szoppracz1
29.10.04, 11:04
Odjeżdża zwykle z pętli na Nowym Dworze o 6.52. Kilkakrotnie zdarzyło się, że
psuł się na trasie. Wczoraj rano kierowca nie mógł go uruchomić, więc
pasażerowie przesiedli się do następnego autobusu (awaryjny nie podjechał
więc czekaliśmy na planowy). Na kolejnych przestankach dosiadały się gromady
zirytowanych obywateli, ścisk był niemiłosierny. Jakież było moje zdziwienie,
kiedy wracając z pracy zobaczyłam, że ten autobus znów stoi zepsuty, tym
razem na przystanku FAT w stronę Krzyków. A jeszcze większe zdziwienie mnie
ogarnęło, kiedy dziś o 6.50 znów stał na pętli na Nowym Dworze, tyle, że z
włączonym silnikiem. Kierowca nawet go nie wyłącza, gdyż inaczej by nie
odpalił...
Ludzie, jaki to ma sens? Dlaczego te autobusie zwłoki (czy, jak mówi
kierowca "padlina") nie zostaną zezłomowane? Jaki jest sens codziennych
pseudonapraw, przywoływania pogotowia technicznego, przesiadek pasażerów? Czy
ktoś wie?