Dodaj do ulubionych

Wpadki "Gazety"

03.01.02, 22:08
Czy „Gazeta” zna się na zegarkach???
Zaczynam w to wątpić. Dzisiaj na 2 stronie głównego wydania dostrzegłam
ogłoszenie zapowiadające czat z Jerzym Połomskim, który to ma odbyć się w
piątek o godzinie 12:00. Tymczasem, na tymże ogłoszeniu przed podaną godziną
(przypominam: 12:00) jest miniatura tarczy zegara, którego wskazówki wyraźnie
informują, że czat odbędzie się o godzinie 13:00!!! Nie jestem fanką pana
Połomskiego i nie mam też ochoty na konwersację z tym idolem pokolenia moich
rodziców, ale niepokoi mnie stan podstawowej wiedzy Redakcji „Wyborczej”.
Poza tym, często szukacie, Drodzy Redaktorzy, wpadek polityków, artystów,
innych czasopism, a tu proszę – nie dostrzegacie własnych.

Z lekkim przymrużeniem oka ;-) i z bardzo serdecznymi pozdrowieniami
Misia

Aha, Drodzy Forumowicze! Zachęcam do wypatrywania innych wpadek
Redakcji „Gazety”! Chyba się nie obrażą, nie? :-) (Literówki się nie liczą –
zdarzają się przecież najlepszym.)
Obserwuj wątek
    • Gość: PiotrB Re: Wpadki IP: *.au.poznan.pl 04.01.02, 10:01
      Pamietam, jak jakies pol roku temu, w jednej z poznanskich gazet (chyba w Expresie Poznanskim) byla mapka z
      naniesionymi poznanskimi osiedlami i widnialo na niej Osiedle Kosmonaltow. Duzymi, kolorowymi literami!!!
      • misiamisia Re: Wpadki 05.01.02, 13:00
        Oj, ja na Twoim miejscu nie zdradzałabym się tutaj z tym, że czytam inne
        dzienniki oprócz "Wyborczej". ;-)
    • Gość: Dzidka Re: Wpadki IP: *.wskiz.poznan.pl 05.01.02, 17:08
      Wyborcza przyznała się do swoich prawdziwych wpadek z okazji swego 10-lecia.
      Niestety nie wiem, gdzie tego szukać :-))))
      • redakcja Re: Wpadki 07.01.02, 12:11
        Nie wiesz, gdzie szukać?
        Na forum!

        Ki diabeł?
        Największe wpadki "Gazety" opisuje
        WŁODZIMIERZ KALICKI
        ° - Czy u was w Polsce też są takie schrony? - pyta Tahir. Trudno dziś mu
        wytłumaczyć, że ))takie(((( schrony to było czysto albańskie szaleństwo. Wyszło
        przecież na to że Enver Hodża (KOREKTO - jak go piszemy??) miał rację."
        KOREKTA nie odpowiedziała, bo dramatyczne pytanie redaktor naszego poznańskiego
        wydania zadał jej na trzeciej stronie "Gazety", w reportażu Miłady Jędrysik z
        Kosowa. Roboczy dopisek ukazał się w połowie egzemplarzy "Gazety" sprzed trzech
        dni, wzbogacając kolekcję naszych gaf.
        Jaki jest sposób na gafy? Szefostwo redakcji "Gazety" od lata 1989 roku
        obsesyjnie wręcz mnoży kontrolne procedury, srodze napomina piszących i
        redaktorów, a bywa, że nieuważnych karze. I odnosi to skutek. Gdy wertuje się
        roczniki "Gazety", widać, jak z roku na rok więdnie samosiejka czarnego humoru,
        jak ubywa pomyłek i gaf, jak coraz rzadziej trafiają się głupie żarty, o
        których nazajutrz dziennikarze pragnęliby zapomnieć.
        Nasze gafy to także nasza, "Gazetowa" historia. Przypominamy więc te najnowsze
        i te sprzed wielu miesięcy. I te najbardziej oszałamiające spośród zebranych
        przez mnie przed trzema laty z okazji wydania dwutysięcznego numeru "Gazety".
