Gość: marek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
08.08.05, 08:42
Kiedy Aleksander Łukaszenko po chamsku rozwala Związek Polaków w Białorusi,
nie może to nikogo specjalnie dziwić. Autorytarny satrapa nie toleruje
niezależnej organizacji pozarządowej i instaluje w niej posłusznych sobie
kolaborantów, a nieposłusznych wsadza do więzień. Można się tego było
spodziewać. Kwestią dyskusji jest, czy polska polityka wobec Białorusi
przyczyniła się do rozzuchwalenia Łukaszenki, czy też nie. Tak czy inaczej –
niczego dobrego się po nim spodziewać nie mieliśmy żadnego powodu.
Wschodnie standardy są niestety takie, że akceptują wiele zachowań polityków,
które w Europie Zachodniej, czy w Ameryce Północnej są nie do pomyślenia. Ot,
choćby ostatnia przygoda Władimira Putina. Prezydent Rosji przyjmował
delegację przedstawicieli amerykańskiego biznesu. Wśród jej członków był
Robert Kraft, właściciel klubu New England Patriots, który to klub zdobył
puchar Super Bowl, czyli najwyższe trofeum w futbolu amerykańskim. Jako
trofeum właściciel klubu otrzymał złoty sygnet z 124 diamentami. Pech chciał,
że pod koniec rozmowy z Putinem Robert Kraft pochwalił się sygnetem. Putin
obrócił go w dłoniach, pokiwał z uznaniem głową, włożył do kieszeni, pożegnał
się z amerykańskimi biznesmenami i z wdziękiem opuścił miejsce audiencji.
Rosyjscy dziennikarze odnotowali głupią minę właściciela sygnetu i byli
przekonani, że prezydent Rosji po prostu buchnął drogi drobiazg nieostrożnemu
Amerykaninowi. Byłoby to twórcze nawiązanie do słynnej zasady sowieckich
żołnierzy „Dawaj czasy!”, w myśl której co zaradniejsi wojacy wracali z wojny
z kilkunastoma zegarkami.
Kraft przez kilka dni nie wypowiadał się publicznie na temat incydentu, a
wreszcie przyciskany przez dziennikarzy wycedził przez żeby, że podarował
sygnet Putinowi, jako dowód uznania i szacunku dla wielkiego narodu
rosyjskiego. Komentatorzy zwracają uwagę, że prezent o wartości co najmniej
kilkunastu tysięcy dolarów nie bardzo mieści się w protokole dyplomatycznym,
nawet jeśli jest to rosyjski protokół dyplomatyczny. Amerykański Departament
Stanu zapewne odetchnął z ulgą, a Kraft prędzej czy później wyjdzie na swoje.
To wszystko zrozumiałe. Podobnie jak Putin i Łukaszenko, mogliby się zachować
władcy Kirgistanu, Turkmenii, Kazachstanu i podobni przedstawiciele władz w
tej części świata.
Kiedy jednak podobne bizantyjskie zachowania zdarzają się Wiktorowi
Juszczence, mamy poważny powód do niepokoju. Otóż w ostatnich dniach
dziennikarze w Kijowie opisywali, jak syn prezydenta Ukrainy, student
uniwersytetu, rozbija się po Kijowie jednym z najdroższych modeli BMW,
szpanuje kosmicznie drogim aparatem komórkowym i rozsiewa po lokalach
studolarowe banknoty. Dziennikarze zapytali, skąd młody Juszczenko ma takie
pieniądze. Prezydent Ukrainy na konferencji prasowej w bardzo emocjonalnym
tonie zaatakował autora tekstu zarzucając mu, że zachowuje się jak działający
na zlecenie killer, a nie niezależny dziennikarz. Parę dni później pod
protestem w sprawie wypowiedzi prezydenta podpisało się już 400 ukraińskich
dziennikarzy.
Wiktor Juszczenko dosłownie na własnej skórze doświadczył, jak działa system
zwyrodniałej władzy. Na razie nie ma powodów, by porównywać go z Łukaszenką
czy Putinem. Incydent z synem nie jest jednak błahostką. Właśnie w takich
sprawach widać różnicę między politykami w krajach demokratycznych a
wschodnimi satrapami. Oby Juszczenko potrafił szybko wyciągnąć z tego wnioski.