t.o.m.e.k
19.05.04, 09:04
Widziałem oba koncerty - najpierw Marillion w Bydgoszczy, gdzie cudem udało
mi się kupić przed koncertem bilet w drugim rzędzie, sam środek (widziałem
biedaków z kartkami "poszukuję biletu" - sam byłem o krok od takiej
sytuacji). A moje wrażenia z koncertu? Niedosyt - chyba po raz pierwszy po
koncercie Marillion. Co nie znaczy, że nie było dobrze, bo Marillion to jeden
z moich "pewniaków", na których właściwie nigdy się nie zawiodłem. No ale po
kolei... Materiał z "Marbles" jako całość chyba niezły - kto wie, czy nie
lepszy od "Anoraków", choć ostatnio dużo słucham tej ostatniej... Co ciekawe,
rozczarowała mnie legendarna "Angelina" - a konkretnie gitara Rothery'ego.
Gdyby to zagrał po swojemu, to może byłaby to jedna z jego najlepszych
solówek. A zagrał "Gilmoure'em" i zupełnie niepotrzebnie, bo akurat on nie
musi nikogo naśladować ani podrabiać. Szkoda...
Trochę ożywił się w "Don't Hurt Yourself", pokazał też co nieco w "Neverland"
(oczywiście ten numer to była magia...) - ale chyba czas już najwyższy
odzwyczaić się od znanych z dawnych czasów solówek Rothery'ego. Pożegnaniem
była tu chyba partia w "This Strange Engine"...
OK - wracając do koncertu. Szkoda, że była jednak przerwa, co trochę rozbiło
dramaturgię całości. Bardzo dobrze na szczęście wypadły "XXI Century"
i "Quartz", dzięki czemu nastrój szybko wrócił na właściwe tory. Kolega
narobił mi trochę apetytu mówiąc, że grają mniej znane kawałki typu "Cannibal
Surf..." czy coś tam z Radiation, a tu niestety nic... Zamiast tego
dostaliśmy największą kichę z "Seasons End" czyli "Uninvited Guest". Kurcze -
mając do wyboru tyle pięknych kompozycji oni mi tu serwują takiego gniota...
Nic z "Afraid...". Szkoda. Tak że w sumie na sześć gwiazdek - cztery, co i
tak jest niezłą i może nawet nieco naciągniętą opinią. Ale mając takie
szczęście i łapiąc bilet w samym środku drugiego rzędu nie powinienem chyba
za bardzo narzekać.
A niezależnie od wszystkiego, jak przyjadą następnym razem na pewno się
wybiorę.
Dwa dni później Jethro Tull w Poznaniu - na sali w porywach może 3000 ludzi,
ale dzięki temu nie ma na parkiecie niepotrzebnego tłoku, można spokojnie
oglądać sobie koncert z różnych miejsc... Początek bardzo obiecujący -
rozbudowana wersja "Living in the Past" a zaraz potem "Nothing Is Easy".
Wydawało mi się, że Anderson jest w lepszej formie głosowej niż w 1997 - ale
wrażenie szybko minęło... Jego sposób śpiewania to jakaś taka melorecytacja z
przydechem - dosyć denerwujące, on wcale nie musi się starać śpiewać tak
wysoko. Wtedy łamie mu się głos i nic nie wychodzi - może śpiewać niżej a tu
ma jeszcze potencjał. Wracając do muzyki - instrumentalnie było bez zarzutu
(Giddings i Barre - bezbłędni!), choć setlista dosyć przewidywalna. Pewnym
zawodem było zagranie "Heavy HOrses" bez szybkiej części środkowej, ale
wszelkie zaległości nadrobiła fantastyczna wersja "Budapest", najlepsza jaką
słyszałem na żywo. I wtedy pojawiła się u mnie ta jedyna w swoim rodzaju
gęsia skórka, której trochę brakowało mi w Bydgoszczy na Marillion.
Tu również (i również z wahaniem) cztery gwiazdki na sześć; gdyby
nie "Budapest" i świetny początek koncertu byłoby mniej. Gdyby nie kiepska
forma Andersona byłoby gwiazdek więcej (a przynajmniej cztery bez wahania).
Ale na pewno oba koncerty warto było zobaczyć - koncertowy sezon zaczął się u
mnie w tym roku trochę późno, ale mam nadzieję, że z każdym następnym
koncertem będzie coraz lepiej.