Dodaj do ulubionych

Autorska biblioteka Sugara

25.07.03, 15:35
Na forum muzyka jest biblioteka forumowa, dlatego postanowiłem utworzyć tu
swoją własną, autorską. Czynię to, ponieważ nie zakładam, aby komukolwiek ona
przeszkadzała (bo mało kto tu wchodzi/zaznacza swoją obecność).

Wielka prośba! Nie wrzucajcie tu swoich postów! Wszystkie zapytania
i sugestie proszę kierować w postaci "+ załóż nowy wątek"...

Posty zamieszczone są wybiórczo, subiektywnie i tendencyjnie.
Obserwuj wątek
    • s.u.g.a.r SLAYER ponad wszystko 25.07.03, 15:37
      Niesławna tzw. "slejerówka" od której wszystko się zaczęło :-)

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      przejrzałem posty na tym forum i więcej tu nie wejdę.

      Ale chciałbym tylko zaznaczyć że:

      SLAYER JEST NAJBARDZIEJ ZAJEBISTĄ, TOTALNĄ, WYJEBANĄ W KOSMOS, NAJSZYBSZĄ,
      NAJAGRESYWNIEJSZĄ (i najukochańszą też) KAPELĄ POD SŁOŃCEM, KSIĘŻYCEM, A NA
      PEWNO W PIEKLE!!!!!!!!!!!!!!!!!!

      myslovitz ---> SPIERDALAJ!!!!!!!!!!!!
    • s.u.g.a.r SLAYER po roku Nirvany 25.07.03, 15:44
      Zapomniałem dodać iż powyższy post był autorstwa równie nie-sławnego
      Coal Chambera (a.k.a. górnik, szamber etc.) Oto kolejna próbka jego możliwości:

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      Data: 10-01-2003 11:44

      Ten post miałem dołączyć do wątku pt. "wracam na łono metalu..." ale uznałem
      że jest na tyle dobry, że warto się nim pochwalić szerszej widowni.

      :-)

      W roku 1991 został zakwestionowany cały sens i kierunek rozwoju
      dotychczasowej muzyki rozrywkowej. Nagle wszystko powróciło do korzeni,
      okazało się (po raz kolejny) iż w muzyce liczy się... tylko muzyka i związany
      z nią przekaz. W świecie rocka i metalu oznaczało to: śmierć dla kapel tzw.
      hair-metalu - WASP, Poison, Cindirella, Warrant (i masa innego gówna) i
      trzęsienie ziemi dla pozostałych zespołów o ugruntowanej pozycji i
      wypracowanym wizerunku (nie mylić z imagem). Anthrax, ze swoimi kolorowymi
      ciuchami i skateowymi zachowaniami przestał być z dnia na dzień prześmiewczy,
      a zaczął być żenujący. Metallica "pozująca" (;-) od zawsze na takich
      metalowych meneli, nagle znalazła (w postaci Nirvany) autentyczny ludzki
      margines, który swoją muzyką, a przede wszystkim siłą przekazu nie tylko im
      dorównywał, ale wręcz ich przewyższał. No i w końcu Slayer (i rzesze ich
      naśladowców)... W czasach "Lithium", "Come as you are", czy "Plain" (a
      później min. "All apologies") śpiewanie że jest się "Born of fire", albo
      że "Hell Awaits", było cokolwiek śmieszne. Dodatkowo Kerry King ze swoimi
      kolcami na rękach i twisted crosses na piszczelach tylko dopełniał reszty.

      Slayer milczał 4 lata. W 1994 przystąpił do kontrataku. Z nowym pałkerem,
      łysą głową, Kerry stworzył (bądź współ-stworzył) 9 z 10 utworów na nowy
      album "Divine Intervention", szczerze mówiąc pierwszy album grupy w latach
      `90-tych. W wywiadach zapowiadany był powrót do korzeni, starego brzmienia
      gitar, wspartego o nowy typ frazowania i budowy riffów. W roli producenta
      powrócił Rick Rubin. Efekt?

      Pamiętam jak "Dittohead" wbił mnie w ziemię, swoim punkowską dynamiką,
      Slayerową prędkością i nowatorskim, jak na tą grupę, podejściem do tematu.
      Pamiętam że jak usłyszałem partie perkusji w "Killing fields", zapragnąłem
      być perkusistą. Pamiętam też że płyta mnie niestety rozczarowała.... Co
      ciekawe w wielu internetowych (i nie tylko) recenzjach, "Divine..." jest
      oceniane bardzo wysoko (4-5 w 5-cio gwiazkowej skali) i uważane jest za
      przełomowy album Slayera. Jedno jest pewne, dzięki tej płycie kapela
      przetrwała (sorry Anthrax), i co najważniejsze pozostała sobie jak i fanom
      wierna (fuck yourself Metallica)

      Myślę że Kerry zdał sobie sprawę ze słabej bądź co bądź wartości płyty,
      dlatego na kolejną autorską płytę przyszło czekać kolejne 4 lata. W tym
      czasie, wydaje mi się, szukano nowej drogi którą ma podążyć kapela.
      Experymentowano z punkiem ("Undisputted Attitude"), nowymi brzmieniami, nową
      stylistyką. Efektem tych poszukiwań była płyta "Diabolous in Musica" z `98
      roku, prawie w całości autorstwa Jeffa Hannemanna. I śmiało mogę powiedzieć
      że jest to ukłon w stronę tzw. ulicy. To bardzo hard-corowa płyta, myślę iż
      można wyczuć tu presję wzrastającego w tamtym czsie w siłę hip-hopu i głosu
      ulicy. Brzmienie gitar jest tu bardzo "brudne", garażowe, płyta jest ciężka,
      mroczna, ale w dalszym ciągu nosi piętno Slayera. Co do tekstów, to Kerry,
      autor ich większości, pozostał tu raczej sobie wierny i o ile nie ma tu już
      tego satanistycznego shitu, to wciąż jest wiele krwi, śmierci i kilogramy
      nienawiści.
      Acha, smutna ciekawostka. Najlepszymi moim zdaniem utworami z płyty
      są "Wicked", "Love to Hate", "Death`s head" i przede wszystkim "Stain of
      Mind". NIESTETY. Głowny riff "Stain..." to kopia (mam nadzieje że
      przypadkowa) klasyka nu-metalu "LOCO" Coal Chamber powstałego conajmniej 2-3
      lata wcześniej... Sniff.

      Minęły kolejne 3 lata. W tym czasie Slayer dużo koncertował z kapelami
      pokroju System of a Down, czy SlipKnot. Myślę iż wywarło to również pewien
      wpływ na muzyków, a głównie na Kinga. Złapał drugi (trzeci?) oddech i
      stworzył coś co śmiało można nazwać 2gą najlepszą płytą w dyskografii
      Slayera!!!

      GOD HATES US ALL

      Jeśli chodzi o zasób gniewu ta płyta plasuje się na TRZECIM miejscu na liście
      wszechczasów po self titled SlipKnota i Deicide. To prawdziwy powrót do
      korzeni. Kerry mówił w wywiadzie że duży nacisk położył tu na teksty, które
      po raz pierwszy od dłuższego czasu są wynikiem jego osobistych przemyśleń i
      co najważniejsze pisane są prostym językiem, co (proszę nie zrozumieć mnie
      źle :-) tylko potęguje siłę tej płyty. To absolutny powrót na szczyt. To
      również dowód na to iż mimo upływu lat, w dalszym ciągu można pozostać
      wiernym sobie i własnym zasadom (vide fuckin` herself metallica).

      Na koniec MIŁA ciekawostka. Cały album został nagrany przy użyciu 7-
      strunowych gitar. Nie mam pojęcia na czym polega różnica (nie tylko nie
      grałem na takiej, ale nawet nie widziałem takiej gitary), wiem tylko iż
      gitara taka powstała na życzenie niejakiego Steve`a Vaia, który ją
      zaprojektował.
    • s.u.g.a.r James Hetfield - historia prawdziwa 25.07.03, 15:50
      Wciąż jako CC. Historia nieco nieaktualna, ale ocalam ją od zapomnienia :-)

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      Data: 27-01-2003 21:59

      James Heatfield, gitarzysta i wokalista zespołu Metallica, bedąc u szczytu
      sławy i uwielbienia przez rzesze fanów na całym globie, postanowił zrobic trzy
      rzeczy, które wstrząsnęły metalowym światem...

      Po tzw. roku Nirvany, gdy cały świat muzyczny obrócił się o ok. 167* (* znaczy
      stopni), James, stary metalowiec, który niejedno w życiu widział i przeżył,
      postanowił diametralnie odmienić swoje dotychczasowe życie.

      Po pierwsze, przestał pić. Biorąc pod uwagę ponad dekadę nałogowego łojenia
      różnych gatunków wódy, była to iście szokująca wiadomość, porównywalna jedynie
      z decyzją Rudolfa Hessa o zmianie barw klubowych w czasie II wojny światowej.
      Niemniej elektryzujące opinię społeczną, były doniesienia prasowe o motywach
      tej decyzji. Otóż Jimmy, najzwyczajniej w świecie postanowił sprawdzić jak to
      jest, obudzić się 3-4 dni pod rząd bez kaca.

      Po drugie, po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat spojrzał trzeźwo w lustro.
      Przypomniał sobie wtedy jakie motywy kierowały nim gdy obierał drogę życiową
      polegającą na zostaniu żyjącym promilem. Doszedł również do wniosku iż długie
      włosy tylko dopełniają obrazu ostatecznej chujowizny i dlatego je obciął. Nie
      wiedział jeszcze wtedy, że właśnie zmienia oblicze muzyki metalowej i że nic
      więcej nie będzie już takie samo...

      Po trzecie, postanowił zostać kowbojem. Kupił sobie kowbojskie buty, sprawił
      fajowy kowbojski kapelusz, odłączył od gitary kabel z prądem i postanowił
      przelać swoje refleksje wpierw na papier, a później na taśmę magnetofonową. I
      tak oto Metallica zaczęła grać w starym, dobrym, amerykańskim stylu Nashville.

