kol.3
26.11.05, 21:23
Przeczytałam ten sążnisty artykuł. W podsumowaniu powinno być - po pierwsze -
nie śmiecić i nie brudzić, a nie pobożne życzenia, aby każdy podnosił pety.
Kiedy wychodzę rano na przystanek, na chodniku leży parę tysięcy petów. Dużo
prościej byłoby gdyby palacze wrzucali pety do kosza, a nie rozdeptywali je
butem przed wejściem do autobusu.
Nie za bardzo rozumiem co oznacza "respektujmy od przyszłych właścicieli
odpowiedzialność za czystość ich posesji", chyba powinno być - egzekwujmy.
Wychowałam się na ulicy Piotrkowskiej, w szacownej żydowskiej kamienicy,
pamiętam że moje podwórko i chodnik przed bramą były codzienne myte, dozorca
cały dzień obecny na podwórku pilnował, aby nikt niepowołany nie kręcił się
po klatkach schodowych i nie brudził ich, pamiętam dywany kwiatowe w pasażach
ulicy Piotrkowskiej, pamiętam zadbany i pełen klombów kwiatowych park
Sienkiewicza,tabliczki "Nie deptać trwaników" i nie deptane trawniki,
pamiętam, że dozorcy odśnieżali nie tylko chodnik, ale i połowę jezdni, a na
murach nie było żadnych napisów. Oskarżanie komuny o "zdewaluowanie reguł i
porządków" akurat w odniesieniu do śmiecenia jest niesłuszne, bo w moich i
chyba nie tylko moich wspomnieniach Łodź z czasów komuny była miastem dużo
czyściejszym niż obecnie (osobom które zechcą mnie w tym momencie
zlinczować, komunikuję że nie jestem specjalną wielbicielką tego
ustroju).Wiązało się to jednak z obecnością patroli milicji na ulicach i
realną odpowiedzialnością karną za rzucanie papierków. Skłonności do
wandalizmu i agresji było jakby mniej z tego prostego powodu, że ludzie mieli
pracę, wszystko było nastawione na to, by młody człowiek uczył się, uczył się
i jeszcze raz uczył się, nawet jeśli był odporny na wiedzę. Obecne wysokie
bezrobocie, poczucie wykluczenia ludzi z powodu długotrwałego bezrobocia nie
sprzyjają poczuwaniu się do odpowiedzialności za miejsce zamieszkania, za
miasto.