big_news
01.12.06, 10:53
Ryba był marnej postury. Dość wysoki, ale szczupluteńki, można by nawet rzec,
że wymizerowany. Nikt, kto bliżej Ryby nie znał, nie posądziby go o pewne
zdolności. Jedną z takich umiejętności, jaką obdarzyła go natura, była rzadka
sztuka wypicia 20 piw bez odlania się w międzyczasie. Dzięki takiemu darowi,
Ryba był bardzo przez kumpli szanowany. Bo to dzięki Rybie, mogli oni często
gęsto nachlać się za darmo. Otóż szli oni w kilku, z Rybą na czele rzecz
jasna, do jakiejś knajpy czy baru (bo pubów wtedy jeszcze za dużo nie było) i
zakładali się z biesiadnikami o pare butelek wódki, że ten oto wymoczek
pochłonie 10 litrów piwa, bez odwiedzania wuceta. Propozycja była chętnie
przyjmowana, bo nikomu z prowokowanych do głowy nie przychodziło, że taka
mizerota jest zdolna do podobnego wyczynu. Usadawiał się więc Ryba wygodnie,
przed nim stawiano 20 żywców lub innych tyskich i po jakiś 30-40 minutach
butelki były puste. Dopiero wtedy chłopię z wielkim trudem wstawało, szło do
kibelka i oddawało to, co w tak nadmiernej ilości przyjęło. Kumple brali
wygrane flaszki z wódką w kieszenie oraz wypróżnionego Rybę pod pachy i
transportowali go pod drzwi mieszkania. Ryba mimo wyjątkowo pojemnego
pęcherza, miał niestety słabiuteńką głowę. Skutkowało to tym, że w drodze do
domu zawsze tracił świadomość. Ryba miał też nieszczęście być synem rodziców
pracujących w organach bezpieczeństwa. Ojciec był oficerem, a matka sierżantem
tej formacji. Do tego tatuś Ryby był służbistą także w domu. Każdy powrót Ryby
z knajpy, kończył się dla syna łomotem. To dlatego kumple Ryby zostawiali go
narąbanego i nieraz leżącego na wycieraczce, bo nie chcieli być równie obitymi
co kolega. Mimo to Ryba, który lubił swoich kumpli nad wyraz, poświęcał się
dla nich ochoczo i dość często. Kilka razy nawet zaprosił ich do siebie pod
nieobecność starych i częstował zasobami bogato wyposażonego barku. Starał się
być przy tym ostrożnym, więc z poszczególnych butelek odlewał tylko po trochu,
a następnie ubytki uzupełniał wodą. Odkręcał tylko butelki wcześniej
otwierane. Na nic się jednak te zabiegi zdawały. Zawsze stary Ryby, po
powrocie do domu, jakimś cudem odkrywał fakt, że wóda gdzieś wyparowywała. No
i Ryba przyjmował kolejne łomoty. I Ryba i jego kumple niejednokrotnie głowili
się nad tym, w jaki sposób oficer w niebieskim mundurze, zastawia na nich
swoje przemyślane pułapki. Nim Ryba otworzy barek, oglądali drzwiczki
dokładnie. Niczego nie dostrzegali. Przyglądali się flaszkom, etykietom na
nich, rejestrowali ich ustawienia. Wszystko na nic. Każdorazowo po dojeniu
koniaczków, winiaczków, czyściochy i innych goldwaserów, Ryba dostawał oklep.
Nadszedł wreszcie dzień, w którym Ryba kończył 21 lat. I to dopiero wtedy, a
nie z okazji osiemnastki, dziewiętnastki czy dwudziestych urodzin swojego
syna, mundurowi rodzice Ryby urządzili mu przyjęcie, na które mógł oficjalnie
zaprosić do domu własnych kumpli. Takimi bowiem staroświeckim zasadami
kierowano się w tej rodzinie, i już. Stół był ciężko zastawiony. Gęsto było na
nim od półmisków z mięsiwem wszelakim, salaterek z sałatkami, miseczek z
przekąskami. Stały też mnogo butelki, zawierające różnokolorowe płyny
wyskokowe. Koledzy byli wystrojeni, ale i mocno stremowani. Starzy Ryby
uroczyści. Najpierw ojciec wygłosił długą tyradę o kropnej dzisiejszej
młodzieży i grożących jej życiowych pułapkach. Najwięcej czasu poświęcił
problemom alkoholowym. Ponieważ gadał i gadał, to zasychało mu w gardle.
Zrozumiałe więc, że w tej sytuacji często je płukał. I nie robił tego żadną
mineralką, tylko co i rusz łykał dużego kielicha, o którego zawartość dbała
matka Ryby. Pod koniec perory stary ledwo stał już na nogach. Kiedy skończył i
usiadł, kumple Ryby, a i on sam także, wreszcie się rozluźnili. Po spełnieniu
kilku toastów jeden z nich odważył się zadać pytanie.
- Proszę pana. Czy może pan nam powiedzieć, skąd pan każdorazowo wiedział, że
wtedy, kiedy odwiedzaliśmy Rybę, konsumowaliśmy pana alkohole? -.
Stary z wielką satysfakcją powiódł po nich wzrokiem człowieka, który ma nad
nimi olbrzymią przewagę i łaskawie, choć dość niezbornie, wydukał.
- Hm, no dobra, powiem wam. Na każdej zakrętce, na każdym kapslu, były
dwa-trzy ziarenka soli. Jak okręcaliście butelki, to one spadały. Kiedy
wracałem do domu, zawsze sprawdzałem palcem, czy są te ziarenka na wierzchu
czy ich nie ma. Jak nie było, to sprawa była jasna. Wtedy Ryba dostawał
wpierdy. Od dzisiaj, ponieważ stał się już mężczyzną, rezygnuję z tych metod
-. Sprawiał w tym momencie wrażenie człowieka wielcedusznego.
I tak oto, dzięki operacyjnym metodom stosowanym przez ojca jednego z kumpli,
kilku chłopaków zrozumiało powiedzenie, o zjedzeniu beczki soli;)