Dodaj do ulubionych

Epitafium dla Joli... cz. I

21.03.06, 22:54
Pojawiła się na forum potrzebując pomocy. Zdiagnozowano u niej nowotwór,
wyjątowo złosliwy. Cos mnie tknęło, bo czułam, ze jest źle, a Jola była w
bardzo kiepskim stanie. Nie pamietam ile miała lat... Na pewno po 40-tce.
Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Młoda kobieta. Tak zaczęła sie nasza walka.
Nasza, bo czułam, ze muszę dawać jej ciągle zastrzyk nowej dawki energii i
siły do walki. Jola przeszła operację. Wyglądało na to, że jest nadzieja tym
bardziej, ze profesor, który wziął ja w swoje ręce, był doskonałym fachowcem.
Jola chciała poddać się operacji w rodzinnym mieście, ale nie wygładało to
dobrze, za moją radą zmieniła lekarza, który oszczędził jej wielu
niepotrzebnych cierpień i poczucia zażenowania. Jola miała niesamowitą
godność. Wydawało się, że wszystko wraca do normy. Cały czas pisałam,
wspomagałam ją, stosowałam różne metody. Tuż przed Bożym Narodzeniem napisała,
że są przerzuty. Tym razem w mózgu. Chciała popełnić samobójstwo.
Namowiłam ją do operacji. Tuz po nie napisała "Kochana Pani Marleno
Od piatku wieczora jestem już w domu, po operacji. Zabieg wykonano tak
jak planowano 29 grudnia. Operacja przebiegła bez wiekszych komplikacji.
Usunięto duży guz z okolicy ciemieniowej-odpowiedzialnej za czucie.
Lekarz pociesza mnie, że usunieto go w całośći, ale tez nie ukrywa, że
rozpoznanie sródoperacyjne wskazuje na nowotwór złośliwy, ale czy to
jest ognisko przerzutowe czy tez jeszcze zupełnie inne, okaze się kiedy
przyjdą wyniki histopatologiczne. Noga jest niestety w gorszym stanie
niż przed operacją, reka tez sie dziwnie zachowuje, ale lekarz
uprzedzał, ze będa musieli uszkodzić fragment kory mózgowej, aby sie
dostać do guza i uważał, że wielkim szczęściem było to, że guz był tak
płytko pod korą, w miejscu dobrze dostępnym. Ja mam tylko wielką
nadzieję, że jednak przyczyna paralaiżu została usunięta, choc męcza
mnie myśli, że cos gdzies jeszcze siedzi-strasznie sie boje, żeby nie
było czegoś w rdzeniu.Moja rodzina strasznie się cieszy, że
ja jeszcze żyję i niewyobrażalnie mocno pragnie żebym żyła. Tak naprawde
to ja żyję dzięki Pani Pani Marleno. Pewnie bym się nie zdecydowała na
te operację gdyby nie Pani list.Może bym połknęła wtedy te tabletki, a
może zabrakło by mi siły i odwagi na taki gest, ale poddałabym sie
całkowicie psychicznie i juz tylko oczekiwała końca.Nie ma Pani
pojęcia jakim był dla mnie impulsem ten Pani list-to wprost
niewiarygodne. Nie ma takich słów i takich gestów, którymi mogłabym Pani
za to do końca podziękować. To wielkie szczęście , że udało mi się Panią
odnależć. Jesli mi tylko zdrowie pozwoli, to chciałabym kiedyś Pania
osobiście odwiedzić.
Oczywiście Pani list i znaki, które mi Pani przesłała, miałam cały czas
przy sobie w szpitalu."
Cieszyłam się bardzo. Tarot pokazywał mi wiele, ale ja nie chcialam tego
widzieć. Miałam wrażenie, że jak pokażę chociaż cień niepokoju, Jola straci
całą wole walki.
Po niedługim czasie napisała znowu " Kochana Pani Marleno
Bardzo, bardzo dziękuję za chęc pomocy. Od piatku przezywam znowu dramat.
Ponowne badania wykazały guz w jelicie, liczne przerzuty do wątroby i węzłow
chłonnych(nie tylko dwóch). To mnie kompletnie złamało. Chca mi natychmiast od
wtorku podac chemie, bo zmiany sa zbyt rozległe zeby zaczynać od operacji.
Operacja w nastepnej kolejności. Tak mi wstyd, że ciągle Pani tylko jęczę i
uskarzam sie, ale traktuje Pania jak kogoś mi bardzo bliskiego."
Boże, jak mogła pisac, że jęczy. Wielu ludzi nieba by jej przychyliło, by
tylko mogła żyć...Za dwa dni dostałam kolejnego maila "kochana Pani Marleno
Wysyłam dzisiaj do Pani moje zdjęcie robione w grudniu 2005, tuż przed
operacją mózgu. Zamówiłam też preparat antynowotworowy. Pani Marleno,
nie wiem czy Pani nie będzie miała kłopotu z odczytaniem kart, bo we
mnie jest znowu strasznie silna chęc popełnienia samobójstwa. Dzis cała
noc myslałam o tym zeby zrezygnowac całkowicie z medycyny
konwencjonalnej, nie pójśc jutro na te chemie i nie poddawać sie już
zadnej operacji. Obawiam sie, że to mi tylko przedłuzy cierpienia i
fizyczne i psychiczne. Ta choroba strasznie człowieka degraduje, upadla
i obawiam sie, że to upodlenie bedzie tylko z dnia na dzien większe.
Wiem, ze to będzie również straszne cierpienie dla mojej rodziny, pewnie
jeszcze gorsze niz moje bo ja w pewnym momencie bede juz znieczulona i
ogłuszona morfiną, a kto Ich znieczuli? Będe jeszcze jakis czas
próbowała ten preparat i starała sie zyc dopóki ból nie pozwoli na
skrywanie mojego cierpienia."
Bardzo to przeżywałam. Czułam się tak strasznie bezsilna.






Obserwuj wątek
    • marlena.skrabulska Re: Epitafium dla Joli... cz. II 21.03.06, 23:02
      Po dwóch dniach otrzymałam kolejny mail. Myślalam o niej caly czas. Mam syna
      17-letniego, ona miala trochę starszego i męża. Wiedziałam co przeżywa...
      Napisała " Droga Pani Marleno
      Dzisiaj byłam na konsultacji lekarskiej. Powiedziałam, że jestem osoba
      świadoma swojego stanu i prosze, żeby mi szczerze powiedziano czy
      chemioterapia ma jeszcze w moim przypadku jakiś sens, czy tylko nie
      przedłuzy moich cierpień. Lekarka była bardzo zafrasowana, powiedziała,
      Ze choroba nowotworowa idzie piorunujaco i jest juz uogólniona, ze nie
      ma na ten moment srodków, które mogłyby mnie uratować i ze zarówno
      chemia jak i operacja jelita maja juz tylko i wyłącznie sens paliatywny.
      W tej sytuacji postanowiłam zrezygnować z tych męczacych zabiegów i
      bede starała sie zyc do momentu kiedy będe jeszcze mogła jako tako
      funkcjonować, a srodki przeciwbólowe beda skuteczne. Potem godnie
      odejde. Mysle Pani Marleno, ze i Pani zobaczyła koło mnie Smierć i
      trudno jest Pani o tym napisać. Ale ja zawsze chciałam wiedzieć prawde,
      od samego poczatku choroby nigdy nie chowałam głowy w piasek.
      Pani mi bardzo pomogła w tych trudnych chwilach. Pani życzliwość i
      bezinteresowność dodawały mi sił. Dziekuję Pani za to wszysko z całego
      serca. Miałam nadzieje, że kiedys Pania odwiedzę i podziękuje osobiście
      za wszystko. niestety moj czas dobiega konca."

      Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Miała wrażenie, że umiera ktoś mi bardzo
      bliski. Jola miała pełną świadomość tego, że odchodzi, ale chyba czuła się już z
      tym pogodzona. Chociaż nie do końca, bo następny mail zawierał słowa, że była na
      tragach ezoterycznych, szukała bioterapeuty. Walczyła.Ale kolejny mail już był
      inny " Droga Pani Marleno
      Faktycznie stan mój pogarsza sie z dnia na dzień. Lekarze nie daja mi
      juz zadnej nadziei. Ja swiadomie zrezygnowałam z chemioterapii, zreszta
      lekarze mnie nawet mocno nie namawiali. Widzieli, że jestem osoba
      świadoma. Powiedzieli wprost-pani wie, że to sa juz tylko zabiegi
      paliatywne, ktore trochę przedłużą zycie. Mężowi powiedzieli, że bez
      chemii zostało mi pare tygodni a z chemią może dwa miesiące dłużej. Ja w
      takim razie nie chcę dodatkowo narażać się na przedłuzanie cierpienia,
      tym bardziej, że chirurg też powiedział, że w tym stanie jak mój, nie
      otwiera sie pacjenta, tylko awaryjnie, kiedy dojdzie do niedrożności
      jelita-robi sie wtedy stomię. To ja im dziękuje za takie
      przyjemnośći.Oni mnie wymęczą chemią, zaraz potem dojdzie do
      niedrożności i na co mi to wszystko. Jestem już pod opieką hospicjum
      domowego. Będzie mnie w domu odwiedzał lekarz i pielegniarki. Dostałam
      juz morfine przeciwbólowo. Tylko cud moze mnie jeszcze uratować. Pani
      Marleno, mam tak wielu przyjaciół na całym swiecie, tyle ludzi sie za
      mnie modli, płacze nade mną. Dostaję mnóstwo wspaniałych, serdecznych
      listów, dowodów prawdziwej troski.Pani jest jedna z tych osób. To mi
      dodaje jeszcze sił.Mam w domu bardzo dobra opiekę. Jest przy mnie cały
      czas mój mąż. Moja Mama chce mnie uleczyc swoja miłościa. Cały czas mnie
      tuli, głaszcze i modli się. Pomaga także tesciowa. Jestem otoczona
      miłością, żeby ona mogła uleczyć, to byłabym już zdrowa"...







      Witryna o Reiki i Bioterapii
      Horoskop codzienny
    • marlena.skrabulska Re: Epitafium dla Joli... cz. III 21.03.06, 23:15
      Po tym mailu poprosiłam moją Przyjaciółkę - jasnowidza, by powiedziała, co
      będzie z Jolą. Co dziwne, ona tez nie widziała śmierci. Coś zostało przed nami
      zaktyte.
      Jola napisała " Kochana Pani Marleno
      Ja też czuję, że Pani rola w moim życiu jest nieprzypadkowa i zupełnie
      nie wyobrażam sobie, żeby Pani w tym tragicznym okresie mojego życia nie
      było. Pewnie i mnie już by nie było. Pani jest jak mój Anioł.
      Ja wczorajszej nocy doświadczyłam czegoś dziwnego. Wstałam o 4 rano do
      toalety, spojrzałam w lustro i jedna myśl wydobyła się nawet nie tyle z
      mojej głowy, co ze mnie całej-"to już koniec chorowania, teraz będzie
      nastepowało zdrowienie"...

      Wstąpiła we mnie nadzieja. Poczułam, że może nie jest wszystko tak do końca
      przesądzone. Później dostałam juz ostatni mail.Jola pisała " Kochana Pani Marleno

      Dziekuje za list, za następne słowa pocieszenia, za te odrobinę nadziei,
      której nie daje mi już nikt oprócz Pani. Zastosuje sie do Pani rad.
      Pani Marleno, juz Pani pisałam, że moim wielkim marzeniem jest spotkać
      sie z Pania, uściskać Pania i podziękować osobiście najpiekniej jak
      tylko można. Mam nadzieje, że to sie kiedyś stanie, że stanie sie cud.
      Tak bardzo tego pragnę. Cierpię niesłychane męki psychiczne kiedy
      pomyśle, że mój syn (wprawdzie dorosły, ale dla mnie zawsze ukochane,
      jedyne dziecko) moze (w/g lekarzy) juz za pare tygodni nie mieć mamy, ze
      nie bedzie mnie przy nim kiedy bedzie chory, smutny, że nie zaprosze go
      na Wigilię. To jest okropne."...
      W niedzielę zgasła.. Dostałam maila od jej przyjaciółki, osoby, którą też
      starałam się wspierać w różnych sytuacjach zyciowych.
      Pozostały mi po niej maile i zdjęcie. Jest na nim miła, atrakcyjna kobieta,
      która odeszła za wcześnie. Może miało tak byc i jest juz szczęśliwa?
      Mimo to ci, którzy zostali na pewno będą za nią tęsknić. Pozostanie nie utulony żal.
      Napisałam to, bo chcę, by niektórzy sobie uświadomili kruchość życia.
      Gonimy za miłością, pieniędzmi, związkami, a nie zstanawiamy się, że to wszystko
      może skończyć się od razu, bez szansy powrotu. Życie to cudowny dar. Może
      przypadek Joli komuś to uświadomi i postanowi coś w nim zmienić?

      Pani Jolu. Do zobaczenia..:)



      • po.prostu.ona Smutne i prawdziwe 22.03.06, 12:40
        Takie właśnie jest życie. Bardzo często nasi bliscy odchodzą w sposób, z którym
        trudno się pogodzić. A nowotwór, to straszna choroba, kładzie się cieniem na
        całą rodzinę, wszystkich, którzy mogą tylko bezsilnie patrzeć. Gorąco
        współczuję mężowi i synowi śp. Joli.
      • guzzepe Re: Epitafium dla Joli... cz. III 24.03.06, 01:15
        Pani Marleno. To zastanawiające ,że własnie tak to czuje ,ale chyba jest coś w
        nas takiego ,że dopiero śmierc tzn świadomość utraty bliskich i tego co mamy
        akutalnie za życia powoduje w nas gorycz i bezsilność wobec ludzkiej kruchej
        natury. Pytanie w jakim momencie życia zaczniemy zdawać sobie z tego sprawę? .A
        może trzeba to tak traktować, jak to Pani zaznaczyła jako okres przejściowy
        tylko do czego? Co jest po tej drugiej stronie...I czy wogle wolno nam to
        wiedzieć ?Czasem nieświadomość jest błogosławieństwem...A nieśmiertelność
        niepojętą zgryzotą i utrapieniem...Pozdrawiam serdecznie
    • anahella Re: Epitafium dla Joli... cz. I 22.03.06, 14:55
      Marleno, rozumiem Twoj bol, bo mimo ze jej nie widzialas in real to zyskalas
      przyjaciela, ktory wlasnie odszedl.
      Pani Jola jest dusza, ktora czeka by spotkac Cie osobiscie w nastepnych
      wcieleniach i obdarzyc przyjaznia w Waszych kolejnych wedrowkach po tej (a moze
      innej?) planecie.
      • marlena.skrabulska Re: Epitafium dla Joli... cz. I 22.03.06, 15:17
        na pewno masz rację Anahello :)
        Ktos mi kiedys powiedział, że w pracy jaką wykonuję nie należy się angażować
        emocjonalnie. Dla higieny psychicznej pewnie nie, ale z czystej empatii nie
        wyobrazam sobie, by było inaczej, szczególnie wobec podobnego dramatu...
        Jednak mimo wszystko wierzę, że odejście to dopiero początek :)

        Pozdrawiam ...
        • ania19771 Re: Epitafium dla Joli... cz. I 22.03.06, 22:56
          Bardzo Pani współczuje-to niesamowity ból który towarzyszy człowiekowi w
          ostatnich dniach zycia jego bliskiej osoby-ból niedoopisania(niespełna rok temu
          to przechodziłam-)
          Ale dobrze to Pani określiła --odejście to dopiero początek...tak trzeba myśleć
          bo można "zwaroiwać"
          Pozdrawiam
    • landrynka8 Re: Epitafium dla Joli... cz. I 23.03.06, 09:09
      Bardzo wzruszające. Nawet niewiem co powiedzieć.
      • sigma26 Re: Epitafium dla Joli... cz. I 23.03.06, 13:50
        ojej, cięzko mi cokolwiem napisać,coś odpowiedniego-czy w ogóle cos takiego
        mogło by sie znaleźć? zrobiło mi sie smutno i przykro i w ogóle jakos tak
        dziwnie, czuje wstyd za te wszytskie momenty, podczas których sie uzalam nad
        soba i swoim zyciem, a tak naprawde Bogu powinnam dziękowac ze do tej pory nie
        dał mi jeszcze odczuć na czym polega prawdziwe cierpienie. Wiem, że pani Jola
        jest juz gdzies tam szczęsliwa i bezpieczna i nie czuje cierpienia, jestem tego
        pewna. Wspólczuje tym wszystkim, których musiała opuścic, szczególnie rodzine,
        najblizszym. Wiem, że Pani tez musi byc smutno Pani Marleno....Ale to co Pani
        zrobiła.....chciałabym kiedys miec poczucie, że zrobiłam w swoim zyciu cos
        równie pięknego i wielkieg..dać siłe, wparcie i miłośc osobie w takiej sytuacji
        nie jest łatwo, ale dac NADZIJE...to juz inna sprawa..mysle, że ma Pani teraz
        jeszcze jednego Anioła Stróża :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka