No to tak:
Niemyte Jeże zagrały naprawdę niezły koncert. Na ogół nie chce mi się ruszać czterech liter zza drewnianej ławy i podskakiwać w różnych dziwnych miejscach. Można sobie przecież coś zwichnąć albo i złamać. A tu rozkręciłem się całkiem całkiem. Do sceny dojść było ciężko, tłumy małoletnich, rozgorączkowanych fanek nie reagowały bowiem na słowo "przepraszam". Nie żeby jakieś niewychowane były czy co, tyle że nagłośnienie było takie, że ledwo słyszałem własne myśli. I dobrze

)
Jeże zagrały chyba ze czterdzieści kawałków, nie pamiętam dokładnie (oni pewno też nie

) - swoje i covery. Myślę, że się specjalnie nie pomylę jeśli napiszę, że można te utwory określić jako połączenie funky i rocka. Jedne bardziej funky, inne bardziej rock, ale w tych klimatach. Acha - i bardzo, bardzo energetyzujące, że się tak energetycznie wyrażę.
Większość forumowiczów trzymała się w bezpiecznej odległości od wzmacniaczy (w trudach i znoju testowali łódzkie trunki) prócz piszącego te słowa, Piżmaka, Jaśka i Gregkora, którzy zdecydowali się przyjąć na klatę większą część decybeli. Madee cykała zdjęcia, więc w poniedziałek rano zasuwajcie po Twoje Imperium i torebkową wersję Cosmpolitana.
Jak dla mnie poważnym mankamentem koncertu była mała ilość miejsca. Przydałoby się wystawić nie tylko pierwszy stół, ale i następny, a może i kolejny. W zasadzie to dwa kolejne rzędy też można by wystawić. Następny też. No i wtedy by się działo, oj działo by się i na pewno bym tego tekstu dzisiaj nie pisał, bo bym pewnie rany leczył do czerwca 2040. Zapiecek ma dość małą tę salę na dole, ale moim zdaniem na takie koncerty to nie jest źle, klimat jest zajebisty, a myślę, że ma to akurat dość duże znaczenie.
Wracając do muzyki to tak jak to teddy napisał - widać, że chłopaki grają ze sobą od lat. Żadnych (widocznych dla takiego lamera jak ja) potknięć, z utworu na utwór coraz lepiej i coraz bardziej z jajem. Tirlu Man i Stand Up brzmiały prawie tak jak w wersjach na mp3 które można ściągnąć z netu. Najbardziej podobał mi się ten pierwszy i "Satisfaction" Stonesów, trochę żałuje jednak, że chłopaki nie zagrali czegoś takiego spokojniejszego (gracie czasem takie aric?), chętnie bym posłuchał, bo lubię zmiany tempa i ostrości, szczególnie, że koncert był długi. Końcówka koncertu - dramatyczna. Dramat rozgrywał się w dwóch aktach: pierwszy: wakacje, znów będą wakacje. Kto był to wie o co chodzi, kto nie był to i tak sobie tego za Chiny Ludowe nie będzie w stanie wyobrażić. Było ostro, na przetrwanie tego fragmentu potrzebowałem lekko licząc 0,25l browara, a vulture w jego trakcie wyraźnie pobladł. Akt drugi: "fucking shit" - heavy metalowy chorał w wykonaniu arica. Jak już pisałem wcześniej - kto nie słyszał ten niech nie mówi, że wie co to heavy metal. Nie znam bengalskiego więc trudno mi powiedzieć o czym rzeczony utwór był, ale to chyba nie miało specjalnego znaczenia. Liczył się przekaz emocjonalny, że tak powiem. Dokładnych informacji nie posiadam, ale podejrzewam, że aric na przetrwanie tego fragmentu potrzebował co najmniej 0,5litra....
Co jeszcze ... hmmm ... A! Piżmak Rulez. Dziękuję za uwagę.
Lov.
P.S reszta później