opolak
21.09.09, 08:24
miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,3514701.html
Prezydent uznał racje kilkudziesięciu protestujących, stawiając ich
komfort na równi z ludzkim życiem. Mimo to helikoptery będą lądowały
Ryszard Zembaczyński zapowiedział, że nie da zgody na budowę
lądowiska przy Wojewódzkim Centrum Medycznym, ponieważ mieszkańcy
tych okolic obawiają się, że będzie im doskwierał zbyt duży hałas.
Na spotkaniu z nim roztoczyli również wizje, że spadające śmigłowce
będą zagrożeniem dla ich domów, których cena notabene spadnie.
Jak ustaliliśmy, w sąsiedztwie WCM mieszka również rodzina
prezydenta, który zapewnia, że ten fakt nie miał żadnego wpływu na
jego decyzję
Zła decyzja
Opolanie są zbulwersowani, czego wyraz dają m.in. na forach
internetowych czy telefonami do redakcji. Również nie wszyscy
mieszkańcy sąsiadującego z WCM osiedla podzielają opinie 130
protestujących.
- Nie podpisałem się i jak sądzę część ludzi podpisała się, kierując
się sąsiedzką solidarnością. Bo przecież sporej części z nich sprawa
w ogóle nie dotyczy. Argument o tym, że śmigłowce będą hałasować,
mnie nie przekonuje, bo przecież nad nami jest korytarz powietrzny,
latają tu samoloty i też hałasują - mówi Andrzej Maj.
- Przecież ono ma ratować czyjeś życie, prawda?! Jak można się w
ogóle nad tym zastanawiać. Ci, którzy dziś narzekają na hałas, jutro
mogą się okazać ofiarami wypadku, które potrzebują transportu
śmigłowcem. Wtedy pewnie zmieniliby zdanie - dodaje oburzony
Stanisław Mikołowski.
Śmigłowce rzeczywiście lądowałyby w szczególnych przypadkach -
transportując ofiary wypadków z opolskiego odcinka autostrady oraz
narządy konieczne do transplantacji. Ks. prof. Piotr Morciniec,
kierownik Katedry Teologii Moralnej i Etyki Społecznej Uniwersytetu
Opolskiego, również nie ma wątpliwości, że protest nie jest zasadny.
- Jeśli kilka osób wciąż będzie w stanie utrącić każdy pomysł, to
utkniemy w cywilizacyjnym martwym punkcie. W naszym myśleniu
jesteśmy bardzo roszczeniowi. No, ale prywata była zawsze naszą
mocną stroną już od czasów szlacheckich, jesteśmy dzisiaj tego
dziedzicami - komentuje ks. Morciniec.
Decyzję prezydenta krytykuje również jego partyjny kolega, senator
Platformy Obywatelskiej Piotr Wach.
- Pan prezydent jest moim politycznym kolegą i z reguły go popieram.
Nie ukrywam jednak, że tym razem mam wątpliwości. Trzeba wziąć pod
uwagę wyższą konieczność. To lądowisko jest potrzebne dla ratowania
życia ludzkiego. Jeśli go teraz nie wybudujemy, to trudno ocenić,
kiedy w ogóle powstanie - mówi senator.
W tej chwili jedyną koncepcją, która będzie brana pod rozwagę, jest
budowa lądowiska przy ul. Wygonowej. Jednak tereny pod nie znajdują
się w rękach prywatnych, więc potrzebna będzie długa procedura
rozpoczynająca się od wykupu od rolników ziemi (przy WCM-ie budowa
mogłaby się rozpocząć niemal natychmiast).
- W takiej sytuacji można by poświęcić interesy pewnej grupy ludzi,
choć oczywiście to poświęcenie nie może być bezgraniczne. Jeżeli
istniało zagrożenie, że mogą być przekroczone jakieś normy hałasu,
powinno się wziąć pod uwagę zbudowanie dodatkowych barier, które je
zniwelują. Ale lądowisko przy WCM powinno powstać - dodaje senator
Piotr Wach.
Zły pomysł
Tymczasem ratusz obawia się, że protestujący mogliby wystąpić do
sądu o odszkodowania z tytułu np. przekroczonych norm hałasu lub
obniżenia wartości swoich mieszkań. Jednak prawnik Marek Sawczuk ma
wątpliwość, czy wygraliby owe procesy.
- W kodeksie cywilnym jest zapis, że nie można czynić użytku z prawa
w sposób sprzeczny z zasadami współżycia społeczno-gospodarczego.
Mówiąc prościej, oznacza to, że w każdej sprawie sąd może oddalić
roszczenia, uznając wyższość racji społecznych i gospodarczych nad
racjami poszczególnych obywateli - komentuje Sawczuk.
- Oczywiście, że istnieje wyższa konieczność, ale prezydent musi też
podjąć decyzję, która okaże się najlepsza dla wszystkich stron. A tą
jest lądowisko na ul. Wygonowej, oddalone od WCM zaledwie o kilkaset
metrów - broni prezydenta przewodniczący rady miasta Dariusz
Smagała.
Konsultant krajowy ds. medycy ratunkowej prof. Jerzy Karski z
Lublina jest zdumiony protestem, a tym bardziej pomysłem budowania
lądowiska oddalonego od szpitala.
- To zupełnie wypaczy sens ratownictwa lotniczego - mówi profesor. -
Nie będzie mowy o skutecznym, błyskawicznym ratownictwie, jeśli ze
śmigłowca trzeba będzie chorego pakować na nosze i do karetki, potem
wieźć, a następnie transportować na salę operacyjną. Lądowisko tuż
przy szpitalu ma między innymi zagwarantować, by chory, wciąż na
tych samych noszach, jak najszybciej trafił na oddział ratunkowy,
bez transportu samochodem.
Prof. Karski dodaje, że lądowiska przyszpitalne są normą na całym
świecie, w Polsce również. - W Lublinie mamy dwa lądowiska, obydwa
na terenach szpitalnych, podobnie jest w Nowym Targu, Krakowie czy
Katowicach.
Na uwagę, że protestujący opolanie boją się decybeli i katastrofy
lotniczej, profesor odpowiada: - Argumenty o katastrofie mnie nie
przekonują, bo wsiadając codziennie do samochodu, także narażamy się
na niebezpieczeństwo. Poza tym takie lądowania odbywają się zaledwie
kilka razy w miesiącu, więc uciążliwość dla okolicznych mieszkańców
naprawdę nie jest duża. Zresztą warunkiem wybudowania lądowiska jest
wytyczenie bezpiecznej drogi dolotu i odlotu dla śmigłowców, a w tym
wypadku słowo "bezpieczna" odnosi się także do okolicznych
zabudowań - wyjaśnia prof. Karski.
Bez względu jednak na decyzję prezydenta i protesty sąsiadów WCM nad
ich budynkami będą latać śmigłowce.
- To nie jest kwestia wyboru. Takie są po prostu wymogi nowej ustawy
o ratownictwie medycznym - mówi Zbigniew Skowroński, zastępca
dyrektora WCM. - Co więcej, przepisy lotnicze jasno określają, że
kiedy w grę wchodzi ratowanie życia i zdrowia ludzkiego śmigłowiec
może wylądować wszędzie. Jeżeli więc lądowiska przy WCM nie będzie,
to może się okazać, że śmigłowce i tak będą latały nad głowami
mieszkańców, krążąc tak długo w powietrzu, aż piloci zdecydują,
gdzie lądować - kwituje Skowroński.