Gość: behemot
IP: *.punkt.opole.pl
15.05.10, 09:36
Sprawy osobiste i PAKA ściągnęły mnie do Krakowa. Śmig A4
przyjemny, z wyjątkiem utrudnień spowodowanych przez drogowców
zwłaszcza na płatnym odcinku za 16 zeta. No i co z tego, że w dwie
godziny, jak do Ronda Katynia i centrum godzina z hakiem. Kraków
rozkopany i zakorkowany – jak Opole. Zaparkować nie ma gdzie.
Parkowanie w strefie, jak cudem się znajdzie miejsce 3,1 pln za
godzinkę. Mandat za brak biletu 50 a parkowanie na zakazie 100. No,
ale jakoś udało się schować bryczkę na podziemnym parkingu obok
Sheratona. Pusty, klimatyzowany, strzeżony okiem licznych kamer, z
luksusowymi toaletami i windą dla inwalidów, nad nim na powierzchni
boisko z bieżnią i trawką. Ach przydałby się taki w Opolu. Za
godzinkę jedyne 7 złotych, tyle co kufel na Stolarskiej. Po
fortunnym załatwieniu interesów udałem się do miejsca, które
ostatnimi czasy tyle emocji wzbudza wśród rodaków. Kolejka na jakieś
dwadzieścia minut, wstęp wolny (jeszcze), a w niej dzieciarnia,
rodacy i przybysze z różnych części świata. Dzieciarnia
rozwrzeszczana starsi skupieni, szeptem wymieniający uwagi i
tłumaczenia dla obcokrajowców. Nie powiem miło słyszeć rosyjski. Z
każdym stopniem w dół hałas coraz większy i błyski fleszy dobywają
się z podziemi, bo wszyscy mają w nosie zakaz fotografowania. Ciżba
wchodzących i wychodzących rośnie i zaduch też. Gdy dzieckiem będąc
byłem tu, to przed wejściem do krypt odbieraliśmy krótką instrukcję,
że oto wchodzimy do miejsca spoczynku zmarłych i należy się godnie i
cicho zachowywać, jak na cmentarzu. I to działało, było poważnie,
strasznie i cicho. W krypcie Kaczyńskich tłum wzbiera na sile, bo z
prawej strony dochodzą ci z biletami na zwiedzanie podziemi katedry.
A że rocznica śmierci Marszałka to i kwiaty falują nad tłumem.
Kwiaty dla Prezydentostwa sprawnie wynoszone są na zewnątrz. Potok z
biletami wchłania potok bezbiletowców i unosi do krypty Marszałka a
w drodze powrotnej przepływa ocierając się o sarkofag
Prezydentostwa. Widoczna jest tylko jego wierzchnia płyta. Trudno
mówić o wierzchniej płycie, bo tak jest zrobiony, że łączeń kamienia
nie widać. Krawędzie są obłe, po których przesuwają się dłonie
odwiedzających. Sprawia wrażenie jakby był zrobiony z jednego
wielkiego kawałka bursztynu. Nie wiadomo też, czy w zapisie nazwiska
Marii Mackiewicz-Kaczyńskiej pojawił się dywiz, którego na początku
nie było. Bo przy takiej ilości ludzi nie można go po prostu
odczytać. Językoznawcy nie muszą się tedy obawiać, że lud będzie się
uczył na błędach. Po minięciu sarkofagu ludzie śpieszą czem prędzej
na górę by zaczerpnąć świeżego powietrza. A w Krakowie nie ma go
zbyt wiele. Na Grodzkiej dominuje zapach kadzidełek dobywających się
z niezliczonych kebabów z którymi rywalizują pizzerie. Co krok jest
się ofiarą nachalnych naganiaczy zapraszających do lokali. Gdy już
się od nich opędzisz następuje atak wózkarzy elektrycznych, którzy
za stówkę za wózek na 1 h zawiozą cię na Kazimierz, do getta i
zakładów Schindlera i będą czekać aż se popatrzysz. Grodzką lepiej
nie chodzić, choć warto odwiedzić ostatni chyba w Krakowie barejowy
bar mleczny. Menu podparte wprawdzie daniami włoskimi i tureckimi
ale sztandarowa gryczana, leniwe, śląskie i ruskie są. Jest też
ponury pan za ladą. Aż dziw bierze, że konie zaprzężone do
nowojorskich powozów rodem z Central Parku nie zaczepiają turystów.
Na Kanoniczej spokój i świetna ukraińska knajpa z barszczem i
lwowskim piwem i kamienica na sprzedaż. Ceny jak ceny, na Szpitalnej
za 47 m2 banner woła 650 000. Na Brackiej jak nie pada to kropi ale
też spokojnie. Rynek zawalony na maksa ogródkami z parasolami w
kolorze ecri. I uwaga, uwaga – jest grzyb we wzmiankowanym kolorze,
dość szczelnie otoczony wysokimi parasolami w kolorze grzyba, że z
trudem można go dostrzec. Sukiennice w remoncie, część straganów na
zewnątrz, część wewnątrz. Lajkonika brak, za to są muzułmanki w
chustach na głowie i z dziećmi w wózkach. No i w końcu Rotunda a w
niej PAKA ( nie Państwowa Komisja Akredytacyjna). Kultowe Centrum
Kultury (studenckiej), bez klimatyzacji nadal, podczas koncertów w
pół godziny zamieniające się w fińską saunę, choć dzisiaj lepiej
powiedzieć w ruską banię. I mimo, że to miasteczko akademickie, po
opolsku campus, jest knajpa, pub, z żarciem alkoholem i kawą w
cenach na studencką kieszeń. Jak oni obeszli ustawę o zapobieganiu i
wychowaniu? Alkohol niszczy szare komórki, ale te najsłabsze,
prawdziwa sztuka obroni się sama, ale nie przede mną, jeśli taniec
to mowa ciała, to moje mówi nie – pod takimi hasłami trwale
wypisanymi na koszulkach po 15 zł, odbywa się tegoroczny przegląd
kabaretów studenckich już 26 raz, pozwalający wierzyć, że studenci
nie samym piwem żyją. Andrusa nie ma w Szkle Kontaktowym, bo jest
tu. Grand Prix nie przyznano. W niedzielę dwa koncerty finałowe z
zawodowcami. Być może radio i telewizja coś puszczą bo nagrywają.