xiv
27.06.06, 15:18
Tak sobie pomyslalem, ze na pewno chcecie usłyszeć jaki Rzeszów jest fajny i
jaki fajny weekend w nim spędziłem :)))
Po pierwsze lotnisko - wiem, że to jest gorący temat od czasu kiedy Ryanair
zaczął latać do Rzeszowa; ja tylko chciałem wspomnieć, że w czasach monopolu
LOTu - nowe lotnisko było strasznie miłe i przytulne. I naprawdę robiło super
wrażenie. Nie przewidziano tanich lini lotniczych, ale Rzeszów nie jest ani
pierwszym ani ostatnim miastem, który tego nie zrobił. Główny ból polega na
małej sali dla pasażerów odlatujących i niewydolny system wymiany powietrza.
(Choćby dwa wiatraki u powały zrobiłyby IMHO różnicę). Rozładunek i odprawa
pełnego samolotu naprawdę była szybsza niż na "renomowanych" (i dużo
większych lotniskach). W obydwie strony obsługa straży granicznej była miła i
bez zadzierania nosa, w czym wydaje się celować obsługa wrocławskiego
lotniska. [O Etiudzie już nie wspomnę - naprawdę, wszystkich narzekających
zabrałbym tam na "doszkalającą" wycieczkę ;) ]. Droga dojazdowa - bardzo
fajna, jakby niepolska - nie było się czym wstydzić przed gośćmi z innych
krajów.
Po drugie - samo miasto: budynek WRNu, kamienica z maską (teatr?), ratusz. To
jest naprawdę niesamowite jak w ciągu kilku lat miasto potrafi(ło) zmienić
swój wygląd. I naprawdę myślę, że potrafi zauroczyć. Nie trafiłem co prawda
na mój "ulubiony" dworzec PKSu (o nim poniżej), ale generalnie strasznie mi
się podobało. Tutaj może tylko malutki żal, że kościół Dominikanów wygląda
tak jak wyglądał - jeszcze nie został skończony, a już szarzeje i ma zacieki.
Z tego co zrozumiałem, to jest to coś na kształt kościoła studenckiego czy
uniwersyteckiego. Wiem, że nie wolno finansować kościołów z środków
publicznych, ale może znalazł by się sposób na dokończenie go.
Wracając jeszcze do samego miasta: Rzeszów samochodami stoi. Jest ich mnóswo
i są IMHO najwygodniejszym środkiem transportu. Bardzo mi się
podobają "kraty" z trawą na miejsca parkingowe. Widziałem takie rozwiązanie
kiedyś w Berlinie Zachodnim (kiedy jeszcze istaniał) i naprawdę jest to fajny
pomysł. Natomiast nie jestem do końca przekonany, że kierowanie calej pary w
ruch samochodwy jest najlepszym rozwiazaniem. Im lepsze warunki, tym wiecej
bedzie samochodów i bedzie potrzeba kolejnych miejsc parkingowych. Moze juz
potrzeba, patrzac na sposob parkowania niektórych (nazwalbym to sposobem
wloskim albo portugalskim). Nie wiem, czy w Rzeszowie jest straz miejska, ale
mysle, ze pare samochód nalezaloby wywiezc dla przykladu. Mimo starań, nie
udało nam się dowiedzieć, czy są jednodniowe albo trzedniowe okazówki na
autobusy (IMHO - przydałyby się), no i cena biletu jednorazowego zabija cały
sens komunikacji miejskiej.
Po trzecie - ludzie. Wydaje mi się, że w ciągu pięciu lat zmienili się.
Przynajmniej zmieniło się podejście w sklepach - no może oprócz "for you"
(bodajze) w "grafice" (totalna zlewka). Co do interakcji międzyludzkich w
Rzeszowie, bardzo często wspomninam sytuacje na dworcu PKSu sprzed paru lat -
jak tylko zaczęły się tanie loty do Warszawy. Chcieliśmy kupić bilet na
autobus nocny, aby zdążyć na samolot. Na rozkładzie jazdy był pośpieszny o
dziewiątej wieczorem, więc grzecznie do okienka i prosimy o bilet.
- "Nie ma takiego!" - i pani się odwraca do nas bokiem
Konsternacja, wracamy do rozkładu - przecież jest(!). Znowu do kolejki, znowu
prosimy o bilet.
- "Nie ma takiego! Mówiłam!!!"
- "Ależ jest... tam w rozkładzie..."
- "Nie ma! Przelotowy!"
Nie mieliśmy pojęcia o co chodzi z tym przelotym, więc się pytamy. Pani
podnosząc głos: "Przelotowy! Nie sprzedaję biletów!". Po krótkiej rozmowie
ustaliśmy, że to co jest możliwe w Meksyku (kupno biletu na autobus starujący
w innym wcześniejszym miejscu), nie jest możliwe w Rzeszowie. Pani z okienka
tak się oburzyła tą rozmową, że z rozmachem zamknęła okno i poszła do
sąsiadki opowiadać jaki ją afront spotkał. Na wszelki wypadek upewniła się,
że jej głos roznosi się po całej poczekalni.
Tyle o PRLu w Rzeszowie (a raczej w glowie pewnej rzeszowianki). Tym razem
mieliśmy do załatwienia sprawę w urzędzie wojewódzkim, gdzie rozmawialiśmy z
miłym panem z Biura Obsługi Klienta i chociaż nie załatwiliśmy tego co
chcieliśmy, dokładnie nam powiedziano co i jak, a pan wykonał parę telefonów
aby się upewnić. (Ponieważ coś niedawno załatwiałem we Wrocławiu, gdzie
spotkałem się z dzikiem tłumem nic nie wiedzących petentów - była to miła
odmiana)
Tak przy okazji - patrolowanie deptaków w samochodzie (to do panów
policjantów) jest IMHO jednym z nagłupszych pomysłów. Z tak wielu powodów, że
nawet nie chce mi się o tym pisać.
Po czwarte - impreza, czyli Święto Paniagi. Pogoda oczywiście była plusem,
ale cała impreza była ciekawa. Przejście polonezem - super sprawa, żałowałem,
że się nie przyłączyłem. Co do występów folklorystycznych, to IMHO ilość
zespołów była nieporozumieniem. W ciągu godziny wystąpiły cztery zespoły -
nim jeden został zapowiedziany, to już schodził ze sceny. Trochę niedosyt i
malutkie wrażenie chaosu (IMHO oczywiście). Super był występ grupy
irlandzkiej (troche szkoda, że się nie pokusili o tradycyjne kolorowe stroje,
bo naprawde robia wrazenie), ale i tak wymiatali na scenie równo. No i
oczywiście zespół z Serbii - dawali radę, porywali do tańca. W międzyczasie
oczywiście kawa i piwko dla dorosłych, lody i baloniki dla dzieciaków.
Drobnym nieporozumieniem jak dla mnie był występ "Piwnicy". Było widać,
że "Piwnica" ma swoich wiernych fanów, którzy licznie zapewnili aplauz i
dobre przyjęcie. Z drugiej strony "Piwnica" ma swój krakowsko-literacki
klimat i ciężko jest go wytworzyć na jarmarcznej scenie, kiedy część widowni
gada przy piwie, a echo niesie basy z innej sceny.
Finałem były tańce z ogniem i w ogniu. Trochę nudny początek przegonił część
widowni, ale tańce "duchów" na szczudłach i sam finał były warte
przetrzymania tegoż początku.
Do zobaczenia za rok! :)))