Czasami se chodzę na koncerty w pięknym i słonecznym Wrocku. Sporo rocka gra
się tutaj, nie tak jak w tej cholernej "stolycy"

. No i właśnie byłem w
pubie o wdzięcznej ksywie ARTYSTA. Klimat od razu rockowy. Jak tylko wszedłem
to jacyś goście weszli na scenę. I łoić konkretnie zaczęli. VIA-GREEN się
bodajże nazywali. Na plakacie to se "trasz rok" napisali. Ale trasz to raczej
nie był, bo częściej wolnawo grali . Piosenkę "Black Angel" zapamiętałem, bo
basmen się fajnie gibał i fajną linię jak z płyty "Black Tie White Noise"
Bowiego grał. Gitarmen też się wyjątkowo tappingiem nie popisywał. Wokal nie
razi, a to już dużo jak na polskie warunki. Potem trzy panny z kolegą się na
scenę ładują. FURYAZ projekt się nazywa. No i już po paru taktach pierwszego
kawałka dobrze było. A to głównie za sprawą liderki - gitarzystki. Pani wie,
do czego służy gitara elektryczna oraz fuzz plus wzmaczniacz. W jej drobnych
dłoniach sprzęt ten jest groźną bronią. Bo i riffy wporzo, i prawa rąsia
dobrze chodzi, i w solówach zero onanizmu tylko konkret sam. Klimat walijski
się zrobił. Trochę jak Tony Bourge z Budgie, a trochę jak James Dean
Bradfield z Manic Street Preachers. Pani za bębnem bije równo i pomysłowo,
ale nad uderzeniem to ja bym jeszcze trochę popracował. Pan na basie wzdraga
się przed piórkiem, a czasami aż się prosi o jakieś mocniejsze pierdolnięcie.
Pani na wokalu na razie nie przeszkadza, a teksty anglo lepsze od tekstów
polo (bo te trochę pretensjonalne, com je na stronie zespołu przeczytał). I
broń Boże - żadne poszerzanie składu, bo wtedy to rokowe mięcho uleci.
Tak se napisałem, bo co będę o jakiś tam Metalikach czy Anklach pisał. O tym
to se niech piszą ci, co byli

.
eka