        Prymas nie grymas
        Przed wojną osłupiali Czytelnicy jednego z dzienników mieli dowiedzieć się,
        że "Pielgrzymi pojechali do Rzymu sobaczyć Papieża". Jak długo kajali się
        redaktorzy za podmienienie literki "z" na "s" - nie wiemy. Nie dowiemy się też,
        jak długo kajałaby się "Gazeta" za podmienienie w tytule tekstu literki "P"
        na "G" w słowie Prymas. Na szczęście w ostatniej dosłownie chwili redaktorskie
        oko dostrzegło tę bombę z opóźnionym zapłonem. Całkiem jednak ustrzec naszych
        łamów przed literówkami, jak dziennikarze nazywają błędnie wydrukowane
        pojedyncze litery, nie udało się. Przekonywaliśmy więc Czytelników, że kawa źle
        wpływa na orgazm, choć autorka tekstu była przekonana, że kiepsko toleruje ją
        cały organizm. Kantor "Banknot" przemianowaliśmy w jednej z tabelek kursów
        walutowych na kantor "Bankrut". Całkiem niechcący wyrabialiśmy krytycyzm u
        konsumentów: amatorów, opisanych przez "Gazetę", muszli klozetowych wzywaliśmy,
        by przed wybraniem ich jeszcze się "zasranowili".
        Czytelnicy mieli prawo być nieco zdezorientowani żalem dziennikarza "Gazety",
        że "praska nekrofilia w dawnej postaci jest jednak nie do odtworzenia".
        Zwłaszcza że tekst generalnie traktował o tamtejszej nekropolii. W nekrologu
        zaś wybitnego profesora prawa, cywilisty, nazwaliśmy go cyklistą.
        "Gazeta w Katowicach" w ogłoszeniach drobnych z własnej inicjatywy postawiła
        wysoko poprzeczkę dla kandydatek na sekretarki: "Potrzebna sekretarka, wymagana
        obsługa koparki". Tymczasem pracodawca skłonny był zadowolić się jedynie
        znajomością obsługi kopiarki.
        Literówki zawsze bawiły Czytelników. Spośród tych, których dotknęły, śmiać się
        potrafili nie wszyscy. Z listów do redakcji:
        "Zamiast mego tekstu: ))Czy można było, cofając zabudowę zachodniej strony
        Marszałkowskiej, tak jak tego wymagały względy komunikacyjne(((( redakcja
        umieściła ))względy komunistyczne((((, co stawia pod znakiem zapytania sens
        mego listu i jest dla mnie obraźliwe. Stanisław Jankowski".
        Ale dostaliśmy też i taką pocztę: "Dziękuję za wydrukowanie mojego listu.
        Niestety dominuje w nim niesłusznie litera "G": jest Greniężno zamiast
        Pieniężno, ksiądz Groksch zamiast Proksch i Gaweł z Tarsu zamiast Paweł. Paweł
        i Gaweł w jednym stali domu, ale były to dwie różne osoby, a trzecią - jeszcze
        inną - był apostoł Paweł".
        Tytuł wieńczy dzieło
        Od pierwszych miesięcy tytuły w "Gazecie" były naszą dumą. Żywe, barwne, czasem
        odlotowe, obok nietypowego formatu "Gazety", już na pierwszy rzut oka
        odróżniały nasz dziennik od pozostałych gazet. Pan Marcin Pieszczyk, student
        Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, w 1994 roku poświęcił
        naszym tytułom pracę magisterską "Aluzji ci u nas dostatek - analiza nagłówków
        w ))Gazecie Wyborczej((((".
        O największej tytułowej wpadce Marcin Pieszczyk napisać nie mógł, gdyż na
        szczęście wyłapano ją w ostatniej chwili. Informację o przegranym meczu
        Cracovii, tradycyjnie grającej w pasiastych koszulkach, z Unią Oświęcim
        zatytułowano po prostu: "Pasiaki przegrały w Oświęcimiu".
        Ale i to, co ujrzało światło dzienne na naszych łamach, każdego redaktora
        przyprawić winno o palpitację serca.
        Notkę o sprzedaży piłkarza Bąka przez warszawską Legię zatytułowano: "Legia
        puszcza Bąka". O strajkach w hutach donosiliśmy nieraz pod tytułem "Bój w
        hucie". Informację o śmierci mężczyzny w bramie własnego domu, o godzinie 19.20
        opatrzyliśmy tytułem "Nie zdążył na dziennik". Nie jedyny to przypadek, gdy
        redaktor "Gazety" śmierć uznawał za rzecz zbyt ponurą, by nie odczuwać potrzeby
        rozbawienia Czytelnika. Wiadomość o odnalezieniu po trzech latach topielca w
        stawie, z którego wodę czerpała cała wieś, "Gazeta w Krakowie" opatrzyła
        tytułem "Rekordzista", notę zaś o samobójcy, który odebrał sobie życie strzałem
        z pistoletu do uboju bydła - "Samoubój".
