24baran
07.04.05, 15:37
Pod mury Częstochowy dotarliśmy prosto z pociągu. Staliśmy bezradni. Student
i ja 15-letni chłopak. Już nie było miejsca. Na swój rozłożony śpiwór
przyjęła nas jakaś dziewczyna. Wiem, że teraz jest lekarzem. Modliliśmy się i
śpiewaliśmy razem. Czekaliśmy całą noc. Do dziś pamiętam twarze tych młodych
ludzi, których wtedy poznałem. Było to chyba nasze przeżycie pokoleniowe.
Coś, co nas połączyło. Coś, co tkwi po dzień dzisiejszy w naszej pamięci. Do
mnie osobiście dotarły słowa o wolności. Wtedy często używaliśmy tego słowa.
Chcieliśmy być wolni. Wyzwolić się z systemu. Z kłamstwa w szkołach. Z
kłamliwych oficjalnych ceremonii. Z podwójnego języka – tego oficjalnego i
tego prywatnego. Wolność to była dla nas np. swoboda podróżowania.
Gromadzenia się. Słuchania, czytania i oglądania tego, czego chcemy.
Pragnęliśmy wolności, rozumianej jako zniesienie barier i ograniczeń. A
papież powiedział nam wtedy o innej wolności. O wolności, która kosztuje. O
wolności, która polega na tym, że to my sami stawiamy sobie wymagania.
Lubiłem jego wiarę w słowo. Wiarę aktora, filozofa, literata i księdza. Jego
przemówienia opierały się na precyzowaniu pojęć. To było szalenie
akademickie. Inteligenckie. A równocześnie On szedł z tym swoim rozumowaniem
do mas. I tłum go słuchał. Jak w Ewangelii.