Dodaj do ulubionych

McLaughlin-koncert

18.11.03, 10:44
Czy ktos moze napisac jak bylo?
Obserwuj wątek
    • gregkor Re: McLaughlin-koncert 18.11.03, 10:46
      foxy21 napisała:

      > Czy ktos moze napisac jak bylo?

      No właśnie?...
      • heniek99 Re: McLaughlin-koncert 18.11.03, 23:19
        Byłem, widziałem...
        A było to tak...
        Kolejny koncert w tym roku za darmo! Mały jest nieoceniony!
        Umówiliśmy się w "Barze pod Iglicą" na błoniach PeKiNu, skąd już tylko parę
        kroków do "Romy", gdzie miał odbyć się koncert. Golonka, piwko... i czas
        przyjemnie zaczął się skracać. Pół godziny przed oznaczonym na bilecie czasem
        zjawiliśmy się w teatrze i stwierdziliśmy, że skoro tak ładnie nam idzie to
        pociągniemy jeszcze po browarku. Ceny, niestety, zaporowe (ciepłe piwo z
        puszek!!!) - 10 zeta, ale czego się nie robi dla poprawy samopoczucia przed
        koncertem.
        Koło ósmej zaczęliśmy orbitować w kierunku trybun. Coś jednak było nie tak.
        My szliśmy na salę, a ludziska z niej wychodzili... Pan na bramce powiedział,
        że koncert będzie opóźniony o 2 godziny, ponieważ jeden z muzyków miał kłopoty,
        żeby wylecieć z Zurichu (pewnie ten, który wyglądał jak bojownik Al-Quaidy). Co
        za przykrość! Cóż robić? Nie za bardzo chciało nam się stać w kolejce do szatni
        po kapoty, więc wyskoczyliśmy jeszcze na jedno piwko całkiem na lekko.
        Nie było za ciepło. Wycap w podziemiach "Centralnego" był makabryczny, barman
        ledwo stał na nogach, ale zdołał nam polać do kufelków. Wróciliśmy do teatru
        tuż przed 22gą. W samą porę. Zasiedliśmy w pierwszym rzędzie, ale trochę z
        lewa. Trudno.
        Instrumenty były już ustawione na niewielkim cokole, który robił jakby za
        wydzieloną (z dużej sceny teatru) scenę. Z lewej kilka małych bębenków (table),
        coś jakby półkocioł i jeden czynel, centralnie leżały dwie gitary -
        jedna "normalna" elektryczna, a druga trochę mniejsza (dźwięk miała jakby
        elektryczne banjo albo coś w tym stylu), no a z prawej stanowisko drugiego
        bębniarza - jeden spory tam-tam i dwa czy trzy małe jakby tamburyna, ale bez
        czynelków.
        Dionizy zapowiedział krótko i weszli. John i trzej pozostali ubrani wg kanonów
        wschodniej, hinduskiej mody - spodnie i długie do kolan koszule.
        Chwilę się postroili i zaczęła się jazda.
        Tu muszę powiedzieć, że muzykę tę słyszałem po raz pierwszy, jak również
        muzyków Shakti. Także wschodnie, hinduskie skale nie należą do moich
        ulubionych, a wręcz przeciwnie. Pomimo kilkutygodniowego pobytu w Indiach nie
        mogłem przyzwyczaić się do lokalnej muzyki, co w innych krajach przychodziło mi
        z dużą łatwością. Momentami, podczas podróży, nawet ją nienawidziłem. Puszczana
        dosyć głośno podczas nocnych przejazdów autobusami skutecznie stępiała wszelkie
        instynkty poznawcze.
        Tak więc z dosyć dużą dozą nieufności podszedłem do tego projektu J.M & Shakti.
        Gitary poruszające się w tych hinduskich skalach zupełnie mi nie leżały. Kolega
        McLaughlina przycinający na tej małej gitarce miał niezwykle sprawne i szybkie
        palce; ciekawe jak długo gra, bo z twarzy wyglądał na szesnastoletnie pacholę,
        choć mogę się nieco mylić, bo nie mam pamięci do twarzy wink
        Natomiast zupełnie zjawiskowi byli obaj perkusiści. Każdy miał swoje
        kilkunastominutowe solo. Najpierw ten z od tam-tamu i tamburyn. To co gościu
        wyprawiał z tym tamburynem to był wyczyn. Pierwszy raz widziałem (może jeszcze
        mało w życiu widziałem), żeby przy pomocy jednej uderzającej ręki wyczarować
        dźwięki niczym z dużego zestawu perkusyjnego. I to z jakim czadem! Po prostu
        ogień, a nie jakieś tam stuku-puku jak w przedszkolu.
        Na tam-tamie z kolei zagrał niewiele.
        Drugi mógł bębnić już dwoma rękami i to dało się słyszeć. Szalał na tych kilku
        bębenkach, a reszta muzyków bujała się w rytm (siedząc oczywiście), z czego
        J.M. i ten "dzieciuch" wyczyniali jakieś dziwne gesty rękami. Może zagarniali
        do siebie energię? Wszyscy czterej siedzieli "po turecku" podczas całego
        występu, co miało może sugerować jakieś ot takie koleżeńskie muzykowanie. A
        może energia jest cięższa od powietrza i ściele się bliżej ziemi i muzykom jest
        wtedy łatwiej nawiązać właściwą interakcję? Cholera wie. Ciekawe dlaczego
        większość ludzi gra jednak na stojąco (pomijając perkusistów i pianistów oraz
        całe orkiestry symfoniczne)? Coś w tym musi być. Warto byłoby się nad tym
        kiedyś poważnie zastanowić w wolnej chwili...
        Po tym drugim, długim solo perkusyjnym gitarzyści włączyli się jeszcze na
        chwilę do wspólnego muzykowania, drugi bębniarz także. Ale to był w zasadzie
        już koniec koncertu.
        Wypadło tak ze 2 godziny. Pewnie im nogi zdrętwiały. Ja nigdy nie mogłem
        usiedzieć "po turecku" dłużej niż pół godziny, więc i tak są nieźli.
        Mimo, że dostali owację na stojąco, dosyć szczerą i gorącą, to tylko
        trzykrotnie wyszli zza kulis aby się pokłonić. Do instrumentów już nie usiedli.

        Przepraszam zainteresowanych, że nie rzuciłem tytułów utworów w tekście, ale po
        prostu ich nie zapamiętałem. To tylko jedynie takie wrażenia koncertowe i
        okołokoncertowe, nie roszcące sobie prawa do nazywania się recenzją. Pisane
        zresztą z pozycji nie-fana, a raczej przypadkowego słuchacza.

        henry(k)
        ----------------------
        ... ciepło zewnętrzne łatwo można uzupełnić ciepłem wewnętrznym przy pomocy
        różnych wódek słodkich i mocnych, jak mówią w Galicji.
    • gregkor Re: McLaughlin-koncert 19.11.03, 09:52
      Niezła recenzja..smile)))
      • foxy21 Re: McLaughlin-koncert 19.11.03, 11:13
        Super, ale Ty to napewno nie jestes przypadkowym sluchaczem,
        sadzac po Twoich postach, to znasz sie na rzeczysmile
        • heniek99 Re: McLaughlin-koncert 19.11.03, 12:14
          Dzięki.
          Mało się jednak znam na muzie. Staram się słuchać i tyle.
          Ale to prawda, że McLaughlina w ogóle nie znam, jedynie z płyty z "piątkowego
          koncertu w San Francisco" i z "Bitches brew" Davisa. Faktem jest, że to nie
          moje klimaty i poszedłem tylko z ciekawości. Magia nazwiska jednak działa.

          A to raczej tylko moje pokoncertowe impresje, które ciężko nawać recenzją.
          Zmobilizowaliście mnie do spisania tych wrażeń, bo pewnie zapomniałbym o tym
          niebawem.

          heniek
          ----------------------
          ... ciepło zewnętrzne łatwo można uzupełnić ciepłem wewnętrznym przy pomocy
          różnych wódek słodkich i mocnych, jak mówią w Galicji.
          • foxy21 Re: McLaughlin-koncert 19.11.03, 12:35
            To napisz cos o swoich klimatachsmile
            • heniek99 Re: McLaughlin-koncert 19.11.03, 16:52
              Klimaty... Najbardziej lubię chyba kameralny klimat trio fortepianowego. A więc
              Jarrett i spółka. Poza tym klasyczne nazwiska. Z nowości - odkrywam Esbjorn
              Svensson Trio. Niezła rzecz. Chciałbym posłuchać jakichś małych składów z
              akordeonem, którego brzmienie szalenie mi się podoba, ale jakoś nie wiem jak
              się zabrać do tematu. Jakieś trio fortepianowe + akordeon. To byłoby to! Może
              możesz coś polecić? W telewizorze słyszałem (i widziałem) zespół Marcela
              Loefflera. Tylko jeden kawałek, więc nie wiem czy warto w to wchodzić.
              W każdym razie nie za bardzo lubię duże składy. Nie można wtedy skupić się na
              detalu. Big-bandy mi nie podchodzą.
              Poza tym trochę rocka i bluesa