi o dwutygodniowe wczasy z Monicą Bellucci (a szkoda!
od razu bym odpisał!) - dostanę na własność autentyczną gwiazdę z nieba wraz z
mapą z zaznaczoną pozycją mojej posiadłości w odpowiedniej konstelacji i
certyfikatem potwierdzającym przekazanie. Kilkanaście bilionów ton wodoru,
helu i paru cięższych pierwiastków na prywatny użytek.
Na szczęście szansa wylosowania gwiazdy jest bardzo mała. W polskiej edycji
tego leksykonu jest ponad 8 tysięcy stron, a moja notka zajmuje ledwie
szpaltę. Gdyby wszyscy rzucili się do losowania, to moja ankieta przepadłaby
nawet między listami z samej Polski. Ale prawdopodobieństwo płata niezwykłe
figle, więc trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.
Powiedzmy, że wygrałem. Od razu kłopot, bo bez papierów na energetyka
termojądrowego nie mogę takim urządzeniem zarządzać. A te kilka bilionów
kilowatogodzin to nie przelewki ani akumulator do malucha. Trzeba być po
studiach. Zatem 5 lat polibudy jak nic i to bez gwarancji, że w Łodzi zdobędę
potrzebny dyplom. Być może musiałbym pojechać do Genewy (w sumie Szwajcarzy
mnie w to wrobili, więc niech płacą) i postudiować w CERNie, gdzie
przynajmniej robi się raz na jakiś czas kilka mikrogramów należycie gorącej
plazmy. Ale w sumie pewności żadnej. Może lepiej od razu się zrzec? "Ależ
skąd!", podpowiada ambicja. Dobra, mam gwiazdę, mam na nią uprawnienia, coś
trzeba robić dalej, bo energia idzie na rozkurz. A tu ani tam pojechać, ani
kable pociągnąć... wszystko wali w próżnię jak pieniądze w lecznictwo. Za dwa
tygodnie mam na głowie kontrolę ze skarbówki, albo co gorsza z NIK-u. Czepiają
się, o co się da (jak zawsze), a w szczególności: dlaczego nikogo nie
zatrudniam (a może ktoś robi przy tej gwieździe na czarno?), gdzie są księgi
rozchodu energii (a rozchód jest, bo widać, że świeci) i dlaczego nie
odprowadziłem podatków. Już tyle wystarczy, żebym leżał i kwiczał, ale
ponieważ jest szansa, że wszelkie gremia kontrolne zagrzebią się na dobre w
Orlenie, więc może do mnie nie trafią. Ale to wcale nie koniec kłopotów.
Jeżeli jest to gwiazda tzw. ciągu głównego (na diagramie obszar oznaczony jako
main sequence), to z Bogiem sprawa. Przez
parę następnych miliardów lat spokój. Ale potem gwiazda zaczyna się starzeć i
- jak to gwiazda - kaprysić. Właściwie jest z nią dokładnie tak, jak z
gwiazdami na Ziemi - wśrodku staje się pusta, na zewnątrz się nadyma, a do
tego miewa wybuchy. A w efekcie takiego wybuchu produkuje całkiem niemało
promieniowania, zwłaszcza rentgenowskiego. W sam raz, aby wykończyć parę
pobliskich cywilizacji (jakoweś tamtejsze ONZ może to uznać za działania
wojenne, a wtedy do tysiącpięćsetnego pokolenia nie wyjdę z długów), a na
dodatek narazić ziemskie sieci komórkowe na straty jeszcze trudniejsze do
oszacowania niż polskie reparacje wojenne.
W każdą stronę wychodzi mi, że to zły interes. Dlatego nie wyślę im tej ankietki.
Chce ktoś gwiazdę? Odstąpię darmo, albo... WIEM! Sprzedam w Allegro!