Jakos nie widze postow na ten temat ,widocznie nikt z forumowiczow nie byl na
tymze koncercie.Czy slusznie?
Wiadomo,Classic Whitesnake to nie Whitesnake (bylo to juz poruszane na
forum),ale po niedzielnym koncercie jestem gotowy odpowiedziec:I bardzo
dobrze!
Najpierw byl support - dobrany rownie niefortunnie jak w przypadku Deep
Purple w grudniu.Po co przed hard-rockowa kapela wystawiac metalowcow?Ale to
pewnie te slynne znajmosci.....Wystep Clawfinger ,bo tak sie bodajze ow
support zwal,jakos przesiedzialem (btw:frekwencja na koncercie MARNA,totez
miejsca mozna bylo sobie do woli wybierac,nawet jak ktos mial,tak jak
ja ,najtanszy bilet

) ,a i kilka ciekawych fragmentow wylapalem - chodzi
przede wszystkim o te progresywne wstawki ,gdzie panowie troche kombinowali -
slychac jedak ,ze perkusista to typ "1,2,3,4 i jedziemy".Aha ,przed i po
supporcie na scena wychodzila mila panna i mowila nam jacy to wielcy muzycy
wystapia w tej swiatyni socjalizmu.Bylo to konieczne ,bo na biletach jakis
inteligent umiescil informacje,z ktorej wywnioskowac mozna bylo ,ze zagra 4
(!) gitarzystow + wokalista Black Sabbath.
Ok ,a teraz cos o glownej atrakcji.Nie spodziewalem sie jakichs muzycznych
uniesien (Yes dopiero w czerwcu

i slusznie.To byl dobry ,rockowy
koncert.Bardzo szybko ujawnila sie przewaga Classic Whitesnake nad obecnym
wcieleniem oryginalnego Whitesnake - rzadza gitarzysci i grany jest tylko
material sprzed 1984 r.Czyli dostalismy porcje dynamicznych,rockowych
kawalkow i sporo bluesowych improwizacji,bez zbednych poscielowek i hair-soft-
metalowych gowienek.Poniewaz znawca i milosnikem Whitesnake nie jestem ,nie
powiem zeby mi jakos specjalnie brakowalo Coverdale'a - Tony Martin spiewal
swietnie ,bez zbednego patosu ,na luzie.W ogole atmosfera byla luzna - w tym
miejscu musze napisac ,ze jednak miejsce koncertu nie zostalo dobrane
szczesliwie (przy calej mej sympatii do Sali Kongresowej).Bylo co prawda tak
jak lubie ,a wiec zero przepychanek , tloku,niekonczacych sie kolejek do
szatni,tancerzy pogo i innych takich ,co z pewnoscia spotkaloby mnie w
klubie,ale i tak podczas pierwszego utworu lud ruszyl pod scene ,tak wiec nie
bylo sensu siedziec,bo nic nie bylo widac.
Slowko o muzykach:Bernie Marsden i Micky Moody tworzyli zgrany duet
gitarowy ,taki w starym stylu,z bluesowym brzmieniem i harmoniami.Klawisze
jak zwykle "low in the mix",wiec mimo ,ze Mark Stanway sie statal,to i tak
niewiele bylo slychac.Bas i perkusja - nic nie powiem , grali z
odpowiednim "powerem" i rowno

Co do repertuaru ,to setlisty nie wymienie (wstyd,ale paru kawalkow nie
znalem),powiem tylko: jesli zespol Whitesnake nagral kiedykolwiek jakies
fajne utwory ,to zostaly one zagrane w niedziele.A wiec Fool for your
loving,Ain't no love ,Ready and willing,Here I go again ,Lonely days...,Hit
and run,Walking In The Shadow Of The Blues ,Don't Break My Heart Again ,Ain't
Gonna Cry No More,Crying In The Rain i pare innych.Nie bylo Lovehuntera ,na
ktorego czekalem.Eh....
Koncert trwal ok 100 minut i musze przyznac ,ze odebralem go lepiej niz
niedawny Budgie.Moze dzieki swietnemu kontaktowi muzykow z publicznoscia (i z
gapiowatym operatorem swiatel

),luzniejszej atmosferze i mniejszemu (duzo
mniejszemu) "sciskowi".Moze ,gdyby koncert odbywal sie w innym miejscu i
bilety bylyby tansze,frekwencja rowniez by na tym zyskala.Jednak bylo
warto ,bo to po prostu kawal miesistego rocka.Takiego sie juz nie gra

.