        Tekst zachęcający rodziców do troski o uzębienie dzieci wydał się
        redaktorowi "Gazety na Pomorzu" na tyle mało porywający, że opatrzył go
        tytułem: "Zęby dzieci w rękach rodziców". Z całą pewnością Czytelnicy
        pomorskiego dodatku "Gazety" nie przeoczyli też notatki "Zboczenie kapitana".
        Wielbicieli sensacji czekał gorzki zawód: chodziło jedynie o zboczenie z kursu
        promu na skutek nawigacyjnego błędu kapitana.
        Koniec końców z powodu frywolnego tytułu trafiliśmy do sądu. Przed pierwszymi
        wyborami samorządowymi w Kutnie pewien zaradny lokalny polityk załatwił sobie z
        kierownictwem tamtejszego Ruchu, by do egzemplarzy "Gazety" dokładano jego
        ulotki wyborcze. Te mało chwalebne praktyki odkryliśmy i opisaliśmy. Jacek
        Rakowiecki, w tamtych latach główny nasz spec od wymyślania błyskotliwych
        tytułów, tekst o podkładaniu ulotek zatytułował: "W Kutnie kłamią wierutnie".
        Zgrabnie, choć ciut obok tematu. Dyrektor Ruchu "Gazetę" przeprosił, lokalny
        polityk zaś podał do sądu. Liczył, że zwariowany tytuł pomoże mu wykaraskać się
        z kłopotu i dodatkowo pognębić "Gazetę". Dopiero po paru latach sąd uznał, że
        tytuł nie na temat wcale nie usprawiedliwia wkładania do egzemplarzy gazety
        ulotek wyborczych.
        Sportowcy z przodu i z tyłu
        Sądząc z relacji naszych dziennikarzy sportowych, mistrzowie biegania, kopania
        i skakania nader często mieli problemy z trzymaniem na wodzy swej
        fizjologii. "Zdyskwalifikowana przez IAAF sprinterka Katrin Krabbe poroniła,
        będąc w dziesiątym miesiącu ciąży". Gdy jeden z krakowskich piłkarzy wyznawał w
        tytule wywiadu: "Mieliśmy ))dziurawe(((( tyły", inny futbolista "celną główką
        trafił między nogi bramkarza".
        Pominąwszy kilka chwalebnych przypadków, redaktorzy zasadniczo poetami nie są.
        W życiu każdego niemal redaktora bywają jednak chwile poetyckiego natchnienia,
        w których w zgrzebnej materii codzienności dostrzega on rzeczy niewidzialne dla
        zwykłych śmiertelników. Później zwykle tłumaczy się, że nie ma pojęcia, jak to
        się mogło stać.
        Ciężkie życie w Szczecinie
        "Gazeta na Pomorzu" w 1995 roku na pierwszej stronie alarmowała Czytelników, że
        w szczecińskim porcie zalega 7 tysięcy ton koncentratu cyjanku potasu. Truciznę
        tę podrzucili Niemcy, a minister ochrony środowiska nie zgadza się na jej
        wywiezienie z portu, gdyż jest zbyt toksyczna, by podjąć próbę jej transportu.
        Panikę zażegnało dopiero wyjaśnienie, że w porcie zalega koncentrat cynku.
        Szczecinianie nie mieli lekkiego życia z naszymi dziennikarzami. Innym razem
        zaalarmowali oni Czytelników, że lada dzień wody Zalewu Szczecińskiego wskutek
        wielkiej cofki wód Bałtyku zaleją pół miasta. Po protestach Instytutu
        Meteorologii i Gospodarki Wodnej nastąpiło uspokojenie wód Bałtyku i umysłów.
        Cofki, rzecz jasna, nie było.
        W dodatku lubelskim "Gaz
        • misiamisia Re: Wpadki 07.01.02, 19:02
          Łał, dzięki!

