Dodaj do ulubionych

Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka?

14.11.07, 08:15
bardzo prosto, "Bozi sie cos po..."
Obserwuj wątek
    • kpix Boze ... 14.11.07, 10:49
      Moja bliska znajoma, mama dwojga malych dzieci (2 i 4,5 roku), mloda kobieta, od
      roku walczy ze zlosliwym rakiem. Ma nieprawdopodobna wole walki, ale ten bazyl
      ja dobija. Prosze osoby wierzace o chwile modlitwy za nia, to dla niej bardzo
      wazne ...
      • kpix ps. 14.11.07, 11:12
        ta wspaniala dziewczyna od roku prowadzi watek na forum Jandy
        gdzie opisuje walke z tym swinstwem

        krystynajanda.net/forum/viewtopic.php?t=72998
        W internecie istnieje wiele blogow osob z ciezkimi chorobami,
        walczacych o normalnosc. Czytajmy o tym, rozmawiajmy o tym,
        chodzmy do lekarzy, rzucaj nalogi, zmieniaj diete,
        zanim przyjdzie ten ohydny leszcz rak.
        • Gość: chichi Re: ps. IP: 74.12.154.* 23.11.07, 03:39
          Juz nie przesadzajamy, przez stulecia kobiety umieraly mlodo w
          czasie porodow lub w pologu, zostawialy malenkie dzieci, ktorymi
          zajmowala sie blizsza lub dalsza rodzina. To nie jest zaden fenomen
          naszych czasow, ze mlode kobiety odchodza wczesniej niz dorosna ich
          dzieci. Rozne tragedie zdarzaja sie w wielu rodzinach - a to smierc
          dziecka, a to smierc rodzica, czesto przewlekla lub nieuleczalna
          choroba ktoregos z czlonkow rodziny. To sie nazywa ZYCIE - malo komu
          trafia sie miec wszystko gladko i przyjemnie od narodzin po smierc w
          wieku 115 lat - cudow nie ma. A psycholodzy z czegos musza zyc wiec
          wymyslaja sobie terapie dla dzieci i inne takie. To jest dopiero
          szalenstwo naszego stulecia.
          • mazunia1 Re: ps. 23.11.07, 06:14
            No cóż Chichi, pewnie w Twojej rodzinie żałoba jeszcze nie
            zagościła, skoro piszesz w ten sposób. Oczywiście masz rację, że
            śmierć towarzyszy nam zawsze, ale uwierz, przeżywanie umierania i
            śmierci bliskiej osoby to bardzo traumatyczne przeżycie, z którym
            trudno sobie poradzić, a pomoc psychologicza w takiej sytuacji jeśli
            jest skuteczna to nie powinna być krytykowana.
            • Gość: Yanka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: *.lodz.dialog.net.pl 23.11.07, 08:04
              Witajcie:-)
              Przyłączam się do zdania mazunia1. Mam mocne podstawy. Wprawdzie
              moje dzieci są starsze niż opisywane w artykule, ale własnie to
              dlatego jest dla nich trudniejsze - bo rozumieją, bo wiedzą czego
              się bać... Pozostanie kilkuletnich dzieci w rodzinie - jasne, że
              jest tragedią, ale do jakiegoś stopnia łagodzona przez ojca/matkę,
              babcie, ciocie. Moja(a właściwie nasza) historia jest nieco inna.
              Do niedawna byliśmy z mężem "pupilkami" szpitala im. Kopernika w
              Łodzi. Do niedawna, bo w październiku mąż odszedł. Walczyliśmy od
              2004 r. Do tej walki osobiście ze swoim problemem dołączyłam się w
              2005 r. (wcześniej teść - 2002 [*], teraz matka -2007 ).
              Nie wiem, jak długo dane mi będzie być z moimi dziewczynami, ale mam
              problem - one zostaną całkiem same. Nie ma dziadków, cioć
              (rodzeństwo moje i męża odiziolwało się - sic!). Pomoc
              psychologiczna jest ogromnie potrzebna. Zta tylko różnicą, że od
              początku dawaliśmy ją sobie sami. Nie było łatwo, jest teraz jeszcze
              gorzej. Musimy się przygotowywać po raz drugi. Nawet porządkowanie
              dokumentów , to wielki ból! Już teraz załatwiając sprawy związane ze
              śmiercią męża muszę je ustawiać tak, jak powinno zostać po moim
              odejściu. Robimy to wspólnie - nie ma wyjścia. W tym wszystkim
              pocieszające jest to, że mamy na tyle siły ( jak długo jeszcze ?!),
              że terapeutyczną siłę mają nasze osobiste rozmowy. Nie korzystaliśmy
              z pomocy psychologa, ale przecież ne wszystkim się to udaje.
              Rzeczywiście - pomoć psychologa przydałaby się w kontaktach pomiędzy
              mną a moimi rodzicami i w drugą stronę także. Reakcją mojej matki na
              wieść o moim raku było odrzucenie - zero kontaktu - teraz sama
              choruje na raka... Już nie umiem z nia rozmawiać. Byłam u niej
              wczoraj i niestety zaszkodziło mi to. Same żale, choć od 17 lat nie
              byla w moim domu ( "bo to nie tylko jest mój dom" - jak mówi ). Ale
              osoba o wysokim stopniu egoizmu nawet w takiej sytuacji nie jest w
              stanie podjąć dialogu. Szkodzi sobie i mnie i tak od wielu lat.
              Nigdy nie zaakceptowała mojego męża i teraz niecały miesiąc po jego
              śmierci dalej artukułuje te same pretensje. Nie mogę tego zrozumieć,
              że nie potrafi przełamać w tej sytuacji swojego, odziedziczonego po
              ojcu schematu despotyczno-egoistycznych zachowań. Jedyna do
              przyjęcia wersja relacji - to ja - wieczne dziecko elokwentnej
              mamusi, wszystko wiedzącej lepiej, dla której to, że buduję dom było
              mniej ważne od tego, że kuzyn wstawił nowe drzwi balkonowe.
              Jak sobie dać z tym radę ? Może jest wśród nas psycholog, który
              pomoże mi to zrozumieć ? Bo od wielu już lat radą na ten problem
              było również ograniczenie równiez z mojej strony kontaktów, bowiem
              uważałam, że założona przez nas rodzina jest ważniejsza od animozji
              mojej matki. I dalej tak uważam, zwlaszcza po wczorajszej wizycie.
              Przetrwaliśmy z mężem wiele chwil szczęśliwych i wiele mniej
              pomyślnych i teraz, kiedy go już nie ma nie mogę pozwolić na kolejne
              spory z rodzicani o to, co kiedyś zrobił, czy powiedział - co im się
              nie podobała. Jestem Mu to winna !
              • Gość: córka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: 194.42.116.* 23.11.07, 08:28
                Moja mama chorowała 13 lat. Zaczęło się, gdy byłam dzieckiem, umarła rok temu i
                chociaż w tym czasie zdążyłam dorosnąć, nadal bardzo ciężko było sobie z tym
