Wpadły mi w ręce dwie rzeczy (w sumie trzy płyty), przy czym część le-, a
część niele-galnie.
Legalna to dwupłytowa edycja Stars Die.
Słucham prawie bez przerw od paru dni i jestem pod wrażeniem. Ponieważ kończy
się na czasach Signify, to nie słychać tego tak dobrze, ale i tak wychodzi na
to, że PT od początku jest znakomitym zespołem...
Jest to składanka "the best of" o tyle nietypowa, że na 21 (haha!!!) piosenek
(piosenek, oczywiście w "") dziesięć to wersje niepublikowane, publikowane na
singlach lub zmiksowane na potrzeby kompilacji (posłuchajcie synesthesii w
nowej wersji to Was wgniecie w ziemię

))
Dzięki płytom odkryłem na nowo On the sunday of life (którego nadal nie mogę
słuchać w całości) i parę innych płyt, które dawno nie gościły w odtwarzaczu.
Aha - w Empiku (warsiawskim) płyta ta kosztowała jedyne 100 zł (dlatego od
tygodnia odżywiam się tym, co mi dobrzy ludzie podarują), co - jak na ceny PT
w naszym pięknym kraju i tak jest gratką.
Tyle o legalnym przedsęwzięciu.
Nielegalnie natomiast ściągnąłem amerykańską edycję "In Absentia" i...
jestem pod wrażeniem.
Płyta jest bardziej zróżnicowana od Lightbulb sun pod względem klimatycznym
(i dobrze, LS bardzo lubię, ale coś w niej było nie tak...) i rozpoczyna ją
wręcz metalowy (!) w brzmieniu Blackest eyes. A dalej - po prostu, co tu dużo
mówić Steve z kolegami w najlepszej formie. Przepięknie płynące "heartattack
in a lay by" czy "sound of muzak" przypominają (ach, gdzie te czasy) klimatem
jeżeli nie the sky moves sideways to przynajmniej signify...
Nie ma tu - niestety - powtórzenia eksperymentu z LS, czyli odpowiednika
Russia on ice, ale jakoś to nie przeszkadza...
Słuchając naprzemian "Stars Die" i "In Absentia" dochodzę do wniosku, że
między PT z 1991 a PT z 2002 rokiem nie ma przepaści. Jest dialog. I muzyka,
która buduje przestrzeń dookoła.
I o to chodzi.
modrzew,
.y.
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.