jasiek666
20.06.05, 13:07
EAGLES OF DEATH METAL
Nie znałem wcześniej twórczości w/w zespołu, jednakże nazwa mogła sugerować,
iż choćby przez moment panowie pokuszą się o pastisz pewnego gatunku
muzycznego. Niestety z rozczarowaniem musze przyznać, ze nic podobnego nie
miało miejsca, a ostatecznie okazało się, ze zespół Eagles of Death Metal
składa się głównie z nazwy, wąsów i ciemnych okularów wokalisty (hihi, jakież
to zabawne, hihi) oraz z na oko 50 letniego gitarzysty o fryzurze mogącej
wprawić w zakłopotanie nawet senatora Religę. Poza tym EoDM to jedynie ot
taki sobie, przeciętny i absolutnie nie interesujący rock n roll.
W Eagles of Death Metal na perkusji miał ponoć zagrać sam Josh Homme. No cóż,
jeżeli to rzeczywiście był on, oznaczałoby to, iż ostatnimi czasy znacząco
zwężyły mu się ramiona, wyrosły długie blond włosy oraz jak najbardziej
kobiece piersi, a sam Josh polubił nakładanie cieniów pod oczy i malowanie
ust krwisto czerwoną pomadką.
QUEENS OF THE STONE AGE
Niepojawienie się Josha Homme w roli perkusisty Eagles of Death Metal mogło
rodzić spekulacje na temat przyczyn owej absencji, tudzież skłaniać do
rozważań w rodzaju "ciekawe jak bardzo pijany jest Josh" i zachęcać
zgromadzone audytorium do obstawiania, po którym kawałku Josh wywróci się na
scenie. Szczęśliwie nic podobnego się nie wydarzyło i zespół w jak
najbardziej regulaminowym składzie, po krótkiej przerwie od zakończenia
występu EoDM pojawił się w komplecie na deskach Stodoły.
Na początek - "Go with the flow". Potem od razu, bez chwili przerwy "Feel
good hit of the summer" i "Lost art of keeeping secret", po którym zespół
wreszcie przywitał się z fanami. Używając z resztą uniwersalnego,
kosmopolitycznego i ponadnarodowego powitania, tzn. formułki: "Hey, hey, hey
hey, yea, yea, yea", którą jak rozumiem w tej sytuacji należało interpretować
jako: "Cześć, jesteśmy Queens of the stone age, fajnie jest grac dla was
tutaj, cieszymy się z tak licznego przybycia i zyczymy wszystkim miłej
zabawy".
Pod sceną rozkręcił się zaś potężnych rozmiarów młyn urozmaicany od czasu do
czasu takimi atrakcjami jak czyjeś buty lądujące znienacka na twojej głowie,
tudzież nagła utrata przytomności przez osoby, które jeszcze przed chwilą
wesoło bawiły się razem z tobą. Dzięki dość oryginalnemu systemowi
wentylacji w klubie powietrze na sali składało się bowiem głównie ze
skroplonego potu, parującego alkoholu etylowego oraz śladowych ilości tlenu.
Josh Homme odczuwając na własnej skórze duszny klimat Stodoły litościwie
rzucił więc w publikę kilka butelczyn z mineralną niegazowaną, co z resztą
polską publikę, przyzwyczajoną do tego, iż podczas koncertów to raczej ona
obrzuca artystów różnego rodzaju butelkami mogło wprawić w niemałą
konsternację.
Ciekawym urozmaiceniem podscenicznych zabaw był tez koleś wnikliwie
lustrujący podłogę w poszukiwaniu własnego buta. Zguba na szczęście bardzo
szybko odnalazła się, gdyż jak się okazało, wśród przybywającej na koncerty
młodzieży zagubione buty cieszą się znacznie mniejszym zainteresowaniem niż
natychmiast znajdujące nowych właścicieli zagubione telefony komórkowe.
W rozległej i przekrojowej setliście znalazły się kawałki ze wszystkich
płytek QOTSA, i choć nie pamiętam dokładnej kolejności na pewno
poleciały: "Avon", i "If only" z jedynki ( swoją droga w życiu bym nie
pomyślał, ze przy takim spokojnym utworze publika rozkręci potęzne pogo
zamiast przykładnie wyciągnąć zapalniczki ), "Monsters in the
parasol", "Tension head" i "Leg of Lamb" z "Rated R", "Song For The
Dead" , "The Sky Is Falling" z trójki oraz "Meditation", "The Blood Is
Love", "Burn That Witch" i "In My Head" z nowej. W sumie ponad 2 godziny
świetnego, żywego, energetycznego i co ciekawe nawet niespecjalnie
spieprzonego przez akustyków koncertu.
Na absolutny zaś już koniec, jako bis, długo celebrowany i odegrany bodajże
przez jakieś10 minut "No one knows", podczas którego ostatnimi siłami publika
rzuciła się do potężnego młyna.
Cóż, był to moim skromnym zdaniem najlepszy koncert w jakim dane mi było w
tym roku uczetniczyć, i myślę, że ma spore szanse na pozostanie takim co
najmniej przez najbliższe półtorej tygodnia.
Slayer nie ma wszak w zwyczaju grać słabych koncertów.