                poradzić. W ostatnich miesiącach jej choroby bardzo pomogły mi wizyty u psychologa.
                W jakim by człowiek nie był wieku, tak trudne doświadczenia jak ciężka choroba i
                śmierć będą przeżyciem traumatycznym.
                Yanka, zachęcam, idź do psychologa. Oni są od tego, by pomóc, a czemu masz sobie
                radzić całkiem sama, jeśli ktoś Ci może pomóc?
                Swoją drogą, podziwiam Twoją silę. Przesyłam uśmiech i dobrą energię
                • Gość: Yanka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: *.lodz.dialog.net.pl 23.11.07, 09:21
                  Dzięki Ci Córko za dobre słowo :-)Od takich ludzi, jak Ty otrzymuję
                  duzo wsparcia. Przyjaciele mojego męża także wiele mi pomogli, ale -
                  rzeczywiście pewne rzeczy trzeba zrobić samemu. Inaczej się nie da.
                  Nie wykluczam spotkania z psychologiem, ale raczej po tym jak
                  poradzimy sobie ze wszytkimi sprawami rodzinno-finansowymi po
                  smierci męża. Ogromnie duzo rzeczy trzeba zalatwić, jak się okazuje
                  ( mamy jeszcze nie zakończona budowę domu i "trochę" kredytów . ale
                  możliwość podzielenia się z kimś tym wszystkim, co we mnie siedzi
                  zawsze trochę ulży. Nie chce wczorajsza wizytą u matki zatruwać
                  kruchej równowagi u dzieci, jaka udało się nam uzyskać.
                  Bądźcie z nami :-)Ja ze swej strony przekazuję wszytkim, którzy tego
                  potrzebują swoje wsparcie duchowe - dacie radę ! To się uda - w imie
                  miłości do tej osoby, ktora odeszła kontynuujmy wspólne zamierzenia
                  i dajmy sobie szansę na radość dotrzymania danego słowa.
                  • 123xx Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 23.11.07, 11:54
                    Hej Yanka,
                    wierze, ze dasz rade. Patrz w przyszlosc, chociaz to ciezko.
                    Zachorowalam 7 lat temu. Moje corki byly juz prawie dosrosle, ale
                    tylko prawie -16 i 17 lat. Od poczatku rozmawialam z nimi na ten
                    temat, co sprawialo mi bol, ale myslalam, ze tak bedzie najlepiej.
                    Rozmowy z nimi podbudowywaly mnie. Wlasciwie razem pokonalysmy
                    chorobe. Mimo, ze jestem oficjalnie wyleczona ta choroba jest zawsze
                    z nami. Zmienila nas. Zrzylysmy sie bardzo. Potrafimy docenic chwile
                    spedzone razem (corki studiuja daleko od domu). Wyrzucilam z mojego
                    zycia osoby, ktore nie chcialy (moze nie umialy) mi pomoc. Nie
                    potrzebuje takich przyjaciol. Nie obchodza mnie. Musze dbac o moje
                    zdrowie moje zycie, mam tylko jedne. Badz egoistka. Czasami bylo
                    bardzo ciezko, ale warto walczyc.!!!
                    Pozdrawiam
                    • Gość: Yanka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: *.lodz.dialog.net.pl 23.11.07, 17:53
                      123xx - jak miło, że się odezwałaś :-)Czy dobrze zrozumialam, że
                      byłas sama w tym czasie z córkami ? Tak, masz rację - dobry egoizm
                      jest potrzebny. Myślę, że nieprędko pokażę się o rodziców. Mój
                      ojciec nagle poczuł się górą, choć przez lata obserwowałam jak
                      ustępował matce. To jego nieznośne "Yes, madame!" na każda głupotę,
                      którą wypowiedziała matka... Powiedziałam sobie, że mam obowiązek
                      wobec dziewczyn i męża, a wreszcie i wobec siebie: przetrwać godnie
                      jak najdłużej, nie dać się rodzince, bo teraz im się uwidziało, jak
                      opiekuna brakło, swoja politykę ponownie wprowadzić. Nie ma takich
                      zwierząt! Z córkami rozmawiamy o wszystkim, pomagamy sobie bardzo -
                      zawsze bylismy taką wspólnotą plemienną, że w ogień za sobą byśmy
                      wskoczyli. A to oznacza odpowiedzialność zarówno za siebie, jak i za
                      innych. Moja matka potrafi tylko wymagać - uwagi, opieki, pochwał.
                      Potrafi nakrzyczeć na ojca, kiedy ją leżącą po operacji obsługiwał.
                      Nie mogę już na to patrzeć. Mimo wszystko chcę żyć.
                      Dziękuję!
                      • aistionnelle Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 23.11.07, 18:52
                        Właśnie Yanko , zdrowy egoizm jest teraz najważniejszy , rób to na
                        co masz ochotę , spotykaj się tylko z tymi , których naprawdę
                        potrzebujesz i chcesz widzieć.Nie zmuszaj się i nie daj wciągać
                        w "zatargi plemienne ".Często nowotwór jak każda trudna sytuacja
                        prowadzi do konfliktów , ponieważ odsłania do tej pory utajone
                        problemy .Myśl o sobie , o córkach , czytaj pogodne książki, ciesz
                        się chwilą ,koniecznie każdego dnia poświęć kilka chwil na coś
                        przyjemnego i koniecznie się uśmiechaj , nawet jak bliżej ci do
                        płaczu .Musisz wierzyć ,że będzie lepiej ,że się uda .Z tą chorobą
                        wygrywają przede wszystkim ci, którzy są silni i wierzą że mają po
                        co i dla kogo żyć i jeszcze tyyyyyyyle do zrobienia tutaj:-)
                        Pozdrawiam bardzo serdecznie A
                        • Gość: Yanka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: *.lodz.dialog.net.pl 23.11.07, 19:24
                          Dzięki za poparcie, choć jae też niestety wiele spraw, na które
                          wcale nie mam ochoty :-( Ale będę realizować moje pasje - fotografię
                          i psy. To wszytko robilismy z mężem razem i nie zamierzam Nas
                          zawieśc. Słucham ulubionej muzyki, dziś robiłam zdjęcia naszemu
                          szceniaczkowi na pierwszym spacerku - i częto myślę: muszę Mu
                          opowiedzieć, jak było i wtedy płaczę. Tak mi smutno. rzeglądam
                          zrobione zdjęcia - i znowu smutek, już Mu nie pokażę... One love One