      Co ciekawe, James do tej pory jeszcze nie zdał sobie sprawy z faktu i co
      najważniejsze z konsekwencji tych wszystkich zmian. Otóż po kilku latach
      (miesiącach?) życia w abstynencji, doszedł do wniosku iż takie życie nic dla
      niego nie znaczy, i że nie widzi żadnych zmian. Dlatego wrócił do picia.
      Złośliwi twierdzą, że spowodowane to było niemożnością trzeźwego spoglądania w
      lustrzane odbicie, ale mówią tak tylko ci, którzy nie lubią tradycyjnego,
      amerykańskiego rytmu country.
    • s.u.g.a.r Jason Newsted, czyli 15 lat siary... 25.07.03, 15:56
      Sugar by his name...

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      Data: 09-06-2003 21:46

      Kreślę te słowa patrząc na ten problem z perspektywy conajmniej 12 lat...
      Tyle lat upłynęło bowiem od momentu, gdy poraz pierwszy zwróciłem uwagę na
      zespół, który - mogę to śmiało napisać - miał znaczący wpływ na moje życie i
      sposób postrzegania świata. Który rozpoczął trwającą do dziś fascynację
      najbardziej wyrazistym i bezkompromisowym stylem muzycznym - METALEM. Piszę
      to z dystansem, z pozycji człowieka, który w temacie Metallica przeszedł
      wszystkie poziomy wtajemniczenia: od początkowej fascynacji, poprzez
      bezgraniczne uwielbienie, złość, obojętność, aż w końcu ciekawość. Dziś
      spróbuję przeanalizować pokrótce przyczyny (a raczej przyczynę) dla której
      wszystkie wyżej wymienione stany emocjonalne miały miejsce...

      1. Jason Kto?

      Jaka była Metallica przed śmiercią Cliffa Burtona? Niepoważna. Stanowiła
      grupę 4 osób, która oprócz grania muzyki, przede wszystkim piła, stukała
      panienki i robiła jaja. Muzyka była ostra i ponura (na Masterce wręcz
      złowieszcza), lecz nie miała przełożenia na codzienne życie ich twórców. Ich
      mottem nie była bowiem często goszcząca w tekstach śmierć, lecz zabawa.
      Niestety pewnej nocy śmierć się zmaterializowała...
      Po śmierci Burtona, Metallica zaczęła się zastanawiać. Pozostali jej
      członkowie zaczęli dojrzewać do pewnych spraw. Trudno jest na to
      odpowiedzieć, na ile wybór nowego basisty był pod pewnymi względami w pełni
      świadomy? Fakt jest faktem, nowo mianowany basista był absolutnym
      zaprzeczeniem starego kumpla. Czego James Heatfield nie raz dał w przyszłości
      wyraz...
      Metallica zaczęła dojrzewać. Zaczęła myśleć na pewne sprawy z zupełnie innej
      perspektywy. Ciekawy jestem czy tytuł i okładka kolejnej płyty miała związek
      ze śmiercią Cliffa? ...sprawiedliwość dla wszystkich. Sprawiedliwość jest
      ślepa.

      2. Kto pierwszy obciął włosy?

      "...and justice for all" był albumem na przetrwanie. Moim zdaniem bardzo
      dobrym (the best of Metallica for me!), ale nic nie wnoszącym w rozwój
      zespołu. Kontynuacją "Master of puppets". To co najważniejsze miało dopiero
      nastąpić.
      Jason Newsted wniósł do zespołu spokój. Chłopaki wciąż nadal ostro balowali,
      lecz bal pozbawiony był już szaleństwa. Newsted stał się katalizatorem.
      Metallica przestała iść na całość. Na całość chodzili z Burtonem, teraz to
      nie było już to... Wraz z takim podejściem, zaczęła zmieniać się również
      mentalność. Jeżeli jesteś bezkompromisowy rozróżniasz tylko dwa kolory: czrny
      i biały. Czarno-biała jest również twoja twórczość. Albo tworzyś coś
      wybitnego, albo tworzysz gówno. Metallica zaczynała szarzeć... Paradoksalnie
      następny (najlepszy?) album zyskał miano czarnego. Metallica wstąpiła na
      niedostępne dla niej do tej pory szczyty. Dostąpiła nie znanej do tej pory
      słąwy. I coraz bardziej i bardziej traciła na wyrazistości. Aż w końcu
      nastąpił punkt przełomowy. Jason Newsted jako PIERWSZY z metalowej
      wierchuszki obciął włosy. Akt symboliczny. Wraz z nim na świat przyszedł
      jasnoszary "Load".

      3. The White, The Whiter and The Whitest

      Nieprawdą jest że Metallica się sprzedała, że zaczęła zarabiać pieniądze i
      położyła penis na swoich fanach. Wszyscy członkowie Metallicy uznali że droga
      którą obrali jest po prostu właściwa. "Prawdziwi fani zrozumieją" - myśleli.
      Lecz oni po prostu zdziadzieli... W pewnym momencie zaczęli refleksyjnie
      patrzeć na swoje życie, zaczęli się zastanawiać i filozofować. Z dawnej
      bezkompromisowości nie zostało ani śladu. Nie stać ich było na prawdziwy
      gniew i muzyczną agresję. Bo i przeciw czemu mieliby się gniewać. Odnieśli
      sukces. Stali się żywą legendą... Kazik Staszewski napisał: "najbardziej
      wiarygodny jest artysta głodny".
      Jak to się ma do Newsteda? Jason cały wolny czas poświęcał na brzdąkanie
      bluesa. O ile pamiętam Metallica jako pierwsza wprowadziła do metalu
      stylistykę, rytm i tempo punk-rocka. Taa... blues vs. punk. Czas na "Reload".
      Chłopaki! A pamiętacie granie w garażu?

      4. Mike - Muir - Suicidal - Tendencies

      Jak wyglądał sytuacja Metallicy w XXI wieku?

      - prekursor thrashu, klasyk gatunku - twórca antymetalowego "Load"
      - bezkompromisowi anarchisci metalu - grabarze Napstera
      - "Creeping death" - "Mama Said"

      Dla wielu symbol upadku, tzw. komercji i zaprzedania własnych ideałów.
      Problemy osobiste (przedewszystkim Heatfielda). I brak nadzieji na poprawę...
      I wtedy Jason Newsted podjął decyzję... 17.01.2001 oznajmił że po 15 latach
      odchodzi. Koniec Metallicy? NIE!!! Nowy początek!!!
      Nareszcie (sorry za to słowo :-) powrócił gniew, frustracja. Powróciły
      PRAWDZIWE METALOWE emocje!!! Powstał album taki jak kiedyś. Ostry, szybki i
      BEZKOMPROMISOWY. Ale najważniejsze nastąpiło dopiero po sesji nagraniowej.
      Nowym basistą mianowany został Robert Trujillo. Ten kto nie jest pewien czego
      można się po nim spodziewać niech jeszcze raz spojrzy na tytuł
      tego "rozdziału". Jeżeli w dalszym ciągu nic mu to nie mówi, tzn. że ma
      jeszcze sporo lat do matury...
      Gdy po raz pierwszy ujrzałem Roberta na żywo w barwach Metallicy na
      (niesławnym) MTV Icon, zwątpiłem... To jest ktoś idealny na to miejsce.
      Prawdziwy metalowy zwierzak. Wulkan energii. No i niech takiemu schabowi
      spróbuje podskoczyc Heatfield (nawet na nowo najebany :-). Oto dlaczego mogę
      być optymistą. Oto dlaczego mogę uwierzyć na nowo w Metallicę. Po prostu
      grajacy tam ludzie to prawdziwi metalowcy. Jak kiedyś...

      Good bye Jason. Było jak było, na szczęście trwało tylko 15 lat.
    • s.u.g.a.r Polska w unii celnej UE 25.07.03, 16:02
      Alternatywna forma przygotowywania się do egzaminów :-) Post zamieszczony na
      forum o Unii Europejskiej

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      Data: 26-06-2003 23:44

      Mam na dniach obronę licencjata z zakresu unii celnej i konsekwencji jej
      przyjęcia przez Polskę. W związku z tym mam prośbę: wypisze większość + i -
      przystąpienia Polski do systemu celnego UE, a wy (w miarę możliwości)
      skomentujcie i podzielcie się spostrzeżeniami. Kto wie, może spotka was
      zaszczyt i zacytuję waszą opinię na obronie ;-)

      Będę pisał w punktach i w formie haseł, bo mam mało miejsca. No i wolałbym
      rzeczowe opinie, a nie jakieś narodowościowe bzdety w stylu: utrata
      suwerenności, wyprzedaż majątku etc. To nie ten adres...

      PLUSY i plusiki:

      + poszerzenie rynku zbytu i otwarcie go dla krajów posiadających preferenc-
      yjne układy o dostępie do rynku UE (system GSP)

      + polskie produkty rolne otrzymają subsydia z budżetu UE na export towarowy
      (nie będą wypierane przez produkty unijne jak dotychczas)

      + przyspieszenie przemian strukturalnych w gospodarce

      + rozprzestrzenianie się zachodnich osiągnięć technicznych i rozwiązań
      organizacyjnych (tzw. "efekt naśladownictwa i udoskonalania")

      + import impulsów stabilizacyjnych

      + zwiększenie prestiżu Polski w negocjacjach i umowach handlowych. Za Polską
      będą stały wszystkie kraje UE. W przypadku nałożenia z polskiej inicjatywy na
      państwa 3cie (spoza UE) ceł anty-dumpingowych lub anty-subwencyjnych, maleje
      groźba odwetu tych państw na produkty polskie (czyli unijne :-)

      + zwiększenie ochrony rynku przed nieuczciwym importem

      + redukcja cen na rynku wewnętrznym (+ dla konsumentów)

      + zmniejszenie kosztów handlowych i barier formalnych (te same wymogi
      jakościowe, techniczne, zw. z opakowaniem etc.)

      + możliwość stosowania znaku CE na polskich towarach (mały + :-)

      + rozwój handlu przygranicznego na zachodzie i południu kraju

      + zainteresowanie UE ekspansją na wschodni rynek (b. kraje ZSRR). Szansa dla
      przedsiębiorstw specjalizujących się w tym (przedstawicielstwa, pośrednictwo)

      + rozwój infrastruktury na wschodzie, przyczyni się do wzrostu usług

      i jeden KONKRET na zakończenie:

      + zniesienie (16 kwiecień) ceł anty-dumpingowych i anty-subsydyjnych na
      polskie towary. Plus dla: zakładów chemicznych (np. Puławy) brak ceł na
      mocznik, saletrę, nawozy. Plus dla hut, brak ceł na wyroby stalowe. Plus dla
      małych i malutkich firm specjalizujących się w produkcji palet, płyt
      pilśniowych, sznurka do żniwiarek itp. Plus dla kopalń (W. Brytania chciała
      rozpocząć postępowanie anty-dumpingowe przeciwko poskim kopalniom węgla)

      MINUSY i minusiki:

      - rezygnacja z narodowej polityki handlowej (Polska będzie "tylko" WSPÓŁ-
      UCZESTNICZYĆ w jej tworzeniu. Jakkolwiek zmusza to polskich urzędników do
      negocjacji z resztą państw unijnych)

      - rezygnacja z preferencyjnego dostępu do rynków USA, Kanady, Japonii, Chin i
      krajów byłego ZSRR

      - przejściowe osłabienie dynamiki wzrostu gospodarczego (o ile to jeszcze
      możliwe :-) i negatywny wpływ na bilans handlowy

      - obniżka większości ceł (głównie przemysłowych)

      - polskie firmy zostaną objęte ochroną przed nieuczciwą konkurencją (plusik),
      jednakże Komisja Europejska będzie brać pod uwagę interesy całej branży
      Wspólnotowej, więc wszczęcie postępowania (np.) antydumpingowego nie będzie
      łatwe (minus :-(

      - redukcja cen na rynku wewnętrznym (wyzwanie dla producentów! mniejsze
      ceny = mniejsze dochody?)

      - zmniejszenie wpływów do budżetu z racji zniesienia większości ceł

      i KONKRET na koniec:

      - otwarcie polskiego rynku na konkurencję. Wiele przedsiębiorstw (szczególnie
      tych zacofanych technologicznie i organizacyjnie) może nie wytrzymać presji
      i konkurencji i paść. Co może w konsekwencji odbyć się negatywnie na
      zatrudnieniu i bezrobociu.

      UFF... tyle na chwilę obecną pamiętam. Jak coś sobie przypomnę to dopiszę.
      Czekam na komentarze.

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      czekałem i się nie doczekałem... Jeden response! Oto dowód na to, że wszyscy
      wszechpolacy zamieszczający swe brednie na forum o UE, tak naprawdę ich nie
      pisze, tylko przepisuje z gotowych, propagandowych ulotek. Zero pojęcia...
      A liczyłem na tyleee minusów ;-(

      Na szczęście obrona poszła ok. :-)
    • s.u.g.a.r Philip Anselmo (of PanterA) 25.07.03, 16:06
      Data: 29-06-2003 00:39

      Ikona prawdziwego :-) metalu.
      * Sceniczny Demolition Man
      * Twórca tysięcy muzycznych projektów
      * Heavymetalowy ARTYSTA

      Ladies and Gentleman... PHIL ANSELMO !!!

      Na początku lat 80tych w teksasie, dwóch nastoletnich synów znanego lokalnego
      muzyka country: Darrel i Vincet Abbottowie, założyli wspólnie z basistą Rexem
      Brownem i wokalistą Terrencem Lee power-metalowy zespół Pantera. Ich
      repertuar składał się początkowo z coverów znanych i powszechnie cenionych
      zespołów metalowych jak np. Judas Priest, by później na własną rękę
      tworzyć "własne", niewiele różniące się, choć duuużo słabsze kompozycje.
      Nosili obcisłe, kolorowe spodnie, tapirowali z lekka włosy, ich teksty
      traktowały o żeczach nieistotnych i nieważnych. Po wydaniu 3 nieistotnych
      albumów, nastąpiła pierwsza i jak dotąd jedyna zmiana w składzie. Wokalistę
      Lee zastąpił Phil Anselmo. Pantera nagrała jeszcze jeden power-metalowy LP,
      po czym, na skutek absolutnego braku sukcesów, oraz oddziaływania nowego
      wokalisty, nagrali swoją piąta płytę, przez wielu uważaną za ich... debiut.

      COWBOYS FROM HELL

      "CFH" okazał się być najczystszym thrash-metalowym dziełem, a dzięki takim
      utworom jak "Cementary gates", "Domination", czy tytułowemu "Cowboys...",
      Pantera zyskała rzeszę wiernych i oddanych fanów. Kolejny album okazał się
      prawdziwym hitem i jest przez wielu uważany za najlepsze osiągnięcie
      grupy. "Vulgar display of power" stał się znakiem firmowym Pantery i
      równocześnie wyznaczył zupełnie nową ścieżkę rozwoju muzyki metalowej (która
      zwieńczona została powstaniem nu-metalu). Pantera stała się megagwiazdą
      metalu, ich obydwa (pierwsze :-) albumy zyskały miano platynowych. Pantera
      zagrała między innymi u boku Metallicy i AC/DC w Rosji, słynny koncert na
      lotnisku wojskowym (nie pamiętam nazwy...) dla kilkuset tysięcy fanów.
      Trzecia płyta "Far beyond driven" to największy sukces komercyjny(sic!)
      zespołu. Debiut na 1szym miejscu listy Billboardu był tym bardziej
      zaskakujący, gdyż 3ka :-) była najcięższym i najtrudniejszym w odbiorze
      tytułem Pantery. Po tym sukcesie pojawiły się pierwsze poważne problemy
      osobiste Phila (o czym poniżej), które miały zasadniczy wpływ na tworzenie
      4tej płyty "The great southern trendkill". Dwa miesiące później Philip
      Anselmo umarł... na 4 minuty. Śmierć kliniczna spowodowana była
      przedawkowaniem heroiny. Mimo tego, grupa nadal dużo koncertowała, m.in. była
      wiodącą gwiazdą nowopowstałego festiwalu metalowego Ozzfest. Dowodem tego był
      album koncertowy "Official Live: 101 Proof " wydany w 1997roku. 3 lata
      później Pantera wydała ostatni do tej pory album "Reinventing the Steel". Od
      tamtej pory Pantera milczy, lecz nie milkną bynajmniej jej członkowie, a
      przede wszystkim Phil...

      Phil Anselmo to wyjątkowy wokalista. Jego sposób ekspresji, można przyrównać
      tylko do Mike`a Pattona (który ma oczywiście o wiele lepszy głos). Kolejne
      słowa: krzyczy, szepce, wrzeszczy i jęczy, wydając w międzyczasie serie
      nieartykułowanych dźwięków. Wielu to męczy. Na szczęście mają Bruce`a
      Dickinsona...

      Anselmo jako pierwszy tak otwarcie i szczerze mówił w tekstach o swoich
      problemach. Utwory takie jak: "25 years", "Throes of rejection", czy przede
      wszystkim "Suicide note pt. 1/2" mogą być z powodzeniem wykładane w szkołach
      na równi z "Cierpieniami młodego Wertera". To autentyczny ból i rozpacz.
      Nienawiść i frustracja. Szczerość. I niezwykle okrutna prawda...

      Anselmo przez wiele lat walczył ze swoimi demonami: ojcem pijakiem,
      uzależnieniem od alkocholu i narkotyków (co zwieńczone zostało śmiercią). To
      wszystko miało swoje odzwierciedlenie w muzyce Pantery, niezwykle agresywnej,
      ale równocześnie ciężkiej i melancholijnej ("I`m broken", "10s"). Negatywnych
      emocji było jednak tak wiele, że nie starczało na nie miejsca w Panterze.
      Phil zaczął szukać innych miejsc...

      Oto lista projektów, które PA stworzył, współtworzył, bądź których był
      jedynie członkiem:

      Body and blood
      Christ inversion
      DOWN !!!
      Eibon
      Enoch
      House of shock
      Necrophagia
      Nodferatus lair
      Southern isolation
      SUPERJOINT RITUAL !!!
      Viking crown
      i kilka innych:

      www.philanselmo.com/

      Prócz tego wszystkiego Philip pozostaje wzorem do naśladowania dla rzesz
      młodych adeptów metalu, reprezentując przywiązanie i wierność głównej
      zasadzie heavy metalu: NEVER SELL YOURSELF UP!

      Ktoś może zarzucić Panterze, że od pewnego czasu nagrywa tak samo i to samo.
      Że w imię zasad stanęli w miejscu i nie podążyli tym świetlanym torem, którym
      podążyła np. Metallica. Że zamiast nagrywać kolejne "Cementary gates",
      czy "This love", nagrywali ciężkie i trudne kompozycje, z niemożliwym do
      słuchania wokalem... Jednakże jak słusznie zauważył to Jason Birchmeier z
      portalu allmusic.com, Pantera to jedyny zespół metalowy obok Slayera, który
      pozostał przez całą karierę wierny swojej koncepcji grania muzyki ostrej,
      bezkompromisowej i przeznaczonej dla stosunkowo wąskiego w perspektywie
      czasu, grona odbiorców.

      Phil eksperymentował również sporo z efektami gitarowymi i wokalem, ale
      opiszę to szerzej w wątku poświęconym zespołowi DOWN.

      PS: Wątek ten chciałbym zadedykować "malinie", wiernej funkcjonariuszce TWA,
      która zarzuciła mi, iż moja działalnośc na forum opiera się wyłącznie na
      nieuzasadnionych atakach na jej ugrupowanie (które to notabene jest
      NAJBARDZIEJ ZAJEBISTĄ INTERNET CREW NA NECIE).

      PS2: o DOWN będzie trochę później, bo troche zjebany jestem po dzisiejszych
      wzruszeniach związanych z moją byłą JUŻ szkołą...

      **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** ****

      Data: 29-06-2003 10:11

      Pisząc ten tekst wczoraj w nocy, dopuściłem się kilku nieścisłości:

      * pisząc że:

      "Trzecia płyta "Far beyond driven" (...) była najcięższym i najtrudniejszym w
      odbiorze tytułem Pantery."

      chodziło mi oczywiście o porównanie z wcześniejszymi dokonaniami.
      "Far beyond..." to mnóstwo eksperymentów brzmieniowych, mniejszy nacisk
      położono na kompozycje. "The great southern trendkill" jest oczywiście jeszcze
      trudniejszy, co wynika z faktu że:

      - dużo na nim eksperymentowano muzycznie ("tytułowy" vs. "Floods" vs. "The
      underground in America" vs. "10s" vs. "Suicide note I/II")
      - Anselmo ostro walczył z drugami i wódą (brak informacji nt. reszty zespołu)

      * pisząc że:

      "Anselmo przez wiele lat walczył ze swoimi demonami: ojcem pijakiem..."

      miałem na myśli jego wspomnienia z dzieciństwa. Bo z tych słów wynika, że
      walczyłze swoim starym np. w studiu. Kwintesencja tych demonów znajduje się na
      ultra ciężkim "25 years"

      * pisząc o portalu allmusic.com, dałem wyraz ignoracji netowej. To nie portal,
      tylko strona www.

