IP: *.plock.sdi.tpnet.pl 18.01.05, 17:35
Ludzie wylewają się na ulice. Prowadzą ich inni ludzie - "inteligentniejsi".
Jedni idą niczym stado baranów, nie rozumiejąc niemal nic. Ci, którzy
prowadzą baranów, mają już określone cele. Rozświetlają im drogę jasne,
złosciste trony, które stoją gdzieś tam daleko... za kordonami policji, za
drzewami parków, za opustoszałymi ulicami. I jedni i drudzy są częścią
systemu...

Zabawne, że idąc w jednym pochodzie, też tak naprawdę w jakimś sensie
jesteśmy częścią tej całej machiny. No, nic. Ja się szczerze przyznaję. Pcha
mnie tam echo młodości, moja młodzieńcza wiara, że machanie flagą z sierpem i
młotem na ulicy coś zmieni. Wiem. Nic oczywiście nie zmieni. Nie widzę jednak
powodów, dlaczego miałbym utopić w rozsądnych przemyśleniach swoje
młodzieńcze wizje... nie... tamte wizje były szczere, ale nic poza tym.
Dopóki nie zacząłem rozumieć, jaki ten świat jest naprawdę, dopóty wydawało
mi się, że jego naprawa jest prosta i to tylko kwestia rozlepionych plakatów,
rozdanych ulotek, wykrzyczanych sloganów, przejęcia władzy, stworzenia rad,
kolektywizacji zakładów pracy. Wszystko było takie proste...

To że ja, od pewnego już czasu się nie odzywam bądź nie udzielam w szeroko
rozumianej działalności bynajmniej nie oznacza, że się wycofałem. O nie. Nic
z tego. Walka dopiero się zaczyna. Metody którymi operowaliśmy... hmm... i
tak nie przebijemy systemu w ilości plakatów, ich wielkości i jakości druku.
I tak nie uda się nam rozkręcić takiej działalności nadawczej, aby przebić...
oficjalną telewizję czy radio... nawet gdyby... Czy to cokolwiek zmieni? Może
to jedynie wywołać chwilowy efekt na czas naszego działania. Nie będzie
żadnych zasadniczych zmian. Nie neguję, że takie metody istnieć mogą ale nie
powinny one stanowić podstawy istnienia. Nie. Pomijając wszystko, to jest
pewnego rodzaju strata czasu. Robimy "coś", angażujemy się w to. Ni to nas
rozwija, ni to sprawę rusza specjalnie do przodu.

Walka się dopiero zaczyna. Mam jeszcze naprawdę wiele energii i entuzjazmu.
Walka o nowy świat, o lepszą przyszłość to przede wszystkim walka o nowy
sposób myślenia, o nową świadomość. Te slogany w mych ustach brzmią jak
wyżuta guma do żucia. Wiem. Naprawię to jednak (kolejny slogan, ale może nie).

Tekst "Słońce, jego promienie palące" był swoistym manifestem. Czytany przez
dziesiątki tysięcy, zrozumiany przez nielicznych (dysponuję informacją, że
przez nikogo)... Napisalem go tak naprawdę głównie dla siebie. Dla siebie...
by zrozumieć, dokąd zmierzam.

Tak właśnie. Właściwie nic nie jest w stanie powstrzymać człowieka. W swym
działaniu kieruje się priorytetami. Człowiek zrobi wszystko. Wszystko!
Kwestia ceny. Sprzeda własną rodzinę, własne dzieci, matkę i ojca, zdradzi
przyjaciół, rozpęta wojnę, założy firmę, fabrykę, korporację, megakorporację,
mafię. Nie! Nie wystarczy przyjść i powiedzieć:

Człowieku! Ludzie! Nie róbcie tego! Obudźcie się! Aaa! Przestańcie!
Przecież robicie źle! (Hop-Hop-Wojnie Stop)

Tak właśnie. Człowiek zrobi wszystko. Wszystko. Każdy. Niezależnie od tego,
gdzie jest i kim jest, jakie ma stanowisko, jaką pełni funkcję. Robotnik z
dnia na dzień może stać się kapitalistą. Nie będzie wtedy wcale lepszy od
kapitalisty, który wcześniej nie był robotnikiem. To jest ludzka natura.
Zwierzęcy instynkt dopełniony myśleniem abstrakcyjnym. Straszna broń.

Dlatego nie interesuje mnie człowiek. Człowiek w swej naturze jest
zły. "Człowiek... to brzmi dumnie" rzekł Maksim, upodlając go równocześnie
w "Na dnie".

Społeczeństwo. Nowe. Lepsze. Nasze wymarzone. Jakże odległe. Komunizm? Jako
system ekonomiczny i filozoficzny, raczej nie widzę innej możliwości w
takowym świecie. To po prostu już czysta formalność. Nie brakuje w ruchu
ekonomistów, więc miejmy nadzieję, że sobie poradzą. Nie moja to kwestia.
Wydaje mi się, że wyczerpałem ten temat.

Gdy teraz piszę ten tekst, za oknem widzę uśpione miasto. Jest ciemne,
spokojne i niemal wymarłe. Jest cisza i jedynie szum wiatraka wprowadza
jakieś drobne zakłócenia akustyczne. Za oknem stoi metropolia. Stoi
niezmiennie. To zabawne. Za kilka godzin wyleją się na ulice stada
oszołomionych baranów, które miotając się ulicami dumnie stojącego miasta,
zabijać będą czas, którego nadmiar nie pozwala im działać kreatywnie.
Kreatywnie... Nie napisałem konstruktywnie, nie. Właśnie kreatywnie.
Idiotyczne określenie, jakie przyjęto na uzbrojenie w dzisiejszej
drobnoburżuazyjnej terminol... a właściwie... co mnie to obchodzi. Miasto.
Pełne dzikiej, otępiałej szarańczy. Pełne drobnych robaczków plądrujących
kolorowe pomieszczenia w poszukiwaniu jeszcze bardziej kolorowych
przedmiotów. Ludzkość.

Nie wszyscy. Wśród tego czarnego morza zła i pustki pływają drobne światełka.
Świecąc, wywołują co najwyżej śmiech i niezrozumienie. Niekiedy nienawiść i
potępienie. Czasem pogardę. Często są jedynie interesującym przerywnikiem
w "bardzo ważnych" łowach przedmiotów kolorowych. Światełka są małe, ale
jednak świecą. Jest ich garstka. Tak naprawdę to w ogóle nie wiem, czy jest
ich nawet garstka. Nie mam pewności, czy w ogóle istnieją. Nieważne.

Żyjątka. Wylewające się na ulice każdego dnia w dziwnej i śmiesznej zarazem
krzątaninie... w tym miejscu mam pewien problem, aby cokolwiek dalej napisać.
Nie ma o czym pisać. Nie ma za bardzo o czym pisać. Ten temat się stopniowo
wyczerpuje. Wałkowany przez wieki przez całe pokolenia światłych,
zbuntowanych umysłów, temat ten stał się wyblakły, wyrzuty, zmarniały.

Miasto jak stało, tak stoi dalej. Wzniośle, stanowczo. Zaraz znów się
zacznie. Przebudzone światłem. Zacznie się kolejny, taki sam dzień. Dzień
nienawiści, zdrady, zazdrości, pogardy, wzajemnego upodlenia i
wszechogarniającej obojętności. Moralnej obojętności. Zmieniaczu świata!
Gdzie jesteś i dokąd zmierzasz? Czego chcesz? Po co zalepiasz im te kolorowe
słupy jakimiś czarno-białymi bazgrołami? Czemu zasypujesz ich głowy tysiącami
zbuntowanych kartek? Czemu, nie szczędząc farby krwi koloru, zamalowujesz
ściany ich miast? I tak jesteś sam. Sam. Jeden. Wokół złowroga dżungla
sprzedajnych istnień. Żarłoczne stada wijące się w swej szarej codzienności.
Stada dzielą się strefami wpływów, obierają sobie jakieś zmyślone wyższe
siły, nienawidzą i mordują lub też nic nie robią. MOBILIZOWAĆ?! Co? Kogo?
Gdzie? Nie. Nie ma po co. To tylko upojne złudzenie. Złudzenie walki o cel
jasny i prosty. I tak wszystko stanie na swoim miejscu i stać będzie dumnie
tak jak to miasto za oknem. I tak już od tysięcy lat. Właśnie nie. Nie
kolejne tysiące lat. Nie!

Epopeja o nowych istotach.

Nadejdzie ten moment. Miasto zadrży. Będzie to pierwsza chwila niepokoju. Coś
się wreszcie zacznie dziać. Zacznie. Nie. Nie huk i nie krzyk, to na nic...
To jedynie młodzieńcza gra. Żadne gesty i wymachiwanie w powietrzu. Nie.
Miasto zacznie drżeć od naporu obcej siły. Od siły niejasnej, od niepojętej
mocy.

Ilekroć dochodzę do tego momentu, zastaje mnie ściana. Ogromna masa betonu
wznoszona przez miliony milionów lat, przez miliony milionów betonowych
mędrców. Stoi przede mną beton dziejów. Niewzruszona granica, której chyba
jeszcze nikomu nie udało się przekroczyć. Gdyby ta zapora pękła, byłoby
łatwiej. Ona trwa jednak niewzruszona i dumna spogląda z wysokości. Delikatne
uderzenia młotem buntów nic jej nie robią. Nie. Ona nie pozwoli iść dalej.
Ustawiona na... "ciepłych i mokrych" (dziękuję, Maksimie, za podpowiedź)
fundamentach, wyniosła i wielka nie pozwala odbyć lotu ponad nią. Zresztą nie
o to chodzi. Niewielu do niej doszło. Ci, którzy doszli, byli w stanie
jedynie buntować się tu, przed nią, wydzierać się, krzyczeć, przeklinać,
opluwać, drapać i mocować się z konstrukcją wznoszoną od tysięcy lat. Każdego
dnia coraz silniejsza, coraz większa, coraz brzydsza i tym bardziej
niewzruszona. ŚMIERĆ TOBIE!!! ŚMIERĆ!!! Na nic to.

Wy. Dumni w swej walce.
Obserwuj wątek
    • Gość: IWO Re: ludzkosc IP: *.plock.sdi.tpnet.pl 18.01.05, 17:37
      Wy. Dumni w swej walce. Zagubieni w tym świecie. Chodźcie tutaj. Popatrzcie.
      WYRASTA przed wami. Śmieje się z was. Po cichu oczywiście. Nie widać. Stoi
      żelazna, paskudna, wielka. No co? Co zrobić? Na nic już hasła, hasełka, prośby,
      lamenty, deklaracje, słowa puste, próżne, fałszywe. Na nic.

      Jeszcze nie wiem dokładnie, dokąd iść. Droga powoli staje się rozmyta. Brak
      przede mną jakichkolwiek znaków, śladów stóp, kolein. Usiłuję wkroczyć do
      nieznanej chyba nikomu krainy, która daje nadzieję. Nie widzę drogi. Ledwie ją
      wyczuwam, ale próbuję iść. Zbyt wiele czasu już zmarnowałem, zbyt wiele czasu
      zmarnowali i ci, którzy są tam, gdzie ja ja byłem wcześniej. Na razie nie
      dostrzegam tu nikogo... Czy tutaj nikogo nie ma? Nie wiem... Może po prostu nie
      widzę. Zaczynają cichnąć powoli tamte głosy krzyki, mowy, strzały. To chyba
      dobry znak. Jeszcze nic nie wiem. Niemal nic. Droga wydaje się być niezmiernie
      długa. To nie droga... To wojna, ciężka walka usiana morzem potyczek większych
      czy mniejszych, rozczarowań, triumfów. Nie... Nie widać żadnego finału. Nawet
      nie wiem czy on jest, czy będzie. Dosyć jednak mam stania tu w miejscu, plucia
      i przeklinania, dosyć tego. Idę tam, nawet gdyby to miała być fikcja. Ruszam w
      tym kierunku, chociaż nie wiem, gdzie to jest i co tam jest. Wiem jedno - to
      walka. Pełna chwil pięknych. Nie. Nie chwil. Cała jest piękna, daje siłę,
      wynosi ponad ponurą, złowrogą szarość.

      Iwo

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka