vulture
21.10.03, 23:03
Zespół Eagles, niedoceniany w Polsce, a uwielbiany w Stanach Zjednoczonych,
odbywa właśnie pożegnalną trasę koncertową (miejmy nadzieję, że skuteczną, a
nie jak Tina Turner). Eagles nie są jakimś szczytem dobrego smaku muzycznego
ani wyrafinowania kompozytorskiego, niemniej uważam, że na względy zasługuje
więcej nagrań tego super popularnego kiedyś kwintetu (obecnie kwartetu) niż
wałkowany w kółko przez radio "Hotel California".
Eagles to taka ciekawostka, bo od ponad dwudziestu lat nie wylansowali
żadnego przeboju, a ich koncerty zawsze cieszyły się powodzeniem, przy
astronomicznych cenach biletów (poprzednia trasa - 150 dolarów za bilet).
Po wydaniu płyty "The Long Run" zespół pod koniec lat siedemdziesiątych
rozpadł się, a w tzw. międzyczasie jego muzycy robili solowe kariery, co
najlepiej udało się Donowi Henleyowi i nieco mniej Glennowi Freyowi. W 1994
Eagles wrócili z płytą nagraną w cyklu "MTV Unplugged" ("Hell Freezes Over")
i czterema dość nijakimi utworami. Potem grupa znów rozwiązała się, a obecnie
ma zamiar raz na zawsze zakończyć karierę. Wydana została właśnie kolejna
składanka z wielkimi przebojami, którą pilotuje nowy utwór "Hole In The
World", sugerujący swą jakością, że rozwiązanie zespołu jest całkowicie
uzasadnione.
A na nową płytę Dona Henleya czekam z niecierpliwością. "Inside Job" jest
świetna, a facet ma klasę, no i świetny głos. Kto nie zna, polecam. Jest to
lepsze niż Eagles, moim skromnym zdaniem (i niekoniecznie należy zatrzymywać
się na znajomości "Boys Of Summer").