      * ponadto zapomniałem o tak niezmiernie ISTOTNYCH kwestiach jak:

      - Scena !
      Pantera to sceniczne metalowe zwierzęta. Ich koncerty to czysta rzeźnia, a
      pierwszym rozgrywającym jest (co za niespodzianka:) Anselmo! To może być trudne
      do zrealizowania, ale polecam obejrzeć video do utworu "Domination" z koncertu
      w Moskwie. Ja przyznam szczerze że zmiękłem... :-o

      - Haircut !
      Przez dłuugi czas, Anselmo pozostawał wraz ze Scottem Ianem (of Anthrax) łysym
      metalowcem, co upodabniało go do białej, muzycznej wersji Mike`a Tysona i
      potęgowało wizualne dzieło zniszczenia prezentowane na koncertach. Obecnie Phil
      ma typową, old-schoolową fryzurę, nosi do tego brodę i wygląda jak Jim Morrison.

      I na koniec... wstyd przyznać, ale nigdy nie słyszałem nawet jednej nuty
      z "Reinventing the Steel"... ale to nadrobię !!!!!
    • s.u.g.a.r DOWN - legenda blues metalu 25.07.03, 16:07
      Data: 04-07-2003 22:18

      Kiedyś dawno temu, rozmyślając na temat przyszłości muzyki metalowej,
      zdominowanej obecnie przez schematyczne i wtórne riffy nu-metalowe, przyszedł
      mi do głowy następujący pomysł: co by było, gdyby połączyć ciężkie metalowe
      brzmienia, przesterowane gitary, dudniący bas i "mieszaną" perkusję, ze
      stylistyką, melancholią i smutkiem najprostszego, tradycyjnego, klubowego
      bluesa?

      Analizując tą rewolucyjna ideę i zestawiając w głowie wstępne zyski płynące
      ze sprzedaży mojego debiutanckiego, platynowego albumu, nie wiedziałem
      jeszcze (biedny miś), iż taka muzyka jest już od dawna grana i ma rzesze
      swoich wiernych fanów. A twórcą tego nowatorskiego brzmienia jest legendarny
      zespół... DOWN.

      Wszystko zaczęło się w 1993 roku, gdy pochodzący z Nowego Orleanu zespół
      Crowbar, nagrywał swoją drugą płytę. Do współpracy zaproszono Phila Anselmo,
      wokalistę zespołu Pantera (świętującego właśnie sukcesy platynowego
      albumu "Vulgar display of power"), który objął funkcję współproducenta.
      Efektem tej współpracy była niezwykle ciężka płyta, oparta na potężnych,
      wgniatających w fotel riffach, okraszonych gardłowym zawodzeniem
      wokalisty/gitarzysty Kurta Windstein`a. Muzyka zespołu szybko zyskała
      miano "slow-motion" metalu, które w pełni charakteryzowało oryginalny styl
      Crowbar. Współpraca kapeli z Philem wkrótce przerodziła się w przyjaźń, czego
      efektem było powstanie projektu muzycznego pod nazwą Down.

      Down formalnie utworzyli: Anselmo, gitarzysta Corrosion of Conformity Pepper
      Keenan, olbrzymi basista Crowbar Todd Strange, oraz jego kolega z
      macierzystego zespołu Jimmy Bower. W próbach uczestniczył również Windstein,
      który stał się współautorem kilku utworów, ale ostatecznie nie został
      pełnoprawnym członkiem kapeli.

      W 1995 roku światło dzienne ujrzał debiutancki krążek Down pt. "NOLA". Tytuł
      płyty manifestował pochodzenie członków grupy (Nowy Orlean - Los Angeles).
      Jednakże to nie tytuł stał sie powodem ogólnego zainteresowania płytą, lecz
      jej zawartość. Podczas gdy mając w pamięci niedawno wydany, trzeci(sic!)
      album Pantery "Far beyond driven", oraz dotychczasowe muzyczne dokonania
      reszty zespołu, wszyscy fani metalu oczekiwali niezwykle ostrego i
      ekstremalnego materiału, "NOLA" zaskoczyła wszystkich świeżością i
      nowatorstwem...

      "NOLA" to niezwykłe połączenie tradycyjnego, południowego rocka i bluesa, z
      ciężkim metalowym brzmieniem. Płyta jest przesiąknięta melancholią i
      dystansem do otaczającej rzeczywistości. Nastrój skutecznie budowany jest
      przez wszechobecne tzw. sabbathowe riffy. Jednakże nie jest to nastrój
      posępny czy depresyjny. Anselmo czerpiąc pełnymi garściami z tradycji
      południowo-amerykańskich bluesmenów, swoje doznania i często negatywne emocje
      przedstawia w nietypowych dla siebie słowach. Nie ma tu jeszcze samobójczych
      wyznań, czy pełnych wściekłości wybuchów gniewu i frustracji, które zdominują
      kolejną płytę Pantery - "The great southern trendkill". "NOLA" to jak
      napisałem powyżej przede wszystkim melancholia i refleksje nad przebytymi
      dotychczas, często zawiłymi ścieżkami życia. Konkluzja? Nie jest łatwo żyć,
      ale trzeba chociaż próbować... Kolejnym zaskoczeniem dla fanów Phila, był
      fakt iż Anselmo zamiast wrzeszczeć/krzyczeć/charczeć... śpiewa. Zaryzykuję
      nawet stwierdzenie, że to najlepiej zaśpiewana płyta Anselmo.

      Po olbrzymim sukcesie, związanym z wydaniem debiutanckiej płyty, Down
      wyruszył na spektakularne tour, po czym... zawiesił działalność. Panowie bez
      słowa rozeszli się do swoich macierzystych zespołów, ewntualnie pozakładali
      mnóstwo innych, mniej lub bardziej istotnych projektów. W międzyczasie Down
      zyskał miano grupy kultowej...

      Ostatecznie, w 2001 roku Phil, Pepper i Jimmy spotkali się ponownie, aby
      rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Na miejsce Todda Strange`a, który
      zakończył działalność muzyczną, przyszedł basista Pantery Rex Brown. Ponadto,
      do składu oficjalnie dołączył Kirk Windstein. Owocem tej współpracy był
      wydany rok później "Down II". Obecnie Down wyruszył w kolejną trasę
      koncertową. Niestety tylko po Stanach...

      UWAGI KOŃCOWE:
      ~~~~~~~~~~~~~~
      Wszystkim chętnym do zapoznania się z twórczością grupy polecam następujące
      utwory:

      "Stone the crow",
      "Swan song",
      bluesowe "Eyes of the South" i "Underneath everything",
      oraz klimatyczny (balladowy?) "Jail", któremu chciałbym poświęcić chwilę
      uwagi...

      Otóż szepty i zawodzenia artykułowane przez Phila w tym utworze, w pewnym
      momencie ulegają charakterystycznemu zniekształceniu. Efekt ten został
      powtórzony w utworze "Floods" z płyty "The great southern trendkill". Moim
      skromnym zdaniem efekt ten powstał po podłączeniu mikrofonu pod gitarowy
      efekt "wah-wah" (zwany po polsku "kaczką"), ale... mogę się mylić. Nie
      próbowałem :-(

      ---
      "...odór gnoju i zgnilizny przybył bowiem od strony Chomiczówki (...) tym też
      tłumaczono sobie wzmożoną aktywność sępów i innych ścierwojadów."
    • s.u.g.a.r Brittney Spears vs. Christina Aguilera 25.07.03, 16:17
      Przemilczany i zignorowany wątek... Buuu ;-(

      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

      Data: 04-07-2003 22:21

      Jest to niezwykle symptomatyczny i złowieszczy symbol naszych czasów... Nie
      ważne ile umiesz i co wiesz - istotne jest KTO za tobą stoi i jak tobą
      pokieruje.

      Brittney Spears i Christina Aguillera... Jeżeli na moment zapomnimy o
      wizualno-marketingowej papce jaką podają nam kanały muzyczne i "fachowa
      prasa", a skoncentrujemy się na muzyce, to stwierdzimy że Aguillera to...
      fantastyczna artystka o genialnym głosie!

      W związku z tym sensacyjnym odkryciem, jakże smutne i tragiczne stają się
      wysiłki filigranowej Krysi, aby wyróżnić się na swoich lixcznych konkurentek.
      Bo w jakich kategoriach spoglądać na jej nowy kurewski image, adekwatny dla
      tej najbardziej liberalnej i otwartej na kwestie etyczne grupy kobiet? Czyz
      nie jest przykrym i upokarzjącym, że w dzisiejszych czasach artysta
      naturalnie obdarzony ponadprzeciętnymi umiejętnościami, aby odnieść sukces
      muzyczny, MUSI się zeszmacić (skurwić etc.) Jakże hańbiąca musi być dla
      biednej Aguillery perspektywa paradowania po świecie (przepraszam za
      lapidarne określenie) z gołą dupą (choćby była to nawet tak zgrabna dupka jak
      Christiny), lub udzielanie wywiadów, iz wizerunek skończonej dziwki to coś o
      czym od dziecka marzyła. Ktoś powie: "za darmo tego nie robi!". Ale czy
      wszystko można kupić?

      Po drugiej stronie popowej barykady stoi boska Brittney... która od początku
      pozostaje narzędiem, marionetką w rękach wielkich muzycznych menago. Jest XXI-
      wiecznym ludzkim instrumentem, który: śpiewa, tańczy, mówi, wygląda i
      zachowuje się tak jak zaplonowali to sobie specjaliści od marketingu i
      reklamy. W słowniku tych artystów od manipulacji, słowa: "muzyka", "inwencja
      twórcza", czy "talent", zastąpione zostały przez: "obrót", "przychód",
      czy "dochód"...

      Dzięki promocji Spears i dziesiątków jej męskich i żenskich odpowiedników,
      spada ogólny poziom artystyczny. Inwestycja w talent, przestaje się bowiem
      opłacać. W konsekwencji do świata muzyki trafiają przypadkowi ludzie, których
      jedyną zaletą jest wysoka podatność na manipulację i odgórne sterowanie.

      True artists are going underground...

