tak sobie czytam watki niektóre, tak przypatruje się zażartym debatom na
tematy okołomuzyczne i napadła mnie reflexja taka dziwna: CO TO ZNACZY ZNAĆ
SIĘ NA MUZYCE? Czy ktoś byłby na tyle miły i mi to wytłumaczył?
Bo jak na razie szkoły widzę dwie -pierwszą, polegająca na zarzucaniu danymi
biodyskograficzno-plotkarskimi: 'ja mam wszystkie płyty zespołu X, wiem kto
gdzie kiedy w składzie się zmieniał, gdzie wokalistę zamkneli za ćpanie i
komu basista zrobił dziecko po koncercie w Paryżu 27.X.1978 o godzinie
16:37'; oraz drugą, zaczynającą się najczęściej od akcji ' metal,
hiphop,techno, jazz (niepotrzebne skreślić)to syf a wy jesteście buraki bo
nie słuchacie tego, tego i tamtego'.
Coś mi się jednak w moim prostym łbie roi, że obie szkoły nie mają nic
wspólnego z rozmawianiem o muzyce, a stanowią jedynie kolejny przykład parady
kogucich samców (samic zresztą też ale niszczą mi metaforę

, chcących
pochwalić się sztuczną erudycją w hermetycznej dziedzinie. Ale może się mylę?
Może to jest jedyny sposób rozmowy o muzyce - uświadomcie mnie, proszę?
A w ramach bonusa, możecie także napisać o osobach, które waszym zdaniem na
muzyce się znają (z krótkim uzasadnieniem najlepiej)
Pozdrowienia