vulture
24.12.02, 11:58
Ten prezent wymusiłem na Św. Mikołaju nieco wcześniej... i jak włączyłem,
to strasznie smutno mi się zrobiło z klku powodów.
Po pierwsze, ponieważ to ostatnia płyta George'a i więcej już nie nagra
(nawet tę nagrywał już w pośpiechu i zostawił wskazówki, co dalej zrobić z
nagranym materiałem).
Po drugie, bo to piękna, melancholijna, bardzo harrisonowska płyta, nagrana
bez miliarda gości (w jednym utworze gra Jools Holland, a w innym Jon Lord i
śpiewa Sam Brown), tylko z regularnym zespołem. Płyta wypełniona ślicznymi
kompozycjami, które spawiają, że człowiek się tak spokojnie wyłacza i myśli
zupełnie o czym innym...
Po trzecie, smutno mi, bo śmierć Harrisona, a także wydanie tej płyty,
zostały raczej średnio zauważone. Album sprzedał się bardzo słabo w Wielkiej
Brytanii (nie wiem, czy w ogóle wszedł do op 40) i moim zdaniem zasługuje na
nieco więcej uwagi. Oczywiście, nie są to jakieś rewolucje kompozytorskie,
ale naprawdę fantastycznie się słucha.
Co nie jest smutne, to fakt, że Jeffowi Lynne'owi, jednemu z
współproducentów (oprócz GH i jego syna) nie udało się zepsuć kompozycji i
chwała mu za to.
Generalnie polecam nie tylko lubiącym The Beatles, a wszystkim,
potrzebującym normalnej, spokojnej, dobrej muzyki do posłuchania...