      ---
      "...odór gnoju i zgnilizny przybył bowiem od strony Chomiczówki (...) tym też
      tłumaczono sobie wzmożoną aktywność sępów i innych ścierwojadów."
    • s.u.g.a.r Pantera - "Reinventing the Steel" 25.07.03, 16:20
      Data: 09-07-2003 15:33

      Jestem wielkim fanem Pantery. Moja fascynacja tym zespołem trwa od dnia, gdy
      zobaczyłem w legendarnym "Headbanger`s Ball" na MTV video do "Walk".
      Nowatorskie brzmienie, uderzający swą prostotą i intensywnością motyw
      przewodni, oraz skandowane z furią kolejne linijki tekstu, sprawiły iż logo
      Pantery na zawsze zapadło mi w pamięć. Płyta "Vulgar Display of Power", z
      której pochodzi wspomniany utwór, należy do klasyki muzyki metalowej, a sama
      Pantera do grupy najbardziej twórczych i wpływowych zespołów w historii rocka.

      Największą popularnością Pantera cieszyła się w połowie lat 90-tych, co
      przekładało się na ilość sprzedanych płyt. Wydany w 1994 roku trzeci album
      grupy - "Far Beyond Briven"- zadebiutował na pierwszym miejscu na liście
      Billboardu. Było to olbrzymim zaskoczeniem dla całej branży muzycznej, bowiem
      materiał zawarty na płycie był niezwykle ciężki i wymagający od przeciętnego
      słuchacza. Mimo olbrzymiego sukcesu komercyjnego, Pantera w dalszym ciągu
      kroczyła swoją własną ścieżką i zamiast zacząć schlebiać gustom szerszej
      widowni, koncentrowała się na graniu ostrej i trudnej w odbiorze muzyki. Jak
      wszystkie rzeczy w życiu, tak i ta postawa miała swoje plusy i minusy. Z
      jednej strony, Pantera zyskiwała sobie szacunek i oddanie swych wiernych
      fanów, z drugiej - tworząc coraz bardziej eksperymentalne i chwilami
      niestrawne kompozycje - odstraszała nowych słuchaczy i "gubiła" po drodze
      część starych...

      Wydany w 1996 roku album "The Great Southern Trendkill", jest płytą bardzo
      nierówną, wymagającą wielokrotnego przesłuchania. Ktoś napisał, że cechuje to
      każdą wybitną płytę, lecz niestety "TGST" wybitną płytą nie jest... Mnie
      osobiście wydał się on po prostu przekombinowany i choć wstyd to przyznać,
      skutecznie ochłodził moją wcześniejszą fascynację...

      Niedawno, po blisko 5 latach, odkurzyłem stare nagrania Anselmo &Co. Ponadto
      chcąc nadrobić stracony czas, dokonałem inwestycji, stając się w jej efekcie
      posiadaczem ostatniego albumu Pantery pt. "Reinventing the Steel". Mimo wielu
      obaw jakie towarzyszyły mi przy jej zakupie (w pamięci miałem bowiem jeszcze
      dźwięki wcześniejszego "TGST"), mogę śmiało powiedzieć, iż był to zakup
      wyjątkowo udany!

      "Reinventing the Steel" to powrót do klasycznego "panterowego" grania. Po
      eksperymentach brzmieniowych i aranżacyjnych, ekipa powróciła do tego co
      przyniosło im sławę i uznanie w oczach wszystkich fanów metalu - ciężkość i
      intensywność muzyki. Słuchanie "RtS" przypomina wycieczkę w głąb maszynowni
      olbrzymiego zakładu produkcyjnego. Słuchacz przytłaczany jest do ściany
      kanonadą dźwięków, które Dimebag Darrell wyrzuca ze swych gitar. Dudniący w
      tle bas Rexa Browna, skutecznie potęguje kolejne uderzenia bębnów Vinnie
      Paula. Jednakże największe "nowum" to niemalże powszechny brak irytujących
      (przynajmniej mnie) wrzasków Anselmo, które zdominowały "TGST". Phil wrócił
      do dawnego charakterystycznego artykułownia słów, znanego z "Vulgar Display
      of Power". Dzięki temu, utwory stały się bardziej przejrzyste i dzięki temu
      intensywniejsze. Nie rażą już tak natarczywością i pretensjonalnością.

      "RtS" ma bardzo wiele cech wspólnych z "VDoP", jednakże nie jest jego kopią.
      Darrell co chwila udowadnia iż należy do czołówki najbardziej kreatywnych
      gitarzystów, wielokrotnie zaskakując nietypowymi rozwiązaniami technicznymi
      (np. "You`ve got to belong to it"). Płyta jest podsumowanie dotychczasowej
      twórczości grupy, łącząc wszystkie najważniejsze cechy poprzednich albumów.

      Płyta jest niezwykle równa i tworzy spójną całość. Nie brakuje wyróżniających
      się utworów, do których można zaliczyć: "Yesterday don`t mean shit" z
      fantastycznym, krzyczanym przez Anselmo refrenem, bardzo ciężki i
      intensywny "Goddamn electric", czy "hostile`owy" "Death rattle". Ciekawie
      wyszły też krótkie eksperymenty z basem zaprezentowane w "Up Lift" i "I`ll
      cast a shadow".

      Reasumując, "Reinventing the Steel" skutecznie walczy z "Far Beyond Driven" o
      miano drugiej najlepszej płyty w dyskografii Pantery ("Vulgar..." wciąż poza
      zasięgiem). Każdy kto spędził kilka tygodni non-stop przy słuchaniu "Walk",
      czy "Becoming", może z czystym sumieniem roztrwonić swoje pieniądze na zakup
      tej płyty. Fanom "Floods", czy "10`s" ten zakup raczej odradzam... :-)

      **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** **** ****

      Z pamiętnika Sugara:

      "Dawno, dawno temu, przechodząc burzliwą fascynację muzyką hip-hopową - dla
      której odstawiłem wszystkie metalowe kasety i płyty na najwyższą półkę -
      przypadkowo trafiła mi się płytka zespołu Limp Bizkit "significant other".
      Znając trochę ten zespół z TV, gdzie rozśmieszał mnie buntowniczy image
      członków tej kapeli, podszedłem do tej płyty z pewną dozą nieśmiałości...
      Jakkolwiek z czasem, w trakcie pojedyńczych przesłuchań, muzyka LB zaczęła mnie
      niebezpiecznie wciągać i - co strasznie brzmi z dzisiejszej perspektywy -
      podobała mi się! Tak zaczęła się moja przygoda z tzw. nu-metalem a skończyła z
      hip-hopem.

      Na szczęście ten hańbiący mnie okres fascynacji "Nookie" i "Break stuff"
      przeminął równie szybko jak się zaczął. Wszystko skończyło się w dniu, gdy
      dostałem w swe ręce "God hates us all" (wiadomo kogo :-) Po przesłuchaniu tej
      płyty, wróciłem do słuchania PRAWDZIWEGO metalu (:-) natomiast limp bizkit nie
      włączyłem już nigdy więcej..."

      Jak to się ma do Pantery?

      Ostatnimi czasy, wiele mówi się i pisze na temat "St. Anger" (wiadomo kogo :-)
      Dużo słuchałem tej płyty i szczerze mi się podoba. To naprawdę wspaniały come
      back. Żadne ze słów wychwalających ten album ponad wszystko nie było
      przesadzone.

      JAKKOLWIEK!

      Niedawno wszedłem w posiadanie "Reinventing the Steel" i słucham jej non-stop
      (z przerwami na Down`a). Na myśl o tym że miałbym włączyć "St. Anger", wolę już
      puścić sobie... "The Great Southern Trendkill".

      Planowałem napisać i opublikować tu ostateczną recenzję ostatniej Metallicy.
      Przedstawić dokładną analizę poszczególnych utworów, skomentować największe
      kontrowersje (np. brak solówek?). Ale nie wiem czy to jeszcze zrobię...?
      Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze włączę Metallicę...? Bo teraz liczy się
      tylko... "Cos` YESTERDAY DON`T MEAN SHIT!!!"

    • s.u.g.a.r SuperJoint Ritual - przesłuchaj i wyrzuć 28.08.03, 19:38
      Philip Anselmo, którego sylwetkę przedstawiałem jakiś czas temu na forum, to
      nie tylko wokalista kultowego zespołu Pantera, ale przede wszystkim
      niestrudzony poszukiwacz nowych obszarów muzycznych, mający tysiące pomysłów,
      które realizuje w dziesiątkach pobocznych projektów. Najsłynniejszym
      projektem Anselmo jest zespół Down, który doczekał się rzeszy wiernych fanów,
      a obydwie płyty zespołu były każdorazowo wielkim wydarzeniem. Jednakże
      niezwykle melancholijna i melodyjna muzyka zawarta na płytach Down`a spotkała
      się z pewnymi zastrzeżeniami ze strony części fanów Phila. Dla ludzi, którzy
      pokochali Panterę za takie utwory jak „Fuckin` hostile”, czy „Becoming”,
      najnowsze dokonania Anselmo były wielkim rozczarowaniem i świadczyły bardziej
      o jego „zmiękczeniu” niż kreatywności... Dlatego Phil specjalnie dla tej
      grupy najbardziej ekstremalnych i oddanych mocnemu graniu fanów, powołał do
      życia kolejną grupę – SuperJoint Ritual. Grupę, która poziomem agresji,
      gniewu i muzycznego wykopu odwołuje się do najostrzejszych nagrań Pantery.

      SuperJoint Ritual utworzyli oprócz Phila, perkusista Down Jim Bower, grający
      tu dla odmiany na gitarze, gitarzysta Kevin Bond i perkusista Joseph Fazzio.
      W trakcie sesji nagraniowej Anselmo dzielił funkcję wokalisty z grą na basie,
      jakkolwiek ostatecznie funkcję basisty w zespole przejął... Hank Williams III
      (potomek legendarnego Hanka Williamsa), słynący do tej pory z grania ballad w
      stylu country i wspaniałego honky-tonk`owego głosu. Debiutancki album nagrano
      w... garażu Anselmo, a produkcją zajął się Dave Fortman (ex-Ugly Kid Joe).

