sieradzak
23.05.06, 15:05
Myślę, że ciekawy artykuł ?
W troszkę innym wydaniu dzieje się to w Sieradzu ?
----
Wtorek, 23 maja 2006
Tandetne Mazury
Michał Olszewski 21-05-2006 , ostatnia aktualizacja 22-05-2006 16:39
Od dłuższego czasu przyglądam się północno-wschodniej Polsce z rosnącym
rozgoryczeniem. Sposób, w jaki pielęgnujemy tę przestrzeń, jest dwuznaczny. A
może po prostu skandaliczny?
Rąbią drzewa przydrożne na Mazurach. Pracownicy służb drogowych tną stare
szpalery sadzone wzdłuż krętych szos jeszcze "za Niemca". Brzozy, jesiony,
kasztanowce, lipy. Te same, które latem zmieniały się w zielone wąwozy, dając
wytchnienie od słońca, a w zimowe miesiące pochylały się niczym pogrzebowe
chorągwie. Element tak niezbędny w północnym krajobrazie jak wieża ciśnień czy
dworzec z czerwonej cegły. Rąbią pomiędzy Białą Piską i Ełkiem, wokół Olecka,
pod Kętrzynem.
Przyczyny są proste: drogi zbyt wąskie, ruch samochodowy coraz większy. Ciągną
poszarpanymi zygzakami asfaltu tiry z tranzytem, turyści, przemytnicy,
gastarbeiterzy. Ciągnie naród zajęty budowaniem nowej rzeczywistości. W
sobotnie noce wracają autami pijane chłopaki z zabaw. Prędkość podróży wciąż
rośnie, łatwo wypaść z zakrętu albo wbić się w wiekowe drzewo. Każdy tydzień
przynosi informacje o śmiertelnych ofiarach północnego piękna.
W tunelach drzew, na krańcu każdej prostej, widać jednak problem ogólniejszy
niż odległość pni od pobocza: w północno-wschodniej części Polski pragmatyzm
wchodzi w ostre zwarcie z pięknem.
To starcie ma szczególny posmak, dokonuje się bowiem w niezwykłej przestrzeni.
Nazwijmy ją za Janem Józefem Lipskim i Robertem Trabą z "Borussii"
przestrzenią depozytu. Mikrokosmosem otrzymanym w niespodziewanym spadku.
Zarówno Lipski, jak i Traba mieli na myśli całość terenów, które po wojnie
przeszły z rąk niemieckich w polskie, ja ograniczę się do przestrzeni Mazur.
Od dłuższego czasu przyglądam się jej z rosnącym rozgoryczeniem. Sposób, w
jaki pielęgnujemy ów depozyt, jest dwuznaczny.
Dwuznaczny czy skandaliczny? Zostawmy znak zapytania - to, co dzieje się
obecnie na Mazurach, jest zbyt skomplikowane, by dokonać prostego gestu negacji.
***
Tak, jest we mnie rozgoryczenie. Pragmatyka i piękno nie muszą się wykluczać.
Chęć wygodnego życia może dopełniać potrzebę pielęgnowania historii.
Tymczasem, i tego właśnie nie mogę zrozumieć, na Mazurach owa oczywistość
nadal wygląda na wielką tajemnicę. Dlatego na stykach nowej Polski i pejzażu
porzuconego przez uciekających zimowymi drogami na zachód Mazurów słychać zgrzyty.
Zgrzytem są plastikowe okna wstawiane w przedwojenne budynki z czerwonej
cegły. Pasują jak adidasy do smokingu. Zgrzyta, kiedy klinkier, nieodłączny
element architektury mazurskiej, znika pod plastikowymi panelami, styropianem
albo różowym tynkiem.
Wspaniale, że moje rodzinne miasto odwróciło się po pięćdziesięciu latach
twarzą do jeziora i znowu tłoczno jest na bulwarach. Prawie jak na
przedwojennych pocztówkach. Tradycja odżyła, można wypożyczyć żaglówkę albo
wypić piwo w cieniu parasola. Jeszcze pięć lat temu było to nie do pomyślenia.
Dlaczego jednak nowa twarz ma tak tandetny charakter, dlaczego szczytem
mazurskiej myśli estetycznej są szprosy w plastikowych oknach, gięte
balustrady i łamany dach, identyczne jak w innych częściach kraju? Dlaczego w
nowej architekturze nie widać żadnych nawiązań do lokalnej architektury
przedwojennej?
Piętnaście lat po upadku komunizmu na Mazurach dzieje się proces paradoksalny:
z jednej strony nie boimy się tożsamości i pamięci przez dziesięciolecia
traktowanych jak obce. Ile to już pokoleń traktuje depozyt jak swoją własność?
Na przedwojenne cmentarze ciągną młodzi mieszkańcy Mazur, nie tylko po to,
żeby inwentaryzować nagrobki. Również po to, żeby zachłysnąć się północną
melancholią, dotknąć historii miejsca, w którym się urodzili. Ta historia
złożona z żelaznych krzyży, nazwisk Rogalla, Kutschinsky czy napisów
wyłażących ciągle jeszcze spod warstw starego tynku, w naturalny sposób z
cudzej zmieniła się we własną.