                          life.
                          • Gość: maga Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: *.dip.t-dialin.net 24.11.07, 00:12
                            nawet jak bardzo trudno , warto w obliczu smierci pogodzic sie z
                            rodzicami , mysle , ze oni beda mogli byc opiekunami Twoich
                            dzieci , chyba , ze dzieci sa pelnoletnie , a jak nie sa , to
                            warto , aby trafily do domu dziecka ?byc moze po latach pobytu
                            trafia na fajna rodzine , zastanow sie , czy w tym wypadku jednak
                            nie warto pogadac z rodzicami i sie dogadac , smierc zapewne to
                            cos straszengo , podziwiam Cie zycze wytrwalosci , fakt , ze
                            piszesz na forum swiadczy o walce , scenaiusz 1 przezyjesz to w
                            co wierze , albo jak nie oddasz komus , kogo znasz , moze masz
                            traume , ale jednak mimo traumy dogadaj sie z matka , w koncu Twoje
                            dzieci to tez jej krew , geny , albo zostaw na pastwe losu w
                            stylu domu dziecka , sorry za chlod w mojej wypowiedzi , ale
                            piszesz konkretnie niby ... niby , bo nie rozwiazalas problemow z
                            rodzicami tak naprawde ? esli naprawde nie masz wsparcia , nAPISZ
                            • Gość: Yanka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 IP: *.lodz.dialog.net.pl 24.11.07, 08:24
                              Fakt - trudno pogodzic się, ale własnie po tam poszłam. I co? Po raz
                              59. zamiast chociaż zwyklego"jak się czujesz", "kiedy masz kolejną
                              chemię" itp. usłyszłam ataki na mojego zmałego 3 tygodnie temu męża!
                              Jak to podobno 20 lat temu nie pozwolił dziecku mówić babci dzień
                              dobry. Jak to bardzo chciała nam pomóc dobrymi radami jak urządzić
                              dziecku pokój kiedy( nota bene ) nie była w naszym domu nigdy,
                              odrzucając zaproszenia, "bo to nie jest tylko twój dom". Dodam, bo
                              może to Ci umknęło, że sama ma wykrytego raka. W maju miała operację
                              i mając 80 lat jakoś daje sobie radę, stale pokrzykując na swych
                              opiekunów. Niestety ona NIE wykazuje woli porozumienia. Nie
                              potrafiła do mnie choćby zadzwonić, kiedy doooowiedziała się, że mam
                              raka (jeszcze przed swoją chorobą ). Ja natomiast moglam i było to
                              przyjmowane jak należna danina będąc świeżo po radioterapii i będąc
                              na chemii i mając w domu umierającego na raka męża - jeździć do niej
                              codziennie do szpitala.
                              No, cóż - jeśli na chłodno, to na chłodno. W obliczu takiej postawy
                              trudno o czymkolwiek mówić. Rodzice opiekunami moich dzieci nie będą
                              (80 i 79 lat). Starsza córka jest na szcęście pełnoletnia, młodsza w
                              przyszłym roku. Nie w tym jest rzecz, ale w postawach.
                              "Jak mówi stare przysłowie niedźwiedzie - najlepszych przyjaciół
                              poznajemy w biedzie". Pomocą wszelką, a przede wszystkim duchową i
                              wsparciem organizacyjnym służyli nam często ludzie, po których
                              wcześniej nie spodziewałabym się takich gestów. Jestem im
                              niezmiernie wdzięczna, bo jest to wspaniały dowód na to, że
                              wszystko, co zdziałał mój mąż, zasady, jakie wyznawał, jak żył, dla
                              jakich idei się poświęcał - pozostało. Nic nie poszło w próżnię.
                              Oczywiście są też osoby, które już wcześniej nie potrafiły wychynąc
                              choć na chwilę ze swego bagienka. Koleżanka męża po fachu, której
                              pomagał zawodowa i w sprawach rodzinnych (teraz jest adwokatem) -
                              kiedyś zadzwoniła do niego z prośbą o kolejną pomoć i pyta: "Co masz
                              taki dziwny głos - masz grypę?". On: " Nie, mam raka". Odpowiedzią
                              był trzask rzuconej słuchawki. Pewno nie była na pogrzebie, bo i po
                              co?
                              Jednak największa pomoc jest w nas samych. Zawsze dużo rozmawialiśmy
                              z sabą, z dziećmi wyjaśniając sobie swoje zdanie, postawy, decyzje.
                              Niewiele pozostawało niedomówień. Nie mam dramatycznego poczucia, że
                              czegoś dobrego nie powiedziałam, nie zdążyłam. To jest dobre i
                              pomaga.
                              Na koniec pozwolę sobie zacytować to, co na pogrzbie ojca
                              powiedziała nasza młodsza córka zabierając głos po wielu
                              przemawiających osobach:
                              "(...) Ojciec był człowiekiem wymagającym zarówno wobec siebie, jak
                              i otoczenia. Jako jedne z wielu wartości przekazał nam
                              przestrzeganie zasad i szacunek do pracy, czego sam stanowił
                              najlepszy przykład.
                              Co jednak może znaczyć dla nas więcej niż najprostsze uczucie, jakim
                              dzieci darzą rodziców? Odejście osoby, dzięki której przyszłyśmy na
                              świat powoduje ból. Szczególne znaczenie ma jednak fakt, że nie
                              będziemy mieć szansy na udowodnienie ojcu, jak wiele nas nauczył.
                              Mimo tego jego autorytet na zawsze pozostanie wzorem człowieka, do
                              którego pragniemy dążyć, aby jego wnuki mogły z równą naszej dumą
                              czuć się dziećmi swoich rodziców. (...)"