          :-)

          Misia
        • Gość: NOBI Re: Wpadki IP: 213.17.225.* 09.01.02, 08:58
          SUPER TEXT!!! Ubawiłem się nieziemsko!!!
          Aż żal, że tekst jest ucięty i nie dowiedziałem się co przytrafiło się
          dodatkowi lubelskiemu...
          • redakcja Wpadki c.d. 09.01.02, 11:23
            Ojoj!
            Bardzo przepraszam. Tekst jest długi, a okienko forumowe ma określoną
            pojemność. Nie zwróciłem na to uwagi. Jeszcze raz przepraszam.
            Poniżej ciąg dalszy
            W dodatku lubelskim "Gazety" napisaliśmy: "Śmigłowiec ))Sokół(((( wznosi się na
            maks. wysokość 6 (sześciu) metrów". Teleexpress za tę informację przyznał
            kolegom z Lublina swoją Złotą Czcionkę. "Sokół" nie miał do "Gazety"
            szczęścia: "Opublikowany wczoraj na zdjęciu polski śmigłowiec ))Sokół((((
            okazał się niestety amerykańskim helikopterem Bell".
            W Katowicach redaktorzy konsekwentnie poprawiali ogłoszeniodawców, chcących
            sprzedać stół do banalnego, mącznego ciasta, świąteczne kartki z pozytywką i
            działki - tanio.
            "Sprzedam stół do wyrobu ciasta z drewna".
            "Sprzedam świąteczne kostki z pokrywką".
            "Działki sprzedam paniom".
            Koledzy ze Szczecina uznali ministra Janusza Onyszkiewicza za zięcia Józefa
            Piłsudskiego.
            Jesienią 1993 roku dyrektora muzeum na Majdanku nazwaliśmy dyrektorem obozu
            koncentracyjnego na Majdanku.
            Statuetkę legendy powstania warszawskiego "Antka Rozpylacza" nazwaliśmy
            statuetką "Kuby Rozpruwacza".
            Redaktorzy z "Gazety Wielkopolskiej" w wakacyjnym konkursie na rozpoznawanie
            atrakcji Wielkopolski pod nazwą "Ki diabeł?" opublikowali fotografię
            ukrzyżowanego Chrystusa z drewnianego kościółka w Lednicy.
            Dziennikarze - zbrodniarze
            Prawdziwą dziennikarską zbrodnią jest uśmiercenie - cóż z tego, że na papierze -
            kogoś żyjącego. Przed laty zadaliśmy śmierć sławnemu podówczas Januszowi
            Leksztoniowi, właścicielowi firmy Elgaz. O prawo do życia p. Leksztoń upomniał
            się efektownie, bo osobiście, jeszcze tego samego dnia w
            wieczornych "Wiadomościach" TVP. Papierową śmierć zadaliśmy p. Leksztoniowi z
            winy naszych informatorów w Gdańsku: pokrzepieni koniakiem zadzwonili do
            Warszawy do redaktora Edwarda Krzemienia i przekazali przemyślnie zaszyfrowaną -
            jak uważali - wiadomość o aresztowaniu: "Leksztonia już nie ma, powtarzam,
            Leksztonia już nie ma".
            Jacek Hugo-Bader zaś podał fałszywą wiadomość, że nie żyją rodzice znakomitego
            astronoma prof. Aleksandra Wolszczana. Reporterowi "Gazety" podsunęli ją
            koledzy uczonego z Torunia.
            W obliczu takich wpadek mało dokuczliwą jawi się gościnnie opublikowana przed
            rokiem w "Gazecie" w tekście Agaty Tuszyńskiej rewelacja, że Tadeusza Boya-
            Żeleńskiego zamordowali we Lwowie Sowieci. Tym bardziej że nieco wcześniej
            w "Magazynie" drukowaliśmy obszerny szkic o śmierci Boya.
            Chłopcy, nie zapomnijcie skreślić!
            W czasie redagowania tekstów autorzy i redaktorzy dopisują do nich rozmaite
            uwagi - robocze, techniczne, osobiste. Po koniec przygotowywania artykułu do
            druku uwagi są przez redaktorów wykreślane.
            Albo i nie.
            Marek Rapacki, dziś korespondent "Gazety" w Paryżu, przed laty redagował teksty
            w dziale zagranicznym. W maju 1993 roku nie spodobało mu się zdanie w
            wypowiedzi znanych rosyjskich dysydentów Pawła Litwinowa i Łarisy Bogoraz na
            temat politycznej pozycji prezydenta Jelcyna. Redaktorka opracowująca
            wypowiedzi uparła się, że polszczyźnie sformułowania: "A zwycięzca nie ma praw,
            ma tylko obowiązek: wziąć na siebie odpowiedzialność za uzyskanie nowej
            legitymacji" zarzucić niczego nie można, więc zirytowany Rapacki po
            słowach "nowej legitymacji" dopisał: "[bo stara się pogniotła, wytłuściła i
            zdjęcie już niepodobne - delikwent wyłysiał - red.]". I tak to poszło w świat.
            W Krakowie do tabeli z notowaniami kursów walut w tamtejszych kantorach
            redaktor wpisał parę żarcików. Był pewien, że koledzy się uśmieją, a potem
            żarty poprawią. Ale nazajutrz z krakowskich kantorów wymiany walut o nazwach
            Żabka, Babka, Wycior, Bucior, Rybka i Pipka ulokowanych przy ulicach Wałowej,
            Wołowej, Górala, Nosala i Żabie Cycki uśmiała się cała Małopolska.
            W dodatku katowickim w relacji z zawodów sportowych pod wynikami drużynowymi
            dziennikarz dopisał: "wyniki indywidualne podamy za dziesięć minut". Też poszło
            do druku.
            Rekord w kategorii "wesołe dopiski" ustanowił duet Piotr Pacewicz i niżej
            podpisany. Mego autorstwa był podniosły komentarz opublikowany w sierpniu 1995
            roku w rocznicę Cudu nad Wisłą. "Bez bohaterów 1920 roku - pisałem - nie byłoby
            dzisiejszej Polski, nie byłoby nas samych". Zastępca redaktora naczelnego Piotr
            Pacewicz dopisał do komentarza: "I dlatego w tym dniu wielkiego czynu i
            wielkiej chwały pochylam się nad Wisłą i popijam z niej wodę". Trochę to
            zastanowiło zastępcę naczelnego Helenę Łuczywo, ale skoro byłem nieobecny w
            redakcji, zdecydowała się nie zmieniać tekstu bez konsultacji z autorem.
            Złość na Piotra Pacewicza, ongiś niemała, już mi przeszła. Został tylko cichy
            żal, że "picie z Wisły" nie ostało się w mowie potocznej jako synonim
            najwyższego szacunku. Tak, jak ostała się wymyślona przez Ewę
            Milewicz "falandyzacja".
            Prima aprilis
            Pierwszokwietniowe żarty wydają się być zabawą bezpieczną, ale dążenie w nich
            do prawdopodobieństwa bywa groźne. Kilka lat temu koledzy z doda- tku
            krakowskiego ze śmiertelną powagą opisali, jak senator Kozłowski, ubrany w
            dres, pali w swoim ogródku zużyte opony samochodowe. Niepokojące, ale nikt nie
            dojrzał w tym kawału. Sympatycy Unii Wolności dzwonili do krakowskiej redakcji
            z pretensjami, że szkalujemy wybitnego działacza ich partii, a policja
            pojechała do ogródka, aby zebrać przeciw senatorowi dowody na spalanie.
            To nie ja
            Różne otrzymywaliśmy sprostowania, ale to znajduję najbardziej uroczym:
            "Wczoraj - 31 maja 1995 r. - ukazało się w Waszym Piśmie moje zdjęcie z okazji
            jubileuszu 50-lecia pracy artystycznej, który miał miejsce 29 maja 1995 r.
            Za jego zamieszczenie bardzo dziękuję, jednocześnie pragnę zwrócić uwagę, że
            podpis pod zdjęciem dezorientuje czytelników w kilku punktach, które należy
            wyjaśnić. Podpis brzmi: ))od lewej Wojciech Pawłowski (mąż Jubilatki), Alina
            Janowska, Zofia Kucówna, Igor Śmiałowski((((, a prawda wygląda tak:
            1. to nie mąż, ale brat
            2. a brat to nie Pawłowski, tylko Janowski, nie Jerzy, lecz Witold
            3. a Pawłowski to nie Wojciech, tylko Jerzy
            4. a mężem jest Ireny Pawłowskiej
            5. a mąż Janowskiej to Zabłocki właśnie Wojciech i nie siedzi (obok Jubilatki)
            ani w ogóle nie siedział, bo on nie umie na miejscu usiedzieć. Jubilatka bardzo
            się z tego lapsusu ))Gazety Stołecznej(((( uśmiała i prosi o zamieszczenie
            powyższego wraz ze zdjęciem męża profesora architekta i byłego mistrza szabli
            Wojciecha Zabłockiego, żeby się nikomu nie pomieszało, czyją jest żoną /.../
            Alina Janowska".
            W dyplomacji styl familiarny nie uchodzi, więc w styczniu 1996 roku
            przepraszaliśmy rzeczowo: "Mężczy- zna na zdjęciu do naszego wczorajszego
            artykułu o Japonii nie jest nowym premierem tego kraju Ryutaro Hashimoto (na
            zdjęciu powyżej). Fotografia przedstawiała Yukihiko Ikedę, nowego ministra
            spraw zagranicznych. Przy okazji chcemy z całą stanowczością stwierdzić, że
            Yukihiko Ikeda jest mężczyzną, a nie - jak napisaliśmy w tekście - ))pierwszą w
            historii Japonii kobietą szefem MSZ((((".
            W zeszłym roku wizytę we Wrocławiu złożył prezydent Niemiec Roman Herzog.
            Koledzy z "Gazety Dolnośląskiej" zadzwonili do archiwum redakcji
            warszawskiej: "Dajcie nam zaraz fotkę prezydenta Herzoga!". No i Warszawa fotkę
            prezydenta Herzoga wysłała. Tyle tylko że Chaima Herzoga, prezydenta Izraela,
            który w ten sposób przez jeden dzień pełnił na Dolnym Śląsku obowiązki głowy
            Republiki Federalnej Niemiec.
            W podpisywaniu fotografii cudzym nazwiskiem nie było dla "Gazety" świętości.
            Podmienialiśmy zdjęcia polityków, policjantów, sędziów i Tomasza Burka. Czyż
            można się więc dziwić, że ilustrację do mojej opowieści "Żyli w pałacu hrabia z
            hrabiną" - zdjęcie hr Ignacego Mielżyńskiego, dzierżącego za potężny chwost
            upolowanego lisa - podpisano w "Magazynie": "Hrabia Ignacy Mielżyński z
            zającem"?
            Zdjęcia nie były zresztą niezbędne, by podmieniać osoby:
            "Do tekstu ))W niedzielę o trzynastej((((, opisującego, jak w wybora
          • redakcja Wpadki c.d. 2 09.01.02, 11:24
            "Do tekstu >>W niedzielę o trzynastej<<<<, opisującego, jak w wyborach
            głosowali artyści i sportowcy, z mojej winy wkradł się błąd. Piłkarz
            Włodzimierz Lubański w wyborczą niedzielę nie leżał chory po wypadku. W
            rzeczywistości telefonicznie rozmawiałem nie z nim, ale z innym Włodzimierzem
            Lubańskim, działaczem OPZZ. Piotr Lipiński".
            "Podaliśmy błędnie, że aresztowano wicedyrektora Huty Stalowa Wola i dyrektora
            Huty Łabędy. W rzeczywistości aresztowano prezesa Huty Stalowa Wola, który
            poprzednio pełnił funkcję kierowniczą w kombinacie Bumar-Łabędy. Bumar-Łabędy
            to zupełnie inne przedsiębiorstwo niż Huta Łabędy, o której mowa była w naszej
            informacji".
            "W Waszej Gazecie w artykule <<<<<<<>>Na krześle w jednym z osta- tnich rzędów
            drzemał przeor miejscowego klasztoru<<<<. Oświadczam, że jako przeor
            miejscowego klasztoru w tym dniu nie byłem na ww. spotkaniu, a tym samym nie
            mogłem drzemać. Osobą duchowną był zapewne Ojciec Prefekt. Ja w tym czasie
            byłem oddalony o 200 km od wymienionego miejsca /.../ Z poważaniem o. Stanisław
            Obara".
            Mogę tylko liczyć na Pańską wielkoduszność
            Okropne, piękne gafy wchodzą do historii dziennikarstwa. Jeszcze szybciej
            wchodzą do niej celne, piękne akty skruchy.
            W kwietniu 1996 roku na prośbę Adama Michnika redaktor Joanna Szczę- sna
            przygotowywała przedruk szkicu Czesława Miłosza "Komentarz do >>Ody do
            Stalina<<<< Osipa Mandelsztama" z literackiego pisma "NaGłos". Publiczność
            czytająca "Gazetę" jest zapewne nieco mniej wyrobiona literacko od
            czytelników "NaGłosu", więc dość ostremu szkicowi Miłosza postanowiono przydać
            tekst biorący Mandelsztama w obronę.
            Szkic Miłosza nie mieścił się jednak w "Gazecie". Redaktor Joanna Szczę-sna
            skróciła go więc, wyrzucając m.in. cytowane po rosyjsku oryginalne, fragmenty
            poezji Mandelsztama i zmieniając tytuł na "Bez wstydu i miary"
            Kłopoty zaczęły się zaraz po opublikowaniu "Komentarza".
            Najpierw "Rzeczpospolita" zaatakowała Czesława Miłosza jako lustratora.
            Zgnębiona Joanna Szczęsna usilnie obmyślała uprzejmy, wyjaśniający list do
            poety. Nie zwróciła więc uwagi na korespondencję od Czytelnika, który wyrażał
            zdziwienie interpretacją poezji Mandelsztama dokonaną przez Miłosza i
            sugerował, że noblista nie zna rosyjskich oryginałów. List Czytelnika redaktor
            Szczęsna dała do druku i dopiero w nocy zrozumiała, co się stało: własnoręcznie
            wykreśliła rosyjskie oryginały z tekstu Miłosza, po czym opublikowała list
            zarzucający Miłoszowi nieznajomość tychże oryginałów!
            Pozostało jej już tylko opublikować w "Gazecie" przeprosiny, napisać list i jak
            najszybciej, z pomocą mieszkającej w Stanach przyjaciółki, dostarczyć go
            poecie.
            "Nie >>Gazeta<<<<, nie jej redaktor naczelny, ale ja, Joanna Szczęsna we
            własnej osobie jestem winowajczynią" - pisała redaktorka. Joanna Szczęsna nie
            skrywała, że redaktor w jej sytuacji powinien popełnić samobójstwo. Cóż, kiedy
            nie pozwala jej na to jedyne honorowe wyjście polisa ubezpieczeniowa. "Jeśli
            bowiem targnę się na swe nikczemne życie przed lutym 1998 roku, firma
            ubezpieczeniowa nie wypłaci mojemu dziecku ani grosza, pisała rozżalona na swój
            los Szczęsna. W tej sytuacji mogę tylko liczyć na Pańską wielkoduszność" -
            zakończyła redaktorka.
            Później z Kalifornii dotarły na ulicę Czerską dwie wieści.
            Wcześniejsza: poeta ciągle jest wściekły, zgrzyta zębami.
            Późniejsza: widziano poetę, jak list Joanny Szczęsnej pokazywał znajomym. Śmiał
            się.
            • misiamisia Re: Wpadki c.d. 2 09.01.02, 21:18
              Qrczę, to się nazywa "Wyborcza solidność"...
              Rzetelni, jak zawsze.

              Pzdr
              Misia
            • Gość: Dzidka Kochana redakcjo... IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl 11.01.02, 19:53
              To ja jeszcze poproszę ten cudowny kawałek o rozterkach Red. Dyż. w związku z
              marszem ślimaków na Rzeszów! Pliiiz! Mam go wydrukowanego i własnie wczoraj
              znalazłam!
    • Gość: Me Re: Wpadki IP: *.icpnet.pl 09.01.02, 22:17
      Żeby nie było tak wesoło, dorzucę coś od siebie.
      Szanowna redakcjo!
      We wczorajszej GW ukazał się następujący tekst:
      "Bezsilne wobec 15 letniego chlopca okazaly sie
      rowniez zabezpieczenia na lotnisku. Wieza kontrolna nie
      byla w stanie zatrzymac Bishopa, mimo ze kontrolerzy
      widzieli, ze jego cessna koluje na pas startowy". A co
      niby mieli zrobić ci kontrolerzy? Zwinąć pas?
      Niestety, znajomość zagadnień związanych z lotnictwem
      nie jest najmocniejszą stroną dziennikarzy, nie tylko
      GW. Powyższy przykład jest w gruncie rzeczy niewinny,
      ale takich kwiatków są tysiące. Praktycznie nie ma
      informacji o lotnictwie, w której nie znalazłaby się
      jakaś bzdura. Apogeum nastąpiło po 11 września 2001.
      Być może problem dla osób czytających ten post jest
      błahy, ale to dość przykre, gdy niezła skądinąd gazeta
      notorycznie nie fatyguje się, aby dokonać jakiejkolwiek
      konsultacji. Czy dlatego, że w Polsce niewiele osób zna
      się na lotnictwie i jakby co, to nikt nie zauważy
      wpadki? Polityków "z pierwszych stron gazet" też nie ma
      wielu, a jednak z jakiegoś powodu w tekstach o nich
      dziennikarze się bardziej przykładają.
      Po co to wszystko piszę? Tak się składa, że sam jestem
      kontrolerem ruchu lotniczego. Próby prostowania błędów
      to zwykle syzyfowa praca, więc odpuściłem sobie.
      Prostszą i rozsądniejszą metodą byłoby chyba nawiązanie
      jakiejś formy współpracy - ku obopólnej korzyści i
      lotników, i dziennikarzy. Działające Stowarzyszenie
      Polskich Kontrolerów Ruchu Lotniczego POLATCA to grono
      osób skorych do takiej współpracy - a ponieważ tam
      gdzie lotniska, tam i kontrolerzy, mielibyście
      darmowych i kompetentnych konsultantów w większości
      miast, w których ukazują się lokalne dodatki GW.
      Kontakt z POLATCA można nawiązać via email:
      polatca@poczta.onet.pl
      Niebawem we własnej domenie, chwilowo tak.
      Jeśli chodzi o Poznań - czekam na odzew, jeśli takowy
      będzie, podam namiary na moją skromną osobę

      • misiamisia Nowa wpadka 14.01.02, 12:04
        Kolejna wpadka „Gazety”. W dzisiejszym (tj. 14.I.2002r.) dodatku poznańskim na
        4 stronie ukazał się artykuł „Komu się mylą nogi”, traktujący o eliminacjach
        młodych talentów do Akademii Sławy Janusza Józefowicza. I wszystko byłoby w
        porządku, gdyby nie omyłkowo zamieszczone zdjęcie tańczących dziewcząt
        ubiegających się o przyjęcie do Akademii SŁOWA. Hmmm, skoro „Słowa”, to
        dlaczego one tańczą? Czyżby chodziło o mowę ciała???

        Pozdroofky
        Misia :-)
    • szamanek Re: Wpadki 15.01.02, 20:19
      Dzisiaj w GW jakaś urzędniczka od edukacji wypowiadała sie tak(To jest
      streszczenie): są 3letnie licea,5letnie technika,3letnie profilowane, a w
      każdym uczą się po 2,3 lata.:)
    • Gość: lol Re: Wpadki IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 20.01.02, 22:19

      W sobotniej Wyborczej napisali na 5 stronie o założeniu przez ekipy drogowców
      nowego sterownika do świateł na skrzyżowaniu Jadwigi i Strzeleckiej. Poniżej
      napisali o awarii świateł na tym skrzyżowaniu hahha... :) a to było jedno
      zdarzenie - drogowcy musieli wyłączyć światła aby założyć sterowniki...
      • redakcja Re: Wpadki 21.01.02, 17:46
        W rzeczywistości nowy sterownik na skrzyżowaniu zainstalowany był kilka dni
        wcześniej, a tego dnia naprawdę coś nawaliło. Faktem jest jednak, że
        zestawienie tych dwóch tekstów jeden pod drugim nie było najszczęśliwszym
        posunięciem :)

        Nostra culpa, nostra culpa, nostra maxima culpa :)

        Mikołaj Kirschke
        • Gość: lol Re: Wpadki IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 21.01.02, 18:00
          No nie jestem do końca przekonany. Przejeżdżałem tamtędy w piątek ok 10.00
          kilka metrów od tego miejsca. Panowie drogowcy powalili na ziemię słup z
          sygnalizacją z wyjazdu ze Strzeleckiej i zakładali nowe klosze z dodatkową
          lampą skrętu w prawo w Jadwigi
          • Gość: lol Re: Wpadki IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 21.01.02, 18:01
            PS Zapomniałem:

            Gutta cavat lapidem non vie sed caepe cadendo :)))
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka