Gość: PBN
IP: *.biskupin.wroc.pl
19.07.02, 16:47
Przesyłam ciekawy tekst pewnego spolszczonego Francuza zamieszkałego na Brochowie.
?WROCŁAW? CZCI ROCZNICĘ POWODZI
czyli high life?u nie zaleje
Ponadprzeciętne zamiłowanie władz Wrocławia do tyleż masowych co tandetnych przedstawień oraz jej gorączkowe próby stworzenia jakiejkolwiek wrocławskości, atmosfery miasta oraz podniesienia jego prestiżu jest już doskonale znane jego mieszkańcom. Mimo, że na mdłości hartowałem się na widowiskach w stylu Blues Brothers oraz obchody Millenium, przyznaję, że przecierałem oczy ze zdumienia, słysząc i czytając o ?obchodach piątej rocznicy Powodzi?.
Zdziwiony przybysz spytałby ? jak można obchodzić rocznicę kataklizmu, który zniszczył pół miasta? Otóż można. Okazuje się bowiem, że powódź miała swój pozytywny wymiar, a mianowicie ?ujawniła u wrocławian? zjawisko solidarności międzyludzkiej i wzajemnej pomocy. ?To nie jest takie oczywiste, że mieszkańcy wychodzą z domów, by bronić swojego miasta? ? powiedział nadworny ?specjalista? od interpetacji procesów społecznych - Wojciech Sitek na dyskusji ?Powódź 1997 ? wrocławskie katharsis?, która to wchodziła w obręb wydarzeń ?czczących rocznicę powodzi?. Istotnie ? być może dla takich specjalistów jak Sitek nie jest to oczywiste (choć nie wnikajmy w to, co robił dyrektor Instytutu Socjologii, w czasie, gdy wielka woda zalewała miasto), takie oczywiste nie było to również dla wielu innych ?specjalistów? i przedstawicieli ?śmietanki tego miasta?, którzy obserwowali podnoszenie się poziomu wody przechadzając się po wałach na swoistych rodzinnych piknikach. Co ciekawe oczywiste stało się to dla rzeszy normalnych ludzi ? niezamożnych pracowników, młodzieży, lumpów i dzielnicowych kombinatorów. Być może dlatego, że ?obrona miasta? była dla nich przede wszystkim obroną siebie, swoich sąsiadów i najbliższego otoczenia, a nie tego, co pod nazwą ?Wrocław? zdają się rozumieć miejscy dostojnicy i z czego mają nadzieję wyssać sporą kasę.
Władze sławią oto i świętują ?ofiarność mieszkańców Wrocławia?, tak jakby w tej ofiarności leżała jakakolwiek zasługa władz. Używają szeregu figur retorycznych w rodzaju ?poświęcenie mieszkańców?, ?solidarność?, etc. , aby ukazać Wrocław jako miasto o szczególnej więzi pomiędzy mieszkańcami - miasto szczególne rządzone przez szczególnych ludzi. To zagrywka iście marketingowa i nikczemna. Nikczemna tym bardziej, że władze stokroć lepiej by zrobiły, gdyby władze o powodzi dyskretnie milczały.
Powódź ujawniła bowiem ich kompletną dezynwolturę. Nie zdołała zorganizować żadnej sieci informacyjnej ani wzajemnej pomocy. Nikt z władz nie wiedział, co i gdzie się dzieje, nie mówiąc o tym, co i gdzie należy zrobić. Pół biedy, jeśli władze zostawiłyby wolną rękę zorganizowanym samoistnie i na poczekaniu komitetom, które radziły sobie (np. na Wielkiej Wyspie) całkiem dobrze. Gorzej, że działalność władz była przeciw-skuteczna. Kiedy do Wrocławia zbliżała się ogromna fala, w telewizji wojewoda na przemian z prezydentem serwowali sprzeczne prognozy ? najpierw stawiając masy w stan najwyższego pogotowia, by później ? tuż przed uderzeniem fali - uspokajać. W rezultacie woda zaskoczyła setki osób, które nie zdążyły ewakuować swoich mieszkań, sklepów, magazynów. Chaos w umysłach przedstawicieli władz trwał zresztą cały czas, by wspomnieć nie dość, że absurdalne to jeszcze nieudolne próby wysadzenia wałów w Łanach.
W pewnym sensie jednak w czasie powodzi odnalazł się znakomicie prezydent Zdrojewski. Przez parę dni widzowie lokalnej telewizji TeDe mieli okazję podziwiać jego parodniowy zarost (acz bez przesady, coś więcej niż krótka szczecinka byłoby przecież nieestetyczne) i podkrążone oczy, mające świadczyć o wytężonej pracy w niesieniu zalanemu miastu ratunku. Zdrojewski co prawda dalej wysyłał sprzeczne komunikaty, przesiadywał w telewizyjnym studiu oraz pozował do zdjęć z workami piasku w rękach, ale robił to z takim wyczuciem public relations, że na 5-leciu powodzi zabrał głos przy okazji odsłonięcia tablicy pamiątkowej na moście Młyńskim i nie znalazł się nikt, kto by wygwizdał.
Przez pięć lat nikt nie wspominał o przewałach, jakie notorycznie odbywały się w punktach wydawania darów. Nikt nie przypominał o tym, jak przy Jazie Opatowickim wojsko zaraz po przyjeździe zamiast ruszyć z mieszkańcami na wały (woda podchodziła już alarmująco wysoko i liczył się każdy kwadrans) rozpoczęło musztrę i o setkach innych powodziowych bareizmach organów władzy. Niewielu w końcu wypominało głośno magistratowi fakt, że jeśli spełnił on podczas powodzi jakąkolwiek rolę, to jedynie negatywną.
A po pięciu latach, kiedy wielu ówczesnych powodzian wciąż jeszcze nie może się wygrzebać po tragedii, kiedy to w wielu miejscach Wrocławia i jego okolic stoją jeszcze obskurne domki dla powodzian, kiedy to każde podniesienie poziomu wody wywołuje u tysięcy osób autentyczne przerażenie, po pięciu latach od najbardziej tragicznego wydarzenia w powojennej historii Wrocławia, władze organizują potężny jubel ? piątą rocznicę powodzi ? tak jakby ?czczono? rocznicę nie powodzi a otwarcia gigantycznej fontanny. Oto ?Gazeta Wyborcza? organizuje zawody w układaniu worków z piaskiem (sic), w których występują drużyny kandydatów na prezydenta Wrocławia (sic!!) . Na scenie oprócz przemówień Zdrojewskiego można zakosztować przepychanek słownych między Frasyniukiem i Samoobroną, a na deser odbywa się koncert Perfectu ? dinozaurów, zaprawionych w łzawych widowiskach, którzy utworem ?Tylko Wrocław? doprowadza bawiącą się publikę do orgazmu. Finał zaś stanowi pokaz sztucznych ogni, które układają się w olbrzymi napis EXPO, jakby zapowiedź kolejnej apokalipsy, która ma nawiedzić ciężko już doświadczony Wrocław.
Dziękujemy za ten dzień ? zakończył w GW relację z imprezy wzruszony Radosław Krąpiec. Jasne, że dziękujemy. I prosimy o jeszcze! Przecież powódź jest w dechę!
Jean Chambeaux