jaceq
21.10.06, 21:37
W dzisiejszym "Dzienniku" znalazłem "Żywą torpedę", czyli sierotę po "Rzepie",
Macieja Rybińskiego:
"...podczas dyskusji po emisji taśm Gudzowatego (...) redaktor Najsztub
stwierdził, że przecież wszyscy dziennikarze stale stykają się z sytuacją, w
której otrzymują informacje lub strzępy informacji, podrzucane przez przez
służby specjalne. Istotnie, musi to być powszechna praktyka, skoro nikt z
pozostałych uczestników dyskusji, a były to same osoby zacne, ani się nie
żachnął ani nie zaprzeczył. Poczułem się upokorzony. Pracuję już bardzo długo
w tym zawodzie i jeszcze nigdy żaden funkcjonariusz służb nie poinformował
mnie o niczym ani nie starał się zainspirować."
A może poinformował i zainspirował, w sposób, którego redaktor Rybiński
zwyczajnie nie zauważył? Wszak nawet taki Józef Szwejk miał kontakty ze
służbami spec [w osobie niejakiego Bretschneidera, tego co to go potem pożarły
własne psy]. Tylko że Szwejk doskonale wiedział, z kim rozmawia. Byłbyż
redaktor R. głupszy od Szwejka i bardziej naiwny od Michnika?
Pisze dalej Rybiński:
"Jak mi doniesiono [doniesiono - sic! - dop. mój, J.] w czwartkowej edycji
"Presserwisu" [nigdy nie wiem, ile "s" użyć w tej nazwie] szef tegoż
skomentował mój dziennikowy tekst o "Fakcie" i Grzegorzu Jankowskim tak:
"niektórzy pracownicy wyznają zasadę, że dzień bez podlizania się jest dniem
straconym". (...) Przyznaję się. Podlizuję się, bo chcę zrobić karierę.
Awansować. Moim celem jest stanowisko zastępcy kierownika działu sportowego."
Czytałem ten tekst, w którym red. Rybiński filozoficznie uzasadnia potrzebę
istnienia takich gazet jak "Fakt" i składa głęboki hołd redaktorowi naczelnemu
tejże. Nie wiem, kim tam u nich jest red. Rybiński, ale czytając go miałem
wrażenie, że stara się on nie o posadę zastępcy kierownika działu sportowego,
ale pomocnika zastępcy kierownika działu transportowego, a może nawet i
kolportażu.