      Podstawowym założeniem podczas nagrywania płyty była... dobra zabawa! Jim
      Bower opisał „proces tworzenia” płyty słowami: „nagrywaliśmy ją z
      mentalnością 15-latka. Chcieliśmy mieć wszystko włączone na max. Chcieliśmy
      grać głośno i pozwolić aby wszystko co tworzymy, wyszło spontanicznie i bez
      żadnych zahamowań”. Trzeba przyznać iż powyższe założenie zostało
      perfekcyjnie urzeczywistnione.

      Po pierwszym przesłuchaniu „Use once and destroy”, każdy bardziej wymagający
      słuchacz jest bliski dosłownej interpretacji tytułu płyty. Utwory faktycznie
      są głośne i rozbudowane aranżacyjnie na poziomie 15-latka! Na dodatek jest
      ich 16 i wszystkie brzmią w ten sam brudny, garażowy sposób. Frustrują
      firmowe „wokalizy” Anselmo, koncentrującego się tu jak nigdy dotąd na
      wydawaniu z siebie przeciągłych wrzasków i skrzeków. Jednakże po 2-3
      przesłuchaniach, okazuje się że kilka utworów jest co najmniej
      interesujących, a po kilku kolejnych nie możemy się od nich uwolnić. Mam tu
      na myśli przede wszystkim promujący płytę „The alcoholik”, który doprawdy
      sprawia wrażenie utworu napisanego przez kogoś naprawdę znającego się na
      rzeczy...

      Po dłuższym słuchaniu, „Use once and destroy” okazuje się nie być sposobem na
      połączenie dobrej zabawy z wyciągnięciem pieniędzy od fanów, lecz złożeniem
      swoistego hołdu wszystkim kapelom, które wywarły wpływ na członków zespołu.
      Mamy tu prostotę i agresję Black Flag, ciężkie i mroczne riffy Venomu i
      Celtic Frost, a w tle rozbrzmiewają echa Voivod. Jeśli dodamy do tego
      charakterystyczny głos Phila, oraz Panterową intensywność i brzmienie,
      powstaje coś, co nie pozwala przejść miłośnikowi ekstremalnego grania koło
      tej płyty obojętnie! „Creepy crawl”, „It takes no guts”, „The introvert”, czy
      wspomniany już „The alcoholik”, to solidne metalowe kawałki, przy których
      można spędzić naprawdę sporo czasu.

      Reasumując, nie jest to płyta wybitna, lecz warta uwagi, przede wszystkim dla
      wszystkich fanów ostrej i bezkompromisowej Pantery. To równocześnie wyraźny
      sygnał dla wszystkich wątpiących w Phila Anselmo! To wciąż jeden z
      największych twardzieli w metalu.

      ---
      dla wszystkich niezorientowanych w temacie Phila i Pantery podaję link na mój
      wcześniejszy tekst o Anselmo:

      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=6725089&a=6725089
    • s.u.g.a.r DOWN II 28.08.03, 19:39
      Zamieszczając jakiś czas temu na forum tekst o zespole Down, w którym
      zamieściłem krótką recenzję ich debiutanckiej płyty „NOLA”, odgrażałem się iż
      powrócę kiedyś z recenzją ich drugiej płyty. Dziś spełniam swoją groźbę i oto
      ona: recenzja Down II

      Po spektakularnym sukcesie debiutanckiego krążka, fani Down zmuszeni byli
      czekać aż 7 lat na kolejne wydawnictwo all-star bandu pod batutą Phila
      Anselmo. W reaktywowanym na początku 2001 roku składzie doszło do dwóch
      zmian. Funkcję basisty przejął z rąk Todd`a Strange`a kolega Phila z Pantery
      Rex Brown. Ponadto do składu oficjalnie dołączył gitarzysta i wokalista
      Crowbar Kirk Windstein, zaangażowany w Down jeszcze podczas nagrywania
      debiutu. Ostatecznie w 2002 roku światło dzienne ujrzała długo oczekiwana
      następczyni „NOLA” – „Down II (a bustle in your hedgerow)”.

      Głównym kompozytorem całego materiału był Pepper Keenan, który przedłożył tym
      razem wolne i ciężkie sabbathowe riffy, nad bluesowe zagrywki, które
      zdominowały jedynkę. Sporym zaskoczeniem dla fanów Pantery, Crowbar czy
      C.O.C., mogą być za to liczne wolne, melancholijne i bardzo melodyjne
      wstawki, czy też (o zgrozo!) akustyczne ballady! Jednakże to właśnie one
      stanowią o sile tej płyty i sprawiają iż wyróżnia się ona spośród zalewu nu-
      metalowej sztampy.

      Niestety największym wrogiem Down okazał się ich debiut. NOLA porażała
      wszystkich swoją oryginalnością i świeżością spojrzenia na utykający w
      połowie lat 90-tych metal. Tymczasem dwójka jest solidnym, bardzo dobrze i
      ciekawie zagranym albumem, pozbawionym niestety oryginalności. Cała płyta
      brzmi trochę tak jakby została nagrana przez... Black Sabbath lat `70-tych.
      Czytałem recenzję tej płyty gdzie za głównego winowajcę uznano właśnie
      Keenana, który skomponował utwory nie odbiegające zasadniczo od dokonań jego
      macierzystego Corrosion of Conformity. Nie znam ostatnich nagrań C.O.C., więc
      nie będę zajmował stanowiska, ale... coś w tym chyba jest...?

      Utwory na płycie można pogrupować na „mocne” i „balladowe”. Te pierwsze są
      bardzo psychodeliczne, klimatem mocno utrzymane w latach 60-tych i 70-tych.
      Bardzo wyraźnie słychać wpływy Black Sabbath i Led Zeppelin. Najlepszym
      przykładem mogą być tu „Ghosts along the Mississippi”, „Beatifuly
      Deppressed”, czy okraszony dźwiękiem organów hammonda „Stained glass cross”.
      Są to bardzo fajne, mocne utwory, niestety wciąż pozostające w cieniu tych z
      jedynki... No może za wyjątkiem „Ghosts along...” moim zdaniem najlepszego na
      płycie. Jeśli chodzi o utwory „balladowe” to najmocniejszym punktem jest bez
      wątpienia „Learn from this mistake”, którego jedyną wadą jest to że
      przypomina nieco „Planet caravan” Sabbsów (i który został nagrany przez
      Panterę na „Far beyond driven”). Jakkolwiek bardzo życzyłbym sobie aby
      większość nagrywanych utworów (niekoniecznie ballad) cechowała taka wada!
      Bardzo ciekawy jest „Where I`m going”, którego słuchanie przywołuje obraz
      rozległych mokradeł i pustelni w której Phil śpiewa do akompaniamentu gitary.
      Znajduje się tu również jeden stricte bluesowy kawałek, „Lies, I don`t know
      what they say, but...”

      Na osobne wyróżnienie zasługuje monumentalny, 10-cio minutowy „Landing on the
      Mountains of Meggido”, klimatem przypominający chociażby „No quarter” Led
      Zeppelin. Dźwięki akustycznej gitary przerywają w refrenie (?)
      perkusyjne „grzmoty”. Jest to wspaniała epicka opowieść, ubrana w porywające
      dźwięki gitar, różne tajemnicze dźwięki przemykające w tle, okraszone bardzo
      melodyjnym i wysokim (jak na niego J głosem Phila. Doprawdy warto poznać tą
      płytę chociażby dla tego kawałka!

      Podsumowując, II-ke Downa należy oceniać na dwa sposoby. Jeżeli ocenimy ją z
      perspektywy całego rynku muzycznego, otrzymałaby ona wg mnie mocne 4+ (na 6).
      Niestety w momencie skonfrontowania jej z debiutem, ocena drastycznie spada.
      3+ to naprawdę maksymalna nota jaką mogę jej dać... Down II czerpie pełnymi
      garściami z dokonań w/w BS i LZ, nie dając niestety nic od siebie... Brakuje
      trochę tego ognia i świeżości jakimi okraszona była NOLA.

      PS1: Wymieniając najciekawsze utwory zapomniałem o „The seed”! To świetny
      kawałek!

      ---
      Dla wszystkich nowych, bądź bliżej niezorientowanych w temacie, zamieszczam
      link na moją wcześniejszą story o Downie.

      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=6823188&a=6823188
    • s.u.g.a.r MuDvAyNe ...czyli nadzieja! 28.08.03, 19:40
      Czym jest Mudvayne?

      Jeżeli spojrzymy na to z perspektywy fana muzyki popularnej, prostej i
      dostępnej dla przypadkowego słuchacza, z perspektywy zagorzałego fanatyka hip-
      hopu, lub miłośnika tzw. alternatywnych dźwięków tzw. alternatywnego rocka,
      Mudvayne jest po prostu kolejnym zespołem metalowym, zdominowanym przez
      brutalne gitarowe riffy i bezpodstawne darcie mordy. Jednakże dla miłośników
      szczerego, prawdziwego i mocnego brzmienia, Mudvayne to absolutnie nowa
      jakość w muzyce metalowej, nowatorskie spojrzenie na skostniały gatunek,
      nadzieja na ożywienie zastygłej w stagnacji sceny... Mudvayne jest nadzieją!

      Muzyka Mudvayne to unikalne połączenie agresji i ciężkich riffów SlipKnota
      („Iowa”), Toolowych melodii i klimatów, z fenomenalnymi rozwiązaniami
      rytmicznymi i aranżacyjnymi. System of a Down i jego częste zmiany tempa może
      się... zakopać głęboko pod ziemię. Szczerze mówiąc (choć może wydać się to
      niewiarygodne!) Mudvayne zostawia pod tym względem daleko w tyle nawet...
      ś.p. Chucka Shouldinera! Kolejną zaletą Mudvayne są bardzo rozbudowane i
      skomplikowane riffy gitarowe. One wciąż brzmią nu-metalowo, ale są o niebo
      trudniejsze od dziecinnych zagrywek KoRna, Coal Chamber, czy Soulfly. Warto
      też wspomnieć iż jednym z głównych źródeł inspiracji jest dla nich zespół...
      King Crimson! Tak, Mudvayne jest jak powiew krystalicznie świeżego
      powietrza...

      Zespół powstał w 1996 roku w USA, w mieście Preoria w stanie Illinois. Grupę
      utworzyli wokalista McDonugh, gitarzysta Tribett, perkusista Gray, oraz
      bliżej niezidentyfikowany basista, wkrótce zastąpiony przez Ryana Martinie.
      Pochodzący z absolutnej prowincji kwartet, szybko stanął wobec tego samego
      dylematu co SlipKnot pochodzący z równie zapadłej dziury – Des Moines w
      stanie Iowa. Mieli do wyboru, albo zarabiać na chleb graniem coverów, albo
      próbować osiągnąć sukces na własny koszt. To drugie wiązało się jednakże z
      tworzeniem rzeczy niezwykle oryginalnych, okraszonych ciężką pracą i
      hektolitrami wylanego potu. I obydwu kapelom się to opłaciło.

