homik
14.05.01, 09:59
Mieszkam w kamienicy z 1914. Jest ona do rozbiorki
podobno od 1945, ale kto to wie. Od 10 lat walcze o
nowe okna. Najpierw byly zeszyty, czlowiek pial sie w
gore kolejki, do czasu. W 1997 powodz. "Zadnych okien,
mamy teraz wieksze problemy." Spoko rozumiem. Wiosna
1999. "Kiedy dostane okna", "Nie bedzie zadnych okien
Pana dom jest do wykwaterowania. Dostaniecie mieszkania
(nowe) na Zakrzowie". - ja, usmiech na twarzy i do
domu. Jesien 1999. "To jak z tymi mieszkaniami".
"Jeszcze nie, byly klopoty z budowa, a po za tym
musielismy wysiedlic Pulaskiego". "To dostane te okna,
idzie zima" (Nie mam ogrzewania po podczas remontu
ok.1995 cos sie z kominem stalo, a miedzy oknami a
murem mam 2 cm luzu). "nie pana dom jest do
wykwaterowania, nie bedzie okien." (jesli do jest do
wykwaterowania to nie mozna tez mieszkania zamienic, bo
i tego probowalem). Wiosna 2000. "Co z tymi
mieszkaniami, vel oknami." , "ano nic". Jesien 2000.
"Niech pan nie zawraca mi glowy, zadnych mieszkan,
zadnych okien, wstawilismy stemple na klatce wiec sie
nie zawali". Wiosna 2001. Dokladnie 11 maj. W urzedzie
mieszkaniowym na Elzbiety, doznaje szoku. "Jak to do
wykwaterowania, przeciez on (dom) jest w dobrym stanie.
On byl do wykwaterowania jak nalezal do ROM-u, ale
teraz juz nie. Wiec nowych mieszkan nie bedzie.", Czyli
nagle jego stan sie poprawil, budowlany Kaszpirowski
czy co? W administracji na Brzeskiej: "U nas jest on do
wykwaterowania, zadnych okien nie bedzie." Ja juz nie
mam sil :(