                              In the Name of Love... [*]

                              PS. Chciałabym jeszcze znaleźć czas na opowiedzenie naszego
                              niesamowicie jednoczesnego snu ( zdarzenie z września 2004 ), choć
                              to może być trudne do uwierzenia.
                              • Gość: Yanka Re: ps. Moja historia z rakiem - jak 4x4 - mój sen IP: *.lodz.dialog.net.pl 25.11.07, 09:19
                                Mój (nasz) sen – wrzesień 2004.
                                Sceneria: nasza miejska okolica, znane najbliższe ulice, plac,
                                podwórko.
                                Akcja: siedzimy oboje z mężem na podwórku - nieco zrujnowanym, jakiś
                                stolik, ławy. Siedzimy przy stoliku naprzeciwko siebie. Rozmawiamy.
                                Obok trwa jakaś rozbiórka.
                                Jest poważnie, może smutno. Mieliśmy trochę problemów. Z jego
                                bratem, teść chorował – umarł. Pewnie o tym rozmawiamy. Nie słyszę,
                                ale widzę nas. W tle znowu widzę rozbiórkę. Rozmowy raczej się
                                domyślam. Obraz w głowie skacze, jakby to filmował niewprawny
                                kamerzysta. Mąż źle się czuje, coś mu ciągle dolega, zaczyna się
                                choroba, o której jeszcze nie wiemy, czym jest. Poza tym nieco się
                                pogubił. Ktoś chce to wykorzystać dla siebie. Zaczyna być
                                niebezpiecznie.
                                Rozglądam się – rozbiórka za nami zbliża się. Robotnicy pracują
                                zawzięcie – demontują wielki komin starej łaźni miejskiej.
                                Rozbierają go OD DOŁU! On tego nie widzi. Komin chwieje się przez
                                moment – 7 sekund i wszystko się rozsypuje na filmie w zwolnionym
                                tempie. Cegły osuwają się majestatycznie od dołu – wyższe partie
                                czekają na swoja kolej. Podnosi się kurz. Patrzę na to jak
                                zaczarowana. Trudno zrobić ruch, trudno wydobyć głos. Boże. Muszę
                                coś zrobić! Chwytam wreszcie męża za rękę i zrywam się od stolika,
                                uciekamy jak najdalej od walącego się z hukiem komina. Goni nas
                                coraz bardziej słyszalny rumor i straszny tuman kurzu. W głowie
                                huczy. Czuję dziwny przechodzący moją głowę wibrujący prąd.
                                Otwieram oczy i dziwię się, że jestem w swoim własnym łóżku. Mąż
                                leży obok mnie. Tak blisko, że dotykamy się głowami. Obudziliśmy się
                                jednocześnie. Jednocześnie zadaliśmy sobie to samo pytanie: „Co ci
                                się śniło?” I już wiemy, że śniło nam się TO SAMO! Te sny były jak
                                jedno ujęcie filmowane z dwóch kamer z nieco innych, ale bliskich
                                punktów.
                                I wiemy, że musimy być razem, bardzo mocno. Przed nami jazda bez
                                trzymanki.
                                Tego dnia nie nie poszliśmy do pracy…
          • Gość: pysiaa Re: ps. IP: 195.117.230.* 23.11.07, 12:55
            mazunia ma racje
            mam 32 lata- 6 lat temu po kilkumiesiecznej chorobie operacjach i
            rehabilitacji zmarla moja mama:(
            nigdy nie poznala mojego syna:(
            w tym roku 4 m-ce temu po dwoch dniach w szpitalu na moich oczach
            zmarl mój Tata
            mam 32 lata i niemam rodziców- TO BOLI !!!!
          • Gość: dorota Re: ps. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.12.07, 12:35
          • Gość: dorota Re: ps. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.12.07, 12:37
            ty to chyba glupim jestes czy co? mi matka zmarla jak niecale 18
            mialam i cierpie do tej pory a teraz mam juz 50
      • tekameka nic nie mówić, rozpoznano u mnie czerniaka 23.11.07, 13:26
        radio i chemio, żyje już 10 lat, łysy, ale żyję. trzeba być twartkim, a nie mietkim. gdy lekarz na moje pytanie odpowiedział: masz pan 3 miesiące życia, adrenalina uderzyła, że nogi sie ugięły, ale się nie poddałem i Klinika UJ w Krakowie (dziękuje Pani Profesor) pomogła w mam nadzieje unicestwieniu tej choroby.
        Uważam, że nie należy mówić dziecku prawdy, to tylko powiększy jego stres, a smierć kiedy przyjdzie to bedzie miała lżejszy wpływ na psychikę, niż "przygotowanego na wszystko" dzieciaka. Stąd modlitwa o śmierć nagłą, a nie gnicie miesiącami w łóżku.
    • Gość: amazonka Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.07, 07:05
      10 lat temu ...juz 10 lat -mój syn miał wtedy 4 lata. Nigdy nie
      wróciła normalność do naszego domu. Tamta data to jak żelazna
      kurtyna oddzielająca mnie i moją rodzinę od normalności. To zupełnie
      inne życie. Czy lepsze, czy gorsze - nie mnie oceniać inne.
    • dorka254 Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? 23.11.07, 08:13
      To jest bardzo trudny okres dla wszystkich moja mama też odeszła mam
      chwile kiedy myślę że mnie po prostu zostawiła. Bardzo ważne jest to
      żeby często mówić że się kocha, ważne jest też wsparcie
      innych:rodziny,przyjaciół ale i tak nic naprawdę nic nas na to nie
      przygotuje!A kto uważa inaczej ten nie stracił nikogo bliskiego.Moja
      mama była moim słoneczkiem-to słoneczko zgasło.
    • Gość: Agatka Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.07, 08:23
      Trzy tygodnie temu zmarł na raka mój ojciec.Ja,30-letnia baba czuję pustkę i to
      obrzydliwą,ale czytając ten artykuł mam wrażenie że brytyjczycy sa naprawdę
      dziwnymi ludzmi.Musi sie w domu wydażyć tragedia(smiertelna choroba)żeby ludzie
      zauważyli jak bardzo sie potrzebują i kochają.Jakie byłoby ich okazywanie uczuć
      gdyby problem ciężkiej choroby kogoś bliskiego ich nie dotyczył?Dzieci nadal by
      nie usłyszały opowiastki jak to"dziadek musiał dzwonić po strażaków bo mama
      wisiała głową w dół na falbanie od spódniczki",albo na pytanie"kupujemy
      stanik?"córka by odburkneła"odwal się mamo"?
      Ja nie potrzebowałam tragicznej diagnozy żeby znać opowiastki rodzinne mojego
      ojca i żeby nauczyc sie szacunku do niego.
      Nie chce żeby ktoś opacznie mnie zrozumiał ale chodzi mi o umiejętność budowania
      relacji i więzi w rodzinie kiedy człowiek jest zdrowy,chodzi mi o zachowanie
      naszej tożsamości w obrębie naszej rodziny a nie dopiero w obliczu
      choroby.Tworzenie"pudełek pamięci"nie jest czymś śmiesznym ale uważam że powinno
      takie coś tworzyć samo dziecko bo tylko ono wie najlepiej co w takim pudełku
      znaleźć się powinno.to ono wie jaki drobiazg przypomina mu najbardziej jego
      mamę,babcię...
      Moj mąż nazywa takie coś chomikowaniem(to zbieranie"nieistotnych" drobiazgów)ale
      mam w szufladzie zasuszoną szarotke którą moja babcia przywiozła z Zakopanego w
      86 roku.
      A tak abstrachujac od wszystkiego zdążyłam poznać wykrywalność raka i
      "sposoby"jego leczenia,opieszałość i zniechęcenie w obliczu tej
      choroby,świadomość ludzką,ale przeraziła mnie niska srednia wieku umierających
      kobiet w Wielkiej Brytanii!mam wrażenie że duży odsetek kobiet żyje tam ze
      słowami na ustach"mnie to nie dotyczy"i olewaja nawet samokontrolę...jestem
      przerażona...
      • Gość: Qnegunda Re: Jak wyjaśnić dziecku ? IP: *.chello.pl 23.11.07, 09:49
        Wszystkim których dotyka choroba i tym których bliscy chorują współczuję. Tylko
        że większość chorób nowotworowych spowodowana jest
        w dużym stopniu promieniowaniem radiacyjnym po próbach nuklearnych
        gdzie w wielu wypadkach chmura i opad radioaktywny po różnych próbach
        nuklearnych kilkukrotnie okrążał ziemię sypiąc opadem, a rozpad połowiczny wielu
        pierwiastków radioaktywnych jest dłuższy niż pięćset lat,a prób z bombami
        atomowymi na całym świecie była niezliczona ilość,a jak ktoś myśli że po
        eksplozji Czarnobyla do atmosfery dostał się tylko radioaktywny jod i nie było
        chociażby tylko na terenach naszego kraju opadu pierwiastków; strontu, cezu,i
        innych które to właśnie mają największy wpływ na zachorowalność na nowotwory
        jest w błędzie i przede wszystkim w pierwszej kolejności należy to dziecku
        wytłumaczyć, wytłumaczyć że to właśnie ludzie sami sobie zgotowali taki los,a że
        akurat trafiło na nas? mogło trafić na każdego!
        Bo każdy z nas jest jednakowo narażony, chociażby tylko spożywając produkty
        (ekologiczne) gdzie w naszym kraju nie ma piędzi ziemi
        nie "posypanej" pierwiastkiem radioaktywnym bardzo, ale to bardzo zdrowym dla
        człowieka. To należy dziecku wytłumaczyć, a reszta się sama wyjaśni !!!

      • Gość: marianna Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.man.bydgoszcz.pl 23.11.07, 10:58
        Moja córka wróci ze szkoły, będę musiała jej powiedzieć, że w nocy
        umarła ukochana babcia, moja kochana mama. Prawie dziesięć lat temu
        rak piersi. Kilka lat radości, że się udało, rak wcześnie wykryty,
        ładnie zoperowany (doskonałe wyniki przez cztery lata, czyli niby
        zdrowie jak w banku). Dwa i pół roku temu wykryty przerzut do
        wątroby. Dwa lata temu udar mózgu i paraliż (skutek ubiczny
        tamoxifenu). Malutkie sukcesy - dzięki rehabilitacji (opłacanej
        prywatnie - służna zdrowia uznała, że się nie należy, niech leży
        sparaliżowana nieruchomo) mama mogła samodzielnie się poruszać (po
        mieszkaniu). Do sierpnia mama jeszcze ćwiczyła, wstawała, czasem coś
        dopilnowała w kuchni. Miesiąc temu weszły silne leki przeciwbólowe.
        Przez ostatnie dwa dni nawet ich maksymalne dawki zapisane przez
        opiekę paliatywną nie niwelowały bólu. Wczoraj wieczorem mamie udało
        się spokojnie zasnąć, ból ustał. A potem obudziła się i odeszła, ale
        nie było to straszne.

        Agato, ja nie mieszkam z rodzicami, ale zawsze starałam się
        podtrzymywać więzi. Tata czyta mojej córce książki przez telefon,
        codziennie. Młoda wysyłała babci zdjęcia, filmy i rysowane ręcznie
        listy, opowiadała co u niej. Odwiedzaliśmy. Babcia wspominała swoje
        dzieciństwo, młodość. Nie wiem czy to wystarcza. Dobrze, że moja
        mama już odpoczęła. Ale chciałam (ja głupia) aby doczekała - a
        chociaż do komunii młodej, a może do jej pierwszej miłości, a może
        do jej studiów, jej sukcesów i dorosłych porażek, albo może do jej
        dzieci. Moja mama była jeszcze stosunkowo młoda.

        Przychodzimy na świat, aby umrzeć. Z każdym dniem umieramy po
        trochu. Dlatego mamy wspomnienia, dlatego mamy dzieci, dlatego
        staramy się w coś wierzyć. Moja córka pachnie tak moja mama, całuję
        ją w czółko i czuję zapach skóry mojej mamy.

        Boże, swoją drogą,co za piep#$%^ immersja!!! W świecie wirtualnej
        rzeczywistości internetu, muszę wklepać posta na forum aby poczuć
        się trochę lepiej. Ale pomaga.

        • aistionnelle Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? 23.11.07, 18:39
          Nie wyjaśniać dziecku ,że ktokolwiek bliski umiera /umrze .Dziecko ,
          do 5 roku życia a czasem dłużej nie jest w stanie zrozumieć
          nieodwracalności śmierci, będzie tylko zadawać kłopotliwe
          pytania.Takie , na które szczera odpowiedź nie zawsze jest
          możliwa ,bo jej nie znamy , albo przekracza naszą psychiczną
          odporność . Uważam ,że niedopuszczalne jest też opowiadanie mu o
          tym co będzie i jak będzie jak mamy /taty nie będzie .Podobnie jak
          zmuszanie go do kolekcjonowania rzeczy , pamiątek po bliskiej
          osobie .Powoduje to tylko eskalację niepokoju i grozy .Koniecznie
          trzeba powiedzieć rodzinie /znajomym , a czasem i lekarzowi , że nie
          życzymy sobie by rozmawiali z dzieckiem o naszej chorobie .W
          fałszywym poczuciu troski o dziecko gotowi je poinformować o
          zbliżającej się tragedii. Zapytani po co to zrobili na ogół nie
          potrafią odpowiedzieć . Co można zrobić ? Przebywać i zapewnić taką
          możliwość dziecku - jak to możliwe najefektywniej z chorą osobą
          (najefektywniej nie oznacza ciągłego siedzenia na głowie i braku
          chwili spokoju , którego chory bardzo potrzebuje )Można opowiadać
          historie z dzieciństwa , żeby miało co wspominać , można napisać
          list , bawić się , opowiadać baśnie i bajki (takie z zakończeniem "i
          żyli długo i szczęśliwie ", by dziecko nabrało wiary w to że dobre
          rzeczy jeszcze się wydarzą w życiu.Trzeba by dziecko mogło mieć czas
          dla siebie , często bez słów rozumie że jest źle , czasem słowa nie
          są potrzebne , wystarczy przytulić , wziąć na kolana , zapewnić o
          uczuciu , o tym że jest bardzo ważne i że wiemy że sobie da radę w
          życiu ,że jest wiele ważnych , mądrych i dobrych osób w rodzinie czy
          poza nią , które mu będą pomagać tak jak robią to teraz . I że my
          też z nim będziemy , zawsze duchem , sercem i myślami.Trzeba to
          robić powoli , umiarkowanie , rozciągnąć w czasie , w przeciwnym
          razie dziecku wyczuje nadzwyczajność sytuacji i pojawią się
          pytania :czemu mi o tym mówisz ?czemu masz teraz tyle czasu a
          wcześniej nie miałeś /miałaś ? itp.Życzę duzo wytrwałosci w walce
          wszystkim >A
        • maja73 Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? 24.11.07, 02:30
          Marianna,
          nie wiem, czy czas i przestrzeń gdzieś się w tej sieci zaginają... nie sądzę,
          aby było jakiekolwiek pocieszenie. Jest jak jest. Literki nie powiedzą
          "rozumiem", ale tak czuję. Pozdrawiam Cię serdecznie.
          Maja

          Gość portalu: marianna napisał(a):
          > Moja córka pachnie tak moja mama, całuję
          > ją w czółko i czuję zapach skóry mojej mamy.
    • Gość: Mia A jak powiedzieć rodzicom?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.07, 10:48
      jak mam im powiedzieć, że za chwile mnie nie będzie?? może nie mówić wcale??
      • Gość: anda555 Re: A jak powiedzieć rodzicom?? IP: *.ols.vectranet.pl 23.11.07, 12:41
        Powiedz. Po prostu powiedz. Nie mów, że Cię nie będzie, powiedz, że jesteś chora.
        Na następne rozmowy i wiadomości masz jeszcze czas
        Nie wiesz tego na pewno, czy odejdziesz i kiedy. Musisz wierzyć, że wyzdrowiejesz.
        • Gość: anna a ja płączę IP: *.stat.gov.pl 23.11.07, 13:28
          nad moją mamą która odeszła, a była jeszcze młodą kobietą.
          płaczę nad dziećmi, które straciły swoje mamy
          płaczę nad tą straszną chorobą, która zabiera nam bliskich.
          Kochani trzymajcie się, wierzcie że bedzie dobrze. nasze dzieci,
          nasi rodzice nas potrzebują.
    • agata781 Re: Przedtem wpisalam się jako Agatka... 23.11.07, 14:08
      ...teraz się zalogowalam:)
      Marianno!ja też targowałam się z panem Bogiem o kolejne miesiace dla
      ojca,jeszcze miesiac,dwa,trzy,może rok?Targowałam się za każdym razem gdy
      siedzialam w pracy,gdy szlam spać.Wydaje się że nic nie wytargowałam ale
      nie!Wytargowałam to że ojciec miał siłę do opowiadań o swoim
      dzieciństwie,młodości,o nas,o naszym dzieciństwie.
      Odnosząc sie do atykułu mam marzenie abyśmy naszą rodzine poznawali nie dopiero
      w obliczu tragedii,szybko ale teraz i zawsze kiedy jest tylko okazja.Żebyśmy
      chcieli poświęcić wolną chwilę na poznanie samych siebie nawzajem tak,abyśmy(gdy
      nas kiedyś zabraknie)mogli wspominać szczęśliwe chwile i powiedzonka tych którzy
      odeszli.
      Mój tata zawsze mówił"i wówczas sytuacja bedzie zas...a jeśli sam sobie nie
      pomożesz,a ojciec(właść.ojczym)był kiedyś ministrantem i pięknie mówił nam"Ojcze
      Nasz"po łacinie,znał zresztą całą mszę w łacinie:)
      • Gość: marysia.l Re: Przedtem wpisalam się jako Agatka... IP: *.adsl.inetia.pl 23.11.07, 16:29
        Moja Mama zachorowała kiedy miałam 25 lat. Niby już dorosła byłam, a
        jednak dzieckiem swoich rodziców jest się zawsze.
        Od 3 lat walczymy- teraz znów nastąpił nawrót choroby- cotygodniowa
        chemia, wymioty, łysa głowa, koszmarna słabość, kaszel...
        nie sposób sobie z tym poradzić. Czas dzielę na ten przed chorobą i
        ten po. Mam dużo starszą siostrę, która kompletnie nie chce/ nie
        potrafi pomóc i ojca który też nie chce widzieć problemu. Potrafią
        się tylko popłakać. Sprzątanie, gotowanie, wizyty u lekarzy, masaże
        Mamy, robienie jej zastrzyków, wstawanie w nocy by podać basen-
        wszystko, absolutnie wszystko jest na mojej głowie. Mama jest bardzo
        silna, często żartuje, śmieje się. Nawet kiedy przez pół godziny nie
        może złapać oddechu, potem twierdzi, że znów jej się udało i że ten
        drań tak łatwo z nią nie wygra. Usiłowałam wysłać rodzinę do
        jakiegoś psycholga, by ich wzmocnił, a co za tym idzie, by oni
        wzmocnili Mamę, ale póki co się nie udało. Mama najbardziej boi się
        długiego, bolesnego umierania. Umierania w łóżku, na prochach
        otumaniających, bez sił, bez możliwości złapania oddechu. Nie wiem
        co zrobię kiedy taki czas nadszedłby. Jak bym jej pomogła...
        Biegam do pracy, do męża, do Mamy. Dzielę czas na wszystko płacząc
        tylko czasami, bo moje łzy nie załatwią teraz zupełnie nic. Jestem z
        nią zawsze w szpitalu, bo widzę, że inaczej lekarze/ pielęgniarki
        traktują tych, którzy przychodzą z kimś. Trzy razy zmieniałam pracę,
        by móc trafić na szefa, który zrozumie, że kiedy mnie raz na tydzień
        przez kilka godzin nie ma w pracy, to nie dlatego, że mam ochotę się
        wyspać. Moja Mama nauczyła mnie wszystkiego. Od wiązania
        sznurowadeł, poprzez przygotwanie powideł, do mądrego traktowania
        życia. Robię co mogę, by była jak najdłużej. Ale rak nie daje nam
        chwili oddechu. Jest bardzo źle. Walczymy, ale niknie w oczach.
        Chciałabym mieć jeszcze dziecko, by mogło chociaż ją dotknąć, by
        mogło mieć zdjęcie z nią, Najważniejszą Kobietą Mojego Życia.
        Przeraża mnie czas w którym odejdzie. I przeraża mnie, że nie będę
        miała do członków swojej rodziny wystarczająco dużo cierpliwości i
        ciepła by, gdy nadejdzie czarny czas, nie zapytać się podczas
        głośnych ich płaczów- gdzie byliście kiedy Was Mama/ Żona
        potrzebowała? Robię to co mogę dla mojej Mamy. Kiedy umrze, wiem, że
        będzie czuła moją wieczną miłość i wiem, że nie będę miała sobie nic
        do zarzucenia. Na zawsze z Tobą jestem, Mamo. Gdziekolwiek będziesz.
        • Gość: dorka254 do marysi IP: 217.116.101.* 24.11.07, 09:14
          Marysiu czytając twój list miałam wrażenie,że piszesz to o mnie.ja
          przechodziłam dokładnie tak samo tylko moja mama już
          odeszła.Zostawiłam pracę,znajomych,poświęciłam sie opiece nad mamą
          jak było trudno ciężko to opisać ale nie żałuję tego naturalnie i
          nikomu się nie skarże i nie robię wyrzutów.Najgorsze jest to,że
          czasami mam wyrzuty,że może nie zrobiłam wszystkiego,że nieraz mi
          puszczały nerwy.Potem jet tak samo ty najbardziej cierpisz ale nikt
          do końca nie rozumie twojego bólu.Ja też byłam silna jak była mama
          nie płakałam,nie czółam zmęczenia sama nie wiem skąd brałam siły.Jak
          mama odeszła odchorowałam wszystko.Niemyśl,że potem będzie
          łatwiej.Życzę ci dużo siły i podziwiam cię bo wiem jak wiele robisz.
          pozdrawiam dorka265
        • Gość: paola Do Marysi IP: *.aster.pl 10.02.08, 18:23
          Jesteś taka dzielna, podziwiam Cię, rzadko się sptyka takich dobrych
          ludzi... Życzę Twojej mamusi wyzdrowienia, zwalczenia tej paskudnej
          chporoby. Szkoda, że rodzina tak bardzo się wycofuje - jeszcze Ci
          trudniej... Twoja mama ma skarb. pozdrawiam ciepło
    • lulag Musisz narodzić sie na nowo. 23.11.07, 16:31
      Oddaj życie Jezusowi...w krótkiej ,szczerej modlitwie.. własnymi słowami
      ,powierz Mu życie,przyznaj że jesteś grzesznikiem i potrzebujesz Jego zbawienia
      a On Cię uzdrowi.. To takie proste.Znam kilka osób uzdrowionych z raka, innych
      nieuleczalnych chorób ,astmy,tarczycy,migreny ,widziałam jak rosną
      ręce,nogi,prostują się kręgosłupy...Bóg jest nieograniczony,zaufaj Mu
      tylko.Serdecznie pozdrawiam .
      • Gość: marysia.l Re: Musisz narodzić sie na nowo. IP: *.adsl.inetia.pl 23.11.07, 16:49
        nie, dziękuję. nie chcę narodzić się na nowo. to wspaniale, że znasz
        wyleczonych ludzi, ale jeśli będę siły szukać w wierze, to poszukam
        jej sama, nie przez forum.
        nie powinno się tu nikogo próbować nawracać. siła do walki płynie z
        nas, a jeśli to nas jest w wierze- prywatna sprawa każdego.
        Wszystkich niewierzących, wierzących, wszystkich którzy walczą-
        pozdrawiam.
        • lulag Re: Musisz narodzić sie na nowo. 23.11.07, 17:08
          Masz wybór.Bóg dał ludziom wolna wolę.
    • agata781 Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? 23.11.07, 17:31
      Mój ojczym oprocz mnie(pasierbicy)i dwóch moich sióstr miał jeszcze trójkę
      swoich dziecii mam wrażenie że było im na rękę że ich ojciec związał sie moją
      mamą.To ja i moja starsza siostra chodziłysmy do lekarzy po informacje bo bo
      jego dzieci wysiliły się(przez cały okres choroby)do jednej(!)10-minutowej
      wizyty w szpitalu.Mój mąż wiózł ojca do szpitala na 48 godzin przed jego
      śmiercią,ja zrezygnowałam z urlopu wypoczynkowego żeby móc go brać wtedy kiedy
      ojciec będzie nas potrzebowal w domu,a "siostra i bracia"jak coś bylo potrzebne
      to mówili że"teraz nie moge bo mi pieczarki wyłażą i muszę rwać"czułam sie
      dziwnie bo znałam mojego ojczyma tylko rok i 5 miesięcy a mam wrażenie że
      znaczył wiecej dla mnie niż dla swoich dzieci.
      Może mi ktoś powiedzieć że może zrobił swoim dzieciom krzywdę czy przykrość,ale
      nie!Słyszałam opinie wielu ludzi,znanych mniej lub bardziej i to on opiekował
      się dziećmi jak były małe i jak dorastały przewijał je ,cerował spodnie
      pomagał.Wzorowy ojciec.
      Dlaczego tak sie stało?Brak wyższych uczuć u dzieci?Sama nie wiem...Wiem że
      brakuje mi Go jak diabli,wiem że zawsze z moim mężem mogliśmy na niego liczyć,a
      teraz go brakuje...
    • Gość: gosc z caribbean Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.socal.res.rr.com 23.11.07, 17:39
      moja zona jest cancer surviver, jedno jest pewne, rak np piersi nie
      musi zabic, to naprawde chodzi o prewencje poprzez czeste badania
      mamogram,biopsy jezeli maly gruczpolek, sczegolnie jezlei jest
      historia raka w rodzinie,nastepnie radykalne postepowanie moja zona
      w ciagu minuty zdecydowala pelna mastectomy obu piersi,cztery lata
      temu ,nie miala nawet chemoterapi, co pol roku sie bada , jest
      cancer free, kobiety musza sie badac czesto to obnizy ryzyko
      zaawansowania, kobiety boja sie utraty kobiecosci , nic bardziej
      falszywego, to nie jest to samo co usuniecie penisa u faceta, na
      szali jest cos wiecej
    • Gość: niecierpliwy Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.pools.arcor-ip.net 23.11.07, 18:28
      moja Mama zmarla 2,5 roku temu. umierala w szpitalu w cierpieniach,
      no koniec juz nieprzytomna...bylem przy niej przez tydzien 24 godz
      na dobe (miala swoja sale na szczescie. bylo to dla mnie niesamowite
      doswiadczenie-towarzyszyc najukochanszej osobie w odejsciu. chociaz
      wiedzialem ze nie wyjdzie z tego, choroba byla juz bardzo
      zaawansowana, mialem nadzieje ze moze jakis cud sie stanie. czlowiek
      w takich chwilach nie potrafi myslec normalnie. nie wiem skad
      znalazlem te sile by byc przez tydzien (nie liczac wczesniejszego
      okresu w domu) przez dzien i noc, nie spac, oczy mi sie zamykaly,
      pilem kawe, red bule ...nie chcialem usnac i zostawic jej samej...
      kiedy umierala, trzymalem jej dlon, te jedyna dlon,
      najwazniejsza...slyszalem jej ostatni oddech, pamietam to jak dzis.
      odchodziala a ja plakalem w duszy, trzymajac jej dlon. polozylem
      glowe na jej piersi, ktora juz nie wydala oddechu. zmarla w wieku 47
      lat. piekna, pelna planow i marzen. zostawila mnie

      od tamtej pory juz nic nie bylo jak kiedys. wiem to takie banalne
      stwierdzenie...ale jak wazne. i chociaz mam dzis 27 lat, swiat w
      pewien sbosob sie zawalil. i do dzis nie moge sie z tym pogodzic i
      nigdy sie nie pogodze.

      zrobilem co moglem dla niej bo wiem ze ona tez by to zrobila, moze
      nawet wiecej, gdybym to ja umieral.
      zycie toczy sie dalej, dla mnie juz nie tak radosne, jakies takie
      nijakie, bez marzen, radosci, niepelne...kogos waznego brakuje...

      Pamieci mojej Matki...
      Syn
      • Gość: ania_ania_ania do Niecierpliwego IP: *.dsl.bell.ca 24.11.07, 02:21
        Przeczytalam ze wzruszeniem Twoj list. Moglabym by twoja mama. Mam
        teraz 48 lat, syna ktory jest moim najwiekszym szczesciem, wprawdzie
        troche mlodszy of Ciebie, bo ma 14 lat. Mam tez dorosla corke,
        ktora kocham ogromnie, chociaz kontakt miedzy nami jest troche
        trudny (mamy podobne charaktery). Mysle, ze gdybym musiala odejsc i
        ich zostawic, chcialabym, zeby umieli byc szczesliwi, radosni, zeby
        umieli cieszyc sie zyciem, zeby dobrze przezyli swoje zycie.
        Mysle, ze dla Twojej Mamy bylo to swego rodzaju szczesciem, ze mogla
        odchodzic trzymajac Cie za reke...
        Czas leczy rany, wierz mi. sie. Wspominaj Mame cieplo serdecznie,
        szczegolnie wasze wspolne radosne chwile, zabawne zdarzenia z
        dziecinstwa. Usmiechaj sie kiedy myslisz o Niej. Jesli umiesz,
        pomodl sie za Nia. Mysle, ze Ona chcialaby widziec Cie
        usmiechnietego a nie zaplakanego i w depresji. Naucz sie na nowo
        cieszyc sie zyciem. Staraj sie dobrze przezyc je. Przekaz swoim
        dzieciom to co Ona dala Tobie. Badz dobrym czlowiekiem. Jestes to
        Jej winien.

    • Gość: lluulluu Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.48.jawnet.pl 23.11.07, 23:09
      ..Moja Mama umarla ...prawie 2 lata temu...a ja od tamtej pory nie umiem sobie z
      tym poradzic...mam 22 lata...a moje zycie bez niej jest calkowicie inne..nigdy
      nie mialam z nia dobrego kontaku i moze dlateg obarczam sie ze nic nie zrobilam
      zeby byc z nia blizej gdy chorowala...w sumie nawet nie wiedzialam ze choruje na
      raka....wiedzialam ze jest chora ale ze to jest tak powazna choroba
      ....nigdy...dopiero po smierci....nic nie jest takie samo...moja rodzina juz nie
      jest taka jak byla...nie umiem zlapac kontaktu z ojcem...nie umiem sobie
      poukladac swojego zycia...wszystko robie nie tak jak powinno byc....czuje ze
      zamykam sie w swoim swiecie..i popadam w skrajnosci...myslalam zeby udac sie do
      psychologa...bo sam sobie z tym nie poradze....rodzina mi nie
      pomoze...przyjaciele tak samo.....jej smierc spowodowala ze moj swiat stanął do
      gory nogami...i ze byla bardzo wazna osoba w moim zyci...a nigdy tego nie
      docenialam....i zawsze myslalm ze jestem dorosla i sobie poradze w kzdej
      sytuacji....
      • buka222 Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? 25.11.07, 03:40
        Bardzo Ci współczuję. Jedną z rzeczy, z którą najtrudniej sobie w życiu
        poradzić jest śmierć rodzica, z którym kontakt był w jakiś sposób utrudniony, a
        poczucie straty łączy się z poczuciem ulgi, a zarazem wielkiego żalu o to, że
        "to wszystko było nie tak" - i już nic nie można zmienić, nic naprawić... To
        ogromne obciążenie psychiczne. Idź do psychologa, to bardzo dobry pomysł.
        Wybierz osobę mądrą i z doświadczeniem. W jej towarzystwie spróbuj uporządkować
        swoje myśli, wspomnienia i uczucia do Mamy.
        Któregoś dnia zrozumiesz, jak bardzo ją kochałaś, i czasem nie lubiłaś, i czasem
        rozmijałyście się obie w oczekiwaniach do siebie wzajemnie (jak to z Mamami
        bywa), i że to wszystko było normalnie, masz do tego prawo - do miłości mimo
        jej błędów, i do niechęci, mimo tego, że "o zmarłych powinno się myśleć tylko
        dobrze". To nieprawda - i o zmarłych, i o żywych powinno się myśleć tak, jak
        sytuacja tego wymaga. Nie byłaś wyrodną córką, tylko dlatego, że często żyłaś
        swoimi sprawami, a Ona odeszła. Wiele córek żyje swoimi sprawami - tyle, że ich
        Matki żyją dalej i można od czasu do czasu nawiązać nić porozumienia. Tobie
        zostało to odebrane. Tak czasami jest.
        Któregoś dnia wybaczysz i sobie, i Mamie, i naprawdę poczujesz, że ona jest
        obok. Blisko. W Twoim sercu, i że nie wszystko stracone.
        Trzymam kciuki za Ciebie.
        Wiem, jak to jest.
    • Gość: ok Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.dip.t-dialin.net 24.11.07, 00:32
      piekny wzruszajacy post , naprawde piekny ,i naprawde ludzki
      mimo cierpienia
    • agata781 Re: Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? 24.11.07, 10:45
      Zabijają mnie wyrzuty że być może nie zrobiłam wszystkiego...
    • Gość: kominiarz Jak wyjaśnić dziecku, że umierasz na raka? IP: *.gdynia.mm.pl 26.01.08, 12:35
      Wystarczy powiedziec ze to papierosy sa winne!

      Dziecko zrozumie ze płuca to nie komin!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka