Pażdziernik 1983. Rotunda, Kraków. Jeden z większych szoków estetycznych,
jakie przeżyłem. Nie znałem wcześniej muzyki Laibacha i spodziewałem się
typowego rocka socjalistycznego, a zobaczyłem doskonałą kreację wizji i
dźwięku - po której obejrzeniu/wysłuchaniu nic nie było takie samo jak
przedtem.
Grudzień 2005, WFF, Wrocław. Przez te 22 lata mój kontakt z Laibachem nie był
zbyt częsty. Odkąd Słoweńcy "pojechali w kowery" nie miało to już dla mnie
tej specyficznej, "dziewiczej" przyjemności. Naśladowcy Laibacha od tego
czasu poszli o wiele dalej niż ich alter ego. Nie spodziewałem się wielkiej
muzyki, chociaż momentami było bardzo blisko (rewelacyjnie zabrzmiał kower
DAF i "Symapthy for the devil" Rolling Stones). Było bardzo głośno i
dobrze

. Szkoda tylko, że mieli kiepskiego gitarzystę, który miejscami
wypuszczał się w klimaty Malsteena i tym samym popadał w buractwo.
Duża sala WFF była wypełniona do połowy. Średnia wieku publiczności
zgredowska, czyli jakieś 28 lat.