      Mudvayne zupełnie nieświadomie poszedł w kwestii image`u podobną drogą co
      SlipKnot. Członkowie przybrali kosztem swej prawdziwej tożsamości pseudonimy,
      a twarze pokryli równie oryginalnym co niezwykle kontrowersyjnym makijażem.
      Wokalista McDonugh przybrał imię Kud, gitarzysta Tribett – Gurrg, basista
      Martinie, - Ryknow, a perkusista Gray – sPaG. Muzyka w początkowym okresie
      ich twórczości, nie odbiegała zasadniczo od nu-metalowych standardów
      rozpowszechnianych w tym czasie przez KoRn czy Coal Chamber, jednakże
      kwartet intensywnie pracował nad doskonaleniem własnego stylu i brzmienia. W
      1997 roku wydali własnym kosztem mini-album „Kill I oughta”, który zwrócił na
      nich na tyle uwagę, iż zostali zaproszeni przez zdobywającą właśnie olbrzymią
      popularność SlipKnot, do odbycia wspólnej trasy koncertowej. Ostatecznie w
      1999 roku grupa podpisała kontrakt z wytwórnią Epic, a rok później wydała
      swój debiutancki album „L.D. 50”. Po odbyciu morderczej trasy koncertowej w
      ramach festiwali Tatoo the Earth i Ozzfest, grupa zdobyła w Stanach niebywałą
      popularność, a ich album zyskał status złotej płyty po sprzedaniu 500 000
      egzemplarzy. W 2001 roku Mudvayne otrzymali nagrodę MTV2 Video Music Awards.
      Tego samego roku wydali mini-album „the beggining of all this to end”, na
      którym zamieścili materiał z debiutanckiej EP-ki, kilka kawałków koncertowych
      i remixów. Jednakże to co najwspanialsze miało dopiero nastąpić! Po
      zakończeniu tras koncertowych, grupa przystąpiła do pisania drugiego albumu,
      efektem czego była płyta „The end of all things to come”. O jej geniuszu i
      tonach nowatorstwa piszę poniżej...

      Specjalną uwagę należy zwrócić na umiejętności poszczególnych członków
      zespołu. O obliczu grupy decyduje przede wszystkim wokalista. Kud pod
      względem śpiewania łączy krzyki Corey Taylora ze SlipKnota, z ekspresją
      Jonathana Davisa z KoRna. Sam od siebie dodaje niezwykle melodyjne, lekko
      zachrypnięte wokalizy, którymi wypełnia wyciszone fragmenty utworów. Jednakże
      (podobnie jak u J.D.) cały czas wyczuwalne jest w jego głosie olbrzymie
      napięcie, które sprawia, iż każdy utwór ma bardzo emocjonalny charakter.
      Basista Ryknow to dla mnie jeden z najlepszych basistów metalowych jakich
      słyszałem. Pamiętam jak olbrzymie wrażenie robiły na mnie partie basu grane
      przez Steve`a Digiorgio na „Human” i „Individual thouht patterns” Death,
      czy „A vision of misery” Sadusa. Ryknow nie tylko mu dorównuje, lecz
      momentami autentycznie go przewyższa! I chociaż Mudvayne pod względem partii
      basu wciąż daleko do Primusa, to dystans ten nie jest wcale nie do
      odrobienia! Co do gitarzysty Gurrga, to nie atakuje on nas zabójczo szybkimi
      solówkami (których szczerze mówiąc na żadnej płycie Mudvayne`a nie
      uświadczysz), jednakże jego umiejętności techniczne budzą podziw. Perkusista
      sPaG wybija na perkusji tak niesamowite rytmy, przy pomocy tak niewiarygodnie
      wielkiej ilości bębnów, werbli, talerzy etc. że jego obecność w czołówce
      najlepszych bębniarzy jest oczywista.

      Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden, niezmiernie istotny
      aspekt twórczości zespołu. Największym źródłem inspiracji jest dla
      Mudvayne... kino, a konkretnie twórczość reżyserów pokroju Stnaleya Kubricka,
      czy Davida Lyncha. Debiutancki „L.D. 50” został zainspirowany filmem „2001
      Odyseja kosmiczna”.

      ----
      Linki:

      Oficjalna strona Mudvayne gdzie można posłuchać muzyki i obejrzeć video
      zespołu:

      www.mudvayne.com/

      Band photo:

      www.msproductions.com/mudvayne0421254.jpg

      Kud & Gurrg

      www.geekshelter.com/images/albums/Mudvayne.jpg

      Mudvayne na MTV Video Music Awards:

      image.guardian.co.uk/sys-images/Guardian/Pix/gallery/2001/09/07/mudvayne1.jpg
      • s.u.g.a.r LD 50 28.08.03, 19:41
        Debiutancki album Mudvayne został w całości zainspirowany filmem „2001 Odyseja
        kosmiczna” Stanleya Kubricka. „...Płyta przedstawia rozważania odnośnie
        ewolucji i rozwoju, oraz ryzyka związanego z prowadzeniem eksperymentów z
        rzeczami mogącymi zmienić sposób postrzegania rzeczywistości przez człowieka
        (...) symbolem tego był czarny obelisk pojawiający się na początku filmu
        Kubricka”. Tak określił charakter płyty, perkusista sPaG. A więc kocept album!
        Klimatyczne intro - „Monolith” - rozpoczyna płytę...

        Pierwsze wrażenia po przesłuchaniu L.D. 50 są mieszane... Z jednej strony
        jesteśmy poruszeni wyraźnymi śladami nowatorstwa, lecz z drugiej strony
        większość utworów wydaje nam się przekombinowanych i niezwykle trudnych w
        odbiorze. Sytuacja nie ulega zmianie po drugim, trzecim, a nawet czwartym
        przesłuchaniu... Rażą rytmiczne łamańce, gitarowe dziwolągi, przemienny krzyk i
        śpiew wokalisty. Drogi słuchaczu! Twoja reakcja jest jak najbardziej naturalna!
        Przez całe życie słuchałeś jednolitej „papki” granej w klasycznym metrum 4/4. A
        jest to chyba jedyne metrum z którego Mudvayne nie korzysta na tej płycie.
        Jeżeli mimo wszystkich niedogodności i zniecierpliwienia zdecydujesz się
        słuchać tej płyty dalej... doznasz OLŚNIENIA! Zrozumiesz nagle że:

        1. Tego da się słuchać!
        2. Brzmi to niewiarygodnie wspaniale!
        3. Jak olbrzymie możliwości daje zwykła zmiana metrum!
        4. Twoja wiedza nt. muzyki jest... nawet nie wiem czy mierna?

        Wszystkie kompozycje są niezwykle rozbudowane pod względem muzycznym i
        aranżacyjnym. Koniec z 2/3 riffami na utwór! Koniec ze schematem zwrotka-refren-
        zwrotka-bridge-refren-bridge-refren! Mudvayne co chwila zaskakuje nietypowym
        rozwiązaniem aranżacyjnym, niezwykłym motywem muzycznym, gwałtowną, aczkolwiek
        płynną zmianą klimatu. Mnogość i różnorodność pomysłów jest tu zaiste
        zaskakująca. Uwaga! Ta płyta jest niebywale wymagająca od słuchacza! To nie
        Down, czy Drowning Pool. LD 50 to metalowy uniwersytet.

        Skrót L.D. oznacza „lethal dosage”. Całe sformułowanie jest żargonem naukowym,
        wykorzystywanym przy komentowaniu wyników eksperymentów. Jeżeli eksperymentu
        nie wytrzymuje 50 na 100 przebadanych osobników, podawana ilość badanego środka
        otrzymuje miano zabójczej dawki.

        Produkcją płyty zajął się Steve Richards wspólnie z zespołem, natomiast nad
        całością czuwali Garth Richardson, znany ze współpracy z Rage Against the
        Machine i L7, oraz Shawn Crahan, perkusista SlipKnota. Sesja nagraniowa była
        niezwykle intensywna, prace nad poszczególnymi utworami trwały do ostatnich
        chwil. Jednakże presja związana z upływem określonych terminów działała
        mobilizująco na zespół, czego efektem jest niezwykle skonsolidowany i równy
        materiał.

        Każdy kto chciałby zapoznać się z twórczością zespołu, powinien zacząć od
        trzech poniższych utworów. Utwory należy przesłuchać przepisowe 3-4 razy,
        odczekać 24 godziny i zacząć od nowa. Jeżeli to nic nie da i nadal będziecie
        uważać Mudvayne za przerost formy nad treścią, odsyłam was do recenzji
        płyty „Sinner” zespołu Drowning Pool.

        1. DIG - najsłynniejszy utwór Mudvayne. Bardzo mocny, agresywny i...
        nietypowy. Ma stosunkowo najprostszą konstrukcję, utrzymany jest w tym samym,
        przepełnionym nienawiścią klimatem. Przypomina nagrania SlipKnota, jednakże ma
        swoje charakterystyczne brzmienie. Już od pierwszych sekund, słychać wyraźnie
        bas Ryknowa, który będzie towarzyszył nam do końca płyty. Przeciągłe uderzenia
        gitary Gurrga smagają nasze uszy niczym biczem, a przeciągły krzyk Kuda,
        dopełnia tylko obrazu zniszczenia. No i ten niesamowity tekst...

        „Let me help you tie the rope around your neck,
        Let me help to talk you the wrong way off the ledge,
        Let me help you hold the glock against your head…”
        2. PROD – wolny, klimatyczny, przypominający nagrania TOOLa. Całkowite
        zaprzeczenie opisywanego powyżej „Dig”. Kud delikatnym głosem opisuje drogę
        ludzkości w stronę samozagłady. Zaskakuje gwałtowny, rwany refren. Druga część
        utworu jest mocniejsza, lecz również utrzymana w melancholijnym i zrezygnowanym
        tonie. Kolejny świetny cytat:

        “Goddamn we fucked up the circumstance,
        Too late to save us from ourselves…”

        Jednakże najbardziej niesamowite jest samo zakończenie utworu... Naprawdę warto
        wysłuchać całości tylko dla tego zakończenia!

