jasiek666
19.02.04, 16:38
Może najpierw tradycyjnie ponabijam się z okładki: Otóż tradycyjnie już w
przypadku płyt Akercocke okładkę zdobi goła baba. I o ile na okładce
pierwszej płyty mieliśmy gołą babę zasadniczo z przodu, na drugiej baba
prezentowała się nam z profilu to tym razem dla odmiany goła baba odwraca
się do nas tyłem. A dokładniej to widzimy gołą babę od tyłu, jak idzie sobie
przed siebie w kierunku jakiśtam symboli, których znaczenia co prawda nie
znam, ale które są zapewne przerażająco wręcz szatanistyczne. Pośrodku zaś
owych symboli znajdują się trzy ogromne, uzbrojone w zęby paszcze (należące
przypuszczalnie do aż trzech różnych szatanów), które przerażające są w
stopniu mniej więcej takim samym, co negatywne postaci z kreskówek o
Colargolu.
Na początku mamy oczywiście introdukcję, w trakcie której jakiś pan mówi coś
do jakiejś pani, a potem pani bardzo głośno krzyczy. Przypuszczalnie pan ją
uszczypnął zbyt mocno albo pani usiadła na pinezce.
No ale na tym żarty się kończą. Otwierający płytę "Praise the name of Satan"
[prawda ze przecudny tytuł ?] to już po prostu absolutnie przepiękny death.
Ale bynajmniej nie death czystej maści, bo przechodzący po chwili w grind
core i to tylko po to, żeby następnie przeobrazić się w black metal. Co
ciekawe fragmenty death metalowe w tym utworze zostały dość obficie podlane
partiami zagranymi na klawiszach, co do tej pory wydawało się zjawiskiem
charakterystycznym bardziej dla black niż dla death metalu.
I niewątpliwie w tym właśnie cała siła Akercocke. Ten zespół to przede
wszystkim harmonijne łączenie stylów, eklektyczność i różnorodność
stylistyczna. Można by nawet powiedzieć, ze twórczość Akercocke jest
logicznym podsumowaniem tego, co działo się w muzyce ekstremalnej przez
ostatnich 10-15 lat i jest czymś w rodzaju postawienia kropki nad I.
Po wspomnianym utworze o chwaleniu imienia Szatana rozlega się kolejny na
płycie "Prince of the north" będący w istocie krótką introdukcją,
wprowadzającą do kolejnego utworu. Z resztą tego rodzaju introdukcji, (z
reguły zagranych na klawiszach, a z towarzyszeniem szeptów, krzyków i jęków
i cholera tam wie czego jeszcze) jest na płycie znacznie więcej. Podobne
wprowadzenia znajdują się praktycznie przed każdym "regularnym" utworem, i o
ile się zdążyłem zorientować, to mają one tworzyć klimat, nastrój czy coś tam
podobnego. I kurwa, najciekawsze jest to, ze tworzą. Nawet pomimo tego, ze
tego rodzaju introdukcje to rozwiązanie równie nowatorskie, co nagrywanie
płyt z orkiestrą symfoniczną.
W kolejnym na płycie "Levaithan" mamy natomiast całkiem sporą dawkę doom i
gothic metalu, oczywiście również wymieszanego z death i grind core.
Następujący potem "enbraptured by evil" to z kolei grind połączony z black
metalem, a na następnym "Valley of the crucified" po raz pierwszy słychać w
miarę czyste wokale. Podobnie z resztą jak na chyba najciekawszym na całej
płycie "son of the morning", który rozpoczyna się całkiem sporym fragmentem
mna klawiszach. Całość kończy "goddess flesh", który z kolei dla odmiany
przywodzić może na myśl dokonania dead can dance.
Ktoś mógłby pomysleć, ze Akercocke to jedynie zespół, który próbuje
przyciągnąć audytorium swoim specyficznym image. Wszak panowie zawsze
fotografują się oraz występują na scenie ubrani w dobrze skrojone garnitury.
Ale prawda jest taka, ze ów specyficzny imidż jest logiczną konsekwencją
dojrzałego i dostojnego stylu zespołu. Po prostu nie wyobrażam sobie tych
panów w czarnych skórach, podartych dżinsach, czy paradujących w
wyćwiekowanych skórznych pasach.
I myślę ze Szatan może z nich być dumny. I to w znacznie większym stopniu niż
z umalowanych w idiotyczne wzorki i obwieszonych żelastwem black metalowych
hord wrzeszczących swoje szatanistyczne idiotyzmy.