vulture
20.02.04, 18:17
Gdy jakiś czas temu hard rock ustąpił nieco młodszym pokoleniom,
prezentującym nieco inny rodzaj twórczości, jego weterani, mniej lub bardziej
słynni, zaczęli dobierać się w różne zestawy osobowe i nagrywać płyty jako
projekty jednorazowe bądź niewiele dłużej trwające. Konflikty wewnątrz
zespołów także były przyczyną tego stanu rzeczy – od lat dziewięćdziesiątych
(zwłaszcza), co jakiś czas, nagrywane są albumy typu: Coverdale & Page, Mogg
& Way, Hughes Turner Project bądź ostatnio Living Loud (ostateczna nazwa
projektu, w którym udzielają się Steve Morse, Don Airey, Bob Daisley , Lee
Kerslake , Jimmy Barnes i Jon Lord). Pojawiło się też sporo płyt, na których
jedni znani artyści składają hołd innym znanym artystom, a tamci składają
hołd tym, którzy złożyli im go wcześniej itp. Część tych wydawnictw broni się
ze względu na sensacyjność połączeń (Coverdale & Page), część jest po prostu
niezła, ale bez większego wyrazu (Hughes Turner Project), ale znaczna część
jest do tak zwanej dupy (np. Mogg/Way). Oczywiście, to tylko moja opinia, ale
mam wrażenie, że chłopaki po prostu trzaskają kasę, podcierając się swoją
własną legendą. Używanie w zapowiedziach słów „kultowy” czy „legendarny”, a
potem nagrywanie chamskiego średniactwa nieco ujmuje magii i gatunku, i
samego wykonującego.
Mam pytanie do wielbicieli hard rocka ( i rocka progresywnego, bo w sumie
roszady personalne w obrębie tych dwóch gatunków mają miejsce dość często) –
jak Wy zapatrujecie się na te wszystkie „okazyjne i wyjątkowe” kolaboracje?
Kupujecie, ignorujecie czy macie w ogóle inne podejście? Ja z jednej strony
się nieco złoszczę, że goście trzepią kasę, firmując swoim nazwiskiem typowe
kotlety, ale nie ukrywam, że sam często z ciekawości bądź z chęci usłyszenia
znajomych dźwięków zaopatruję się w takie wydawnictwa.
P.S. Celowo zatytułowałem wątek, jak go zatytułowałem, bo wiem, że sytuacja,
przeze mnie opisana, nie dotyczy tylko i wyłącznie tych gatunków muzycznych,
które wymieniłem, ale akurat te mnie interesują.