Przymiotnik "pruski" już od dawna nie parzy, więcej, stał się dla kolejnych
pokoleń Polaków urodzonych na Mazurach powodem do dumy. Bo "pruski" w
potocznym rozumieniu, bardziej niż arogancję i wojskowy dryl, oznacza
fantastyczną spuściznę architektoniczną, dziki pejzaż, krainę przewianą
chłodnym wiatrem.
Jak to pogodzić z faktem, że znikają mityczne Mazury? Tak się bez wątpienia
dzieje. Nie ma ów proces nic wspólnego z moją osobistą tęsknotą za krajem lat
dziecinnych i niegdysiejszymi śniegami. Świat ciszy, melancholii,
niezrozumiałej nostalgii, pejzaż Siegfrieda Lenza czy Erwina Kruka po prostu
odchodzi. Mazurscy harcerze chcieli policzyć kiedyś samowole budowlane w sercu
Mazur, czyli powiecie piskim. Zatrzymali się na cyfrze 2500. Mazury, a
przynajmniej ich najpiękniejsza część, zmieniły się w zagłębie turystyczne.
I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie jakość turystyki. Nowe Mazury to
szczyt sezonu w Mikołajkach, Mrągowie, Piszu, Giżycku, miejscowościach, które
już dawno skreśliłem z mapy wakacyjnych wędrówek, przez kilka letnich miesięcy
nie oferują one bowiem nic poza hałasem i brudem. To jazgotliwa rzeczywistość,
wymarzona dla amatorów ścigaczy wodnych. W wakacje przypominają landrynkę, a
po sezonie nowoczesne pobojowisko, przez które przewaliła się horda ludzi
spragnionych szybkiego i intensywnego wypoczynku. Pozostaje krajobraz pełen
śmieci, puszek po piwie i tęczowych plam benzyny na wodzie jezior.
***
Depozyt to nie tylko oczywiste składniki pejzażu mazurskiego wymieniane przez
Trabę: cmentarz, kościół neogotycki, dworzec, zamek krzyżacki, pałac lub dwór.
Również drogi, wygląd domów jednorodzinnych, falistość pejzażu. Wiedza, że
pomyłki architektoniczne wielkości hotelu Gołębiewski w Mikołajkach skutkują
fatalnymi pęknięciami w krajobrazie. Poczucie, że nie wszędzie wolno budować.
Takiej świadomości nie ma. Dlatego krajobraz mazurski niszczeje szybciej niż w
czasie PRL-u, kiedy północny wschód był miejscem trudno dostępnym i
zahibernowanym jak w bryle lodu.
Przez dziesiątki lat depozyt niszczał powoli. Rozpadały się w spokoju
podmiejskie dwory. Miło buzował w piecach ogień podsycany poniemiecką komodą
czy krzesłem. Zniszczone radzieckimi moździerzami miasta projektowano tak, by
zerwać jakąkolwiek ciągłość pomiędzy nową architekturą a przedwojennymi
pozostałościami. Cudze spokojnie znikało z pejzażu. Naprzeciwko kamienic
zamożnych mieszczan wyrosły kanciaste bloki, w zachowanych pierzejach pojawiły
się żelbetowe plomby.
Mazury nie były wyjątkiem i nie byłoby potrzeby rozdrapywania starych ran po
raz kolejny, gdyby nie to, że pojawiają się nowe. Nie wypracowaliśmy
dotychczas refleksji, jak pogodzić ochronę mazurskiej przestrzeni z oczywistą
potrzebą wygody. Jeżeli refleksja ta się pojawia, to w wąskich kręgach
historyków. Nie promieniuje na zewnątrz.
Oczywiście załamuję ręce nad prawidłowością szerszą, niezwiązaną wyłącznie z
Mazurami: cały kraj przestaje być terenem egzotycznym i melancholijnym.
Znamienne, jak widzi Polskę gwiazda niemieckiego dziennikarstwa Wolfgang
Buscher, który w książce "Berlin - Moskwa: podróż na piechotę" opisuje swoją
pieszą peregrynację przez Europę Środkową. Polska jest dla niego jednym
wielkim placem budowy, składem materiałów budowlanych, hurtownią glazury, ale
na pewno nie ziemią mityczną. Ta po 1989 roku odsunęła się dalej na wschód.
Gdzie zaś szukać resztek mitu mazurskiego? Może zimą albo w środku deszczowej
jesieni, może daleko od serca regionu, które bije pospiesznie i bezmyślnie?
***
Czy z rozgoryczenia może narodzić się całościowy projekt, który ochroniłby
więcej niż pojedyncze klejnoty wyłuskane z krajobrazu? Trudno mi to sobie
wyobrazić. Nie zmienimy Mazur w skansen, nie otoczymy ich drutem kolczastym.
Istnieje społeczne przyzwolenie na ochronę jedynie ułomków depozytu. Warto
zresztą przypomnieć, że kilkanaście lat temu przyrodnicy podnosili pom