        3. DEATH BLOOMS – typowy utwór Mudvayne łączący agresję „Dig” z klimatem i
        melodią „Prod`a”. Fantastyczny riff otwierający. Bardzo rozbudowana aranżacja.
        Kwintesencja płyty.

        Jeżeli powyższe utwory wzbudziłyby wasze zainteresowanie, oto kilka kolejnych
        wyróżniających się utworów: „Nothing to gein” z fantastycznym „balladowym”
        początkiem. Niezwykle mocny i sugestywny utwór, okraszony gitarą z efektem wah-
        wah i funkującym bassem. „Everything and nothing” kolejny klimatyczny kawałek,
        przypominający „Prod`a”. Ciekawy jest „Under my skin”, przechodzący w pewnym
        momencie w Red Hot Chilli Peppersowy funkowy wybuch energii. W końcu „Internal
        Primates Forever” z motywem przypominającym wczesne nagrania RatM.

        Reasumując, L.D. 50 to fantastyczna, odkrywcza i wypełniona niezwykłymi
        rozwiązaniami aranżacyjnymi płyta. Myślę że naprawdę warto się z nią zapoznać,
        chociażby ze względu na jej oryginalność i nowatorskość. Bo tak naprawdę jej
        jedyną wadą jest to, że 2 lata później światło dzienne ujrzała druga płyta
        Mudvayne, która całkowicie przyćmiła ją swym blaskiem...
      • s.u.g.a.r Re: MuDvAyNe ...czyli nadzieja! 28.08.03, 19:42
        UWAGA! Aby być w stanie zrozumieć fenomenem tej płyty, należy na wstępie
        przeprowadzić proste działanie matematyczne: wejść ponownie w tekst
        opisujący „L.D. 50”, odszukać wszystkie słowa definiujące ją jako trudną,
        wymagającą i skomplikowaną aranżacyjnie, oraz pomnożyć to przez 10. Wtedy
        otrzymamy coś co pozwoli nam wyobrazić sobie mniej więcej zawartość „The end of
        all things to come”.

        Ostatnią płytą, która wywarła na mnie tak olbrzymie wrażenie, było „Toxicity”
        System of a Down. Obydwa albumy tworzą zupełnie nową jakość w muzyce metalowej
        i otwierają nowe furtki rozwoju. Muzyka zawarta na tych płytach sięga daleko
        poza sztywne ramy metalu, otwierając go na niedostępne do tej pory obszary.
        Obydwie płyty są równocześnie prawdziwie przełomowe dla obydwu grup, stając się
        swego rodzaju egzaminami dojrzałości, pozwalającymi postrzegać je nie tylko
        jako zespoły stricte metalowe (i co za tym idzie – niszowe), lecz jako twórców
        muzyki w ogóle!

        Debiutancki album Mudvayne (podobnie zresztą jak debiut SoaD) był bardzo
        nierówny. Obok utworów genialnych („Dig”, „Prod”, „Death blooms”, „Nothing to
        gain”), pojawiły się nie do końca udane eksperymenty muzyczne
        („Cradle”, „Pharmaecopia”, „[K]now [F]orever”). TEoATtC jest pod tym względem
        niedoścignionym wzorem! Poza jedynym może wyjątkiem, wszystkie utwory utrzymane
        są na tym samym, wysokim poziomie, a ewentualne wahania są minimalne.
        Perkusista sPaG (a raczej Spüg, o czym za chwilę) wyjaśnił to w następujący
        sposób: „Na debiutanckim albumie każdy z nas grał jakby zamknięty w swoim
        własnym pudełku: tak jak byśmy sami sobie chcieli zaimponować. Koncertowanie ze
        sobą nauczyło nad bardziej słuchać innych. Współgrać, zamiast dominować. Z tą
        umiejętnością nagrywanie rocka zostawia więcej miejsca na ekspozycję wokalu i
        melodii.”

        Do współpracy jako producenta, Mudvayne zaprosili Davida Bottrilla, producenta
        współpracującego z TOOL, King Crimson, czy Peterem Gabrielem. Jego wpływ przy
        tworzeniu płyty był nieoceniony, pomógł pozbyć się całego zbędnego materiału,
        zostawiając tylko jego kwintesencję. Spüg: „Jego największym sukcesem jest
        chyba zmniejszenie intelektualizmu grupy, jednak bez pozbywania się go. Kiedy z
        czymś przesadzaliśmy, przerywał i pytał: „gracie tak, bo potraficie, czy
        dlatego, że pasuje to do piosenki?!” Naprawdę trzymał nas w ryzach.”

        Wraz z nową płytą przyszła zmiana imagu. Muzycy upodobnili się do istot z
        kosmosu (wiem, brzmi głupio!), oraz zmienili swoje pseudonimy: Kud na Chüd,
        Gurrg na Güüg, Ryknow na R-üd, a wspomniany wcześniej sPaG na Spüg. Ubrani w
        jednakowe garnitury (sic!), zaczęli wyglądać jak SlipKnot dla intelektualistów.
        Jednakże wraz z wydaniem ostatniego video do utworu „World so cold”, kwartet
        zrezygnował (przynajmniej do czasu) z używania makijażu i masek, ciesząc widzów
        swoim oryginalnym, choć bardzo typowym wyglądem.

        Jaka jest muzyka zawarta na TEoTtC? Genialna!

        1. SILENCED – płytę otwiera prosty, limpbizkitowy riff, który szybko
        przechodzi w ostre uderzenia gitary, basu i perkusji. Podobnie jak w przypadku
        otwierającego LD 50 - „Dig”, „Silenced” jest najprostszym i najmocniejszym
        utworem na płycie. 4/6

        2. TRAPPED IN THE WAKE OF A DREAM – jeden z najbardziej niesamowitych
        utworów jakie słyszałem w życiu. Zwrotki zagrane są w takcie 17/8, refren w
        11/8, natomiast bridge łączy jeden z drugim. Przesłuchałem ten utwór już
        kilkadziesiąt razy, lecz wciąż nie mogę złapać tego rytmu... Bardzo spokojny i
        melancholijny głos Chüda prowadzi nas w głośny, krzyczany refren. Podczas
        nagrywania tego utworu, Chüd spędził kilka godzin w pomieszczeniu do nagrywania
        wokali, próbując wymyślić sposób śpiewania, pasujący do tak zawiłego rytmicznie
        utworu. „Ten kawałek był najtrudniejszy do nagrania z całej płyty (...)
        Nienawidziłem tego utworu, ale teraz uważam że jest chyba najlepszy na płycie!”
        6/6

        3. NOT FALLING – utwór promujący płytę. Ponownie bardzo zawiłe metrum w
        zwrotce, prowadzące do równie zawiłego metrum w refrenie. Sztandarowy utwór.
        Najlepszy aby od niego zacząć poznawanie płyty! 6/6

        4. (PER)VERSION OF A TRUTH – jeden z najbardziej zawiłych aranżacyjnie
        utworów na płycie. Niezwykle rozbudowany, wspaniale śpiewany, niepostrzeżenie
        żonglujący klimatem. Najwspanialsza jest druga część utworu, gdy Chüd
        przeciągle krzyczy iż:

        „I`M NOT THE ONLY ONE, that walks between the rain, there are many...

        Fantastyczny kawałek! 5/6

        5. MERCY, SEVERITY – Kolejny świetny utwór. Spokojna zwrotka, prowadzącego
        do mocnego, krzyczanego refrenu, który stanowi o sile tego numeru. 6/6

        6. WORLD SO COLD – drugi singiel z płyty. To on wita nas gdy wchodzimy na
        oficjalną stronę zespołu. To taka Mudveynowa ballada, spokojna i wyciszona,
        tradycyjnie przechodzi w mocne granie w drugiej części. Kolejny popis wokalny
        Chüda. 4+/6

        7. THE PATIENT MENTAL – najlepszy kawałek na płycie! Philip K. Dickowy
        klimat i równie niesamowity Kafkowski tekst! 10/6

        “I have to kill the words,
        Before they form a sentence.
        A sentence that is me
        Just like clothes to carry…”

        8. SKRYING – to z kolei najsłabszy dla mnie utwór na płycie L Ciekawe są
        kobiece(?) chórki w tle, niestety skrzeczący głos Chüda w refrenie jest dla
        mnie kompletnie niestrawny... 3/6

        9. SOLVE ET COAGULA – mocny, solidny utwór Mudvayne, nie odbiegający
        poziomem od reszty płyty. Solidne 4

        10. SHADOW A MAN – kolejny niezwykle rozbudowany pod względem aranżacyjnym
        utwór. Otwiera go straszny gitarowy łamaniec. Bardzo dynamiczny, z tradycyjnie
        świetnym refrenem! 5/6

        11. THE END OF ALL THINGS TO COME – dużo miesznia na basie. Bardzo wolny i
        ciężki w środku, gwałtownie przechodzi w grane w różnej prędkości tempa. 4/6

        12. A KEY TO NOTHING – rozpoczyna go Sepulturowy (Chaos A.D.) riff,
        towarzyszący Chüdowi w zwrotce. Siłą tego utworu jest wspaniały, strasznie
        zagmatwany rytmicznie refren. R-üd ponownie wspina się na szczyty swoich
        możliwości, wypełniając tło dźwiękami swojego basu. Jeden z najlepszych
        kawałków na płycie! 6/6

        Reasumując, album ten prezentuje wszystko co najlepsze w muzyce Mudvayne, w
        naturalny sposób łącząc muzyczną agresję z fantastycznymi melodiami. Muzyka na
        TEoATtC ma swój niepowtarzalny klimat i sprawia że przez długi czas nie można
        oderwać się od tych niezwykle zakręconych dźwięków. Serpentynowe rytmy i
        skomplikowane aranżacje zadowolą każdego słuchacza, spragnionego porządnego,
        technicznego grania, znużonego powielanymi w nieskończoność, prostackimi nu-
        metalowymi riffami. Drugi album Mudvayne odwołuje się do wszystkiego co
        najlepsze w metalu, począwszy od „Master of puppets” Metallicy, poprzez „Human”
        Death, „Aenimę” Tool, a kończąc na „Follow the leader” KoRna i „Iowa”
        SlipKnota. Każdy kto pragnie zwać swoją osobę fanem metalu, po prostu musi
        usłyszeć ten album...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka