amoremio
22.04.05, 05:00
Wspomnienia „Czerwonego Barona“:
www.baron.dziennik.swidnica.pl/indexk.php
Pisze o Promnicach:
www.baron.dziennik.swidnica.pl/ksiazka13.php
Żubr
Podczas odwiedzin w Kwaterze Głównej spotkałem księcia von Pless. Pozwolił mi
zapolować na żubry w swojej posiadłości. Zwierzęta te już wymarły. Na całej
ziemi są jedynie dwa miejsca, w których można je znaleźć. Są to posiadłości
Pless oraz Białowieża, tereny byłego cara. Rzecz jasna, białowieskie lasy
sporo ucierpiały podczas działań wojennych. Wiele wspaniałych żubrów, które
powinny być zastrzelone przez cara lub innych monarchów, zostało zjedzonych
przez niemieckich strzelców.
Dzięki uprzejmości Jego Książęcej Mości dostałem pozwolenie na strzelanie do
tych zwierząt. Za kilka dziesięcioleci nie pozostanie już żadne. Dotarłem do
Pszczyny po południu dwudziestego szóstego maja i bezzwłocznie wyruszyłem ze
stacji, gdyż jeszcze tego samego wieczoru chciałem ustrzelić byka. Jechaliśmy
drogą przez gigantyczną posiadłość, którą odwiedzało wiele koronowanych głów.
Po około godzinie wysiedliśmy i po półgodzinnym spacerze dotarliśmy na
pozycję strzelecką. Nagonka była już na miejscu. Dano sygnał i zaczęło się
polowanie.
Stałem na ambonie na wprost lasu, wcześniej zajmowanej przez Jego Wysokość,
który stamtąd ustrzelił wiele żubrów. Czekaliśmy sporo czasu. Nagle ujrzałem
pośród zarośli wielkie czarne, toczące się monstrum. Szło w moim kierunku.
Dostrzegłem je wcześniej niż leśniczy. Przygotowałem się do strzału i muszę
przyznać, że ogarnęła mnie gorączka polowania. To był mocny byk. Gdy znalazł
się w odległości dwustu pięćdziesięciu kroków miałem nadzieję, że będzie mój.
Pomyślałem, że jest za daleko by strzelić. Oczywiście, powinienem trafić
potwora, gdyż wręcz niemożliwością byłoby spudłować do tak potężnej bestii.
Poza tym, zetknięcie z nim na pewno nie należałoby do przyjemności. No i
śmiesznie byłoby, gdybym nie trafił, tak więc stwierdziłem, że powinienem
poczekać aż się zbliży. Zapewne zauważył nagonkę, bo nagle wykonał zwrot i
szybko ruszył pod ostrym kątem w moją stronę i z szybkością, która wydawała
mi się niewiarygodna. Byłem w złej pozycji do oddania strzału, a byk po
chwili zniknął za grupą potężnych jodeł. Słyszałem jego chrząkanie i tętent
kopyt. Straciłem go z oczu. Nie miałem pojęcia czy wywęszył mnie czy też nie.
W każdym razie, zniknął. Przelotnie zobaczyłem go jeszcze w oddali, po czym
odszedł.
Nie wiem czy był to niezwyczajny wygląd zwierzęcia, czy też coś innego
zawładnęło mną. W każdym razie, w chwili, gdy byk był blisko poczułem to samo
uczucie, tę gorączkowość, która ogarnia mnie kiedy siedzę w moim samolocie, z
daleka dostrzegam Anglika i muszę lecieć z pięć minut, by zbliżyć się do
niego. Jedyną różnicą jest to, że Anglik może się bronić. Gdybym nie stał na
tak wysokiej ambonie, to kto wie, czy zagrałyby we mnie jakieś moralne
uczucia. Wkrótce zbliżył się drugi żubr. Ten również był ogromnym kolesiem.
Sam ułatwił mi oddanie strzału. Wypaliłem do niego z odległości stu kroków,
ale straciłem sposobność do trafienia w bark. Miesiąc wcześniej, Hindenburg
powiedział mi opowiadając o żubrach: "Musisz wziąć ze sobą sporo magazynków.
Ja zużyłem na takiego jednego aż sześć, bo nie chciał łatwo umrzeć. Ma bardzo
głęboko serce i chybienie jest regułą." Była to prawda. Mimo, że wiedziałem
dokładnie gdzie żubr ma serce, to jednak nie trafiłem. Oddałem drugi i trzeci
strzał. Trafienie za trzecim razem sprawiło, że byk zatrzymał się około
pięćdziesiąt kroków przede mną. Pięć minut później bestia była martwa.
Polowanie skończyło się. Wszystkie trzy kule trafiły go ponad sercem. Teraz
jechaliśmy opuszczając wspaniałe tereny łowieckie, na których goście księcia
von Pless strzelali co roku do jeleni i innej zwierzyny. Po jakimś czasie
ujrzeliśmy teren domu w Promnitz. Jest usytuowany na półwyspie. Przedstawia
cudowny widok, a na pięć kilometrów dookoła nie ma żadnych ludzi. Niejeden
tęskni za uczuciem, którego doznał odwiedzając rezerwat nadzwyczajnej
życzliwości w posiadłości księcia, rezerwat rozciągający się na czterystu
tysiącach mórg. Są tam wspaniałe jelenie, których nigdy nie widział żaden
człowiek. Nawet leśniczy ich nie spotkał. Tylko okazjonalnie ktoś do nich
strzela. Niejeden mógłby wędrować nawet cztery tygodnie i nie zobaczyłby
żadnego żubra. Podczas pewnych okresów roku jest niemożliwością znaleźć
choćby jednego. Lubią ciszę i mogą ukrywać się w gigantycznych lasach, wśród
plątaniny drzew. My za to ujrzeliśmy niejednego wspaniałego koziołka.
Po dwóch godzinach dotarliśmy do Pless, jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu.