Teksty w kilku językach, użycie tradycyjnych instrumentów wschodnich, goście
grający na różnych instrumentach perkusyjnych i smyczkowych… wbrew pozorom
nie zapowiada się na recenzję nowego albumu Eleni ani Blue Cafe, a na
omówienie propozycji progmetalowego kwintetu Orphaned Land, pochodzącego z
Izraela. Nie jest to ich pierwszy album, ale od wydania ostatniego upłynęło
sporo czasu.
Album „Mabool” to niesamowita mieszanka brzmień metalowo-progresywnych oraz
tego, co napisałem powyżej: grupa stara się – i wychodzi jej to wspaniale –
łączyć wątki różnych kultur w swojej muzyce. Na płycie słychać, pomiędzy
tradycyjnymi riffami i finezyjnymi solówkami, tradycyjne zaśpiewy, skrzypce
czy gitarki bądź bębny, grające w manierze folkowej. Nie jestem specjalistą
od muzyki ludowej Bliskiego Wschodu, ale efekt, jaki słychać na płycie, jest
zachęcający. Intrygujące połączenia sprawdziły się i wspaniale brzmią.
Oczywiście, ze względu na rodzaj muzyki, uprawiany przez zespół, wszystkie te
smaczki służą jako ozdobniki, mające dodać tajemniczości bądź patosu, ale na
szczęście nie zalatują tanim kiczem i spełniają swoją rolę bardzo dobrze.
Kompozycje – jak to na progmetalowych płytach ostatnio bywa – są do siebie
dość podobne, niestety miejscami aż za bardzo. Ratują je wprawdzie wyżej
przeze mnie wspomniane wtrącenia instrumentalne bądź ciekawostki językowe (na
płycie słychać łacinę, hebrajski i jeszcze jakieś języki arabskie, ale przede
wszystkim angielski), acz całość się nieco zlewa.
Jeśli o charakterystykę samej muzyki chodzi, w pewnych momentach grupa brzmi
jak Dream Theater, tylko bardziej przebojowo („Birth Of The Tree”

, czasem
jak Iron Maiden („A Call To Awake”

, innym razem dzięki wokalizom żeńskim
przypomina się świętej pamięci Ofra Haza (wokalistka bardzo podobnie śpiewa –
w zespole jest dwoje głównych wokalistów) lub nawet nieszczęsny Gregorian
(„Building The Ark” odśpiewane przez chóry). Niektóre wstawki brzmią
rzeczywiście jak wyjęte z płyt z muzyką orientalną („A’salk”

, ale współgrają
z resztą kompozycji i układają się w jednolitą całość (jak na koncept album
przystało). Dużą rolę na płycie odgrywają nie tylko ostre gitary, łojące
bardzo ładnie, ale i instrumenty klawiszowe (użyte z umiarem, ale bardzo
efektownie, np. wspaniałe solo w „Halo Dies”

oraz sporo instrumentów
akustycznych. Sporo utworów ma spokojne, akustyczne wstępy, a dopiero po
jakimś czasie się rozkręcają, z czym zespół się nie spieszy, ponieważ krążek
trwa siedemdziesiąt minut. Oczywiście, w najbardziej dramatycznych momentach
grupa nie podarowała sobie użycia odgłosów burzy („Mabool –The Flood”

oraz
odgłosów szumiącej wody i spiewu ptaków w momencie, gdy burza już przemija i
na niebie pojawia się tęcza (instrumentalne „Rainbow”, zamykające płytę)…
Dość ciekawa propozycja „na czwórkę”. Dużym plusem są starania ze strony
grupy, żeby zabrzmieć zdecydowanie, ale jednak oryginalnie. Bardzo staranne
aranżacje (nie ma przypadkowych dźwięków) i perfekcyjne odegranie to naprawdę
spore atuty tego albumu. Minusem jest to, co napisałem – zbyt duże
podobieństwo do siebie pewnych kompozycji oraz długość albumu. Sądzę, że
obcięcie kwadransa nie byłoby profanacją, a dzięki temu dzieło stałoby się
bardziej strawne. Ale i tak bardzo mi się podoba.