Dodaj do ulubionych

potwory lewicy

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.08.05, 13:46
Gorące lato mieliśmy w tym roku. Dosłownie i w przenośni. Zazwyczaj okres
wakacyjny oznaczał zastój w świecie polityki, co zmuszało dziennikarzy do
wymyślania rozmaitych, mniej lub bardziej prawdopodobnych historii, mających
uatrakcyjnić rozleniwionym urlopowiczom ów czas, zwany potocznie sezonem
ogórkowym. Od lat pewniakiem była informacja, że potwór z Loch Ness znów
wylazł ze swojego jeziora. W tym roku jednak było inaczej, co nie oznacza, że
nie mieliśmy do czynienia z wyłażącymi z różnych zakamarków dobrze znanymi
potworami. Przeciwnie, potworów było zatrzęsienie.

Najpierw wylazł z kniei marszałek Cimoszenko, pardon, Cimoszewicz, nawoływany
przez opuszczony naród i wszystko, co jest w stanie wydać odgłos paszczą.
Porzucił swoje żubry, świnie i inne bliskie mu stworzenia, ogłaszając, że
wraz ze starą sprawdzoną grupą od trzymania władzy, przemianowaną na grupę
trzymającą Włodzia, zaordynuje narodowi kolejne lata prosperity. Na wieść o
tym z wolna zaczęły wyłazić różne inne potwory. Pani prezydentowa wylazła z
pałacu i gorąco poparła niezależnego kandydata SLD, licząc być może na to, że
jeszcze przez parę lat mogłaby funkcjonować jako pierwsza dama. Nie jest to
zły pomysł i marszałek zapewne się zgodzi, chodzi przecież o to, aby
porozumieć się bez barier dla dobra sitwy. Wylazł również Tomasz Nałęcz, z
tym że on akurat wylazł nie z pałacu, lecz z komitetu wyborczego Marka
Borowskiego, kandydata zwanego prawym lewym, oraz z SDPL, chcącej uchodzić za
prawdziwą lewicę. Profesor Nałęcz, jako historyk z zawodu, ma doskonały zmysł
wyczuwania, skąd wieją dziejowe wiatry, i dobrze wie, że do zwycięzców,
choćby potencjalnych, trzeba się łasić, a przegranym sprzedać kopa na drogę.
Dialektyczne akrobacje również nie są profesorowi obce, może więc odgrywać
rolę jedynego sprawiedliwego, który w imię sprzeciwu wobec SLD, afer i
cwaniaczków z Ordynackiej poprze kandydata, za którym stoi SLD, Ordynacka a –
kto wie – może i afery. I przynosi to pozytywne efekty, bo profesor w mediach
pojawia się równie często, jak niegdyś poseł Dziewulski, co prowadzi do
wniosku, że środowisku dziennikarskiemu nie tylko lustracja jest potrzebna,
ale i elementarne testy z logiki formalnej.
W czasie, kiedy rozmaite potwory lazły w stronę marszałka Cimoszewicza, na
ulice Warszawy wyleźli dowiezieni ze Śląska górnicy, którzy najpierw uderzyli
w gaz, a potem w policję, na co ta również odpowiedziała gazem. Było jak
zwykle wesoło i po raz kolejny przekonaliśmy się, że robotnicza pięść jest
skutecznym argumentem przetargowym w dyskusjach nad forsą, a dyktatura
proletariatu ma się jak najlepiej. Posłowie, którzy już przebierali nóżkami,
żeby czmychnąć na wakacje, zostawiając cały ten bajzel za sobą, trochę
ponarzekali i szybko uchwalili, że tym, którzy pracują pod ziemią,
przysługują wcześniejsze emerytury na koszt tych, którzy robią nad ziemią. Co
ciekawe, do tych pierwszych zaliczono tylko górników, pomijając takie
podziemne mniejszości jak krety, dżdżownice czy krasnoludy. Można
podejrzewać, że jak tylko się dowiedzą, iż ominęły ich przywileje, wylezą na
ulicę i zrobią manifę. W ich obronie zapewne polezie wicepremier Jaruga-
Nowacka, która nie tak dawno dowiodła w jednym z wywiadów, że i jej nieobce
są dialektyczne wygibasy. Najpierw utyskiwała, że w polityce jest zbyt mało
kobiet, że nikt nie chce na nie głosować i tak dalej, a następnie, na
pytanie, czy w takim razie w wyborach prezydenckich poprze panią Szyszkowską
bądź panią Bochniarz, odparła, że ona akurat głosować będzie na Cimoszewicza.
Ot i cała feministyczna logika. No, chyba że marszałek oprócz akcji Orlenu
zataił przed nami jeszcze jakieś szczegóły dotyczące swojej płci. Takie
rewelacje byłyby w sam raz na koniec lata i nie przebiłaby ich nawet kobieta
z brodą reklamowana przez dziennik "Fakt", a przy tym w jakiś sposób
tłumaczyłyby ową miętę, którą nie od dziś czuje do Cimoszewicza profesor
Nałęcz.
Ale nie tylko potwory są w stanie zainteresować plażowiczów. Dziennikarze w
sezonie ogórkowym często udowadniają, że rzeczy mają się inaczej, niż dotąd
sądziliśmy. Prawda skryta jest pod warstwą pozorów. Nasz jowialny sąsiad
okazuje się przebiegłym i krwiożerczym kosmitą, poczciwa staruszka ma w
zwyczaju pić krew nastoletnich dziewic, sprzedawczyni z warzywniaka jest
agentką KGB, a znany aktor swoim własnym sobowtórem. Aby wymyślić taką
historię, trzeba się trochę nagłowić, ale tego lata było łatwiej, gdyż sama
rzeczywistość roiła się nie tylko od potworów, ale i pozorantów. I żeby było
weselej, wciąż chodziło o te same postacie. Włodzimierz Cimoszewicz
przedstawia się jako kandydat ponadpartyjny, a w rzeczywistości jest jak
najbardziej partyjny, i to właściwie od dziecka. Przy tym z pozoru wygląda na
prymusika, takiego, co to już w podstawówce wyrywał rękę do góry,
krzycząc "proszę pani, ja, ja!" i świadectwa z paskiem przynosił, a tu
okazuje się, że nie wie, ile gazu ciągniemy z Rosji. Niby pan doktór od
prawa, minister od zagranicy, okulary ma i tak dalej, a w trakcie
przesłuchania przed komisją śledczą objawił się jako osoba niedouczona i na
dodatek zupełnie niezorganizowana, która nawet oświadczenia majątkowego
wypełnić nie potrafi. I na dodatek początkowo wydawał się człowiekiem miłym i
dobrze wychowanym, co to zwierzęta kocha, staruszkę przez jezdnie
przeprowadzi i w czasie obiadu nie czyści paznokci widelcem, a przy bliższym
obcowaniu wyszedł z niego nadęty gburek, który napada na kobietę wypełniającą
za niego PIT-y. W normalnym kraju przy takich kompetencjach i cechach
osobowych nie miałby szansy zostać naczelnikiem poczty na zadupiu, a u nas –
patrzcie tylko – i ministrem był, i premierem, a teraz nawet prezydentem chce
zostać. Niezłe dziwo.
Zresztą dziwo to stoi na czele całej zgrai pozorantów, którzy wykorzystują
rozmaite sposoby, aby frajerów przekonać, że są czymś innym, niż są w
rzeczywistości. Ponieważ szanse SLD na wejście do parlamentu nie są zbyt
wielkie i w rezultacie część z tych, którzy nie dostaną immunitetu, może
trafić do pierdla, postanowiono odmienić oblicze partii. Zabieg ten stosowany
jest przez tzw. lewicę od dawna i za każdym razem, kiedy towarzystwo
towarzyszy stawało na krawędzi bankructwa, odmieniało swoje oblicze,
przeprowadzając samokrytykę, a stada baranów dawały się na to nabrać,
twierdząc, że ta kolejna odnowa to już z pewnością będzie ostatnia i odtąd
zapanuje wolność, równość i socjalizm. Stary, wysłużony element partyjny
szedł w cień, a w jego miejsce pojawiał się nowy – jasne światełko w tunelu.
Z tym że, jak w znanym powiedzeniu, światełko to za każdym razem okazywało
się reflektorem nadjeżdżającej lokomotywy. Przykładów jest dosyć. U sowietów
dobry Chruszczow w miejsce potwora Stalina, Breżniew zamiast Chruszczowa, a
trochę później dobry Gorbaczow w miejsce złych Breżniewów, Andropowów i
Czernienków. Niemal cały świat dał się nabrać na pierestrojkę, a przecież
chodziło tylko o to, żeby – w chwili gdy system rozpadał się od wewnątrz –
uchronić tych, którzy go tworzyli, ich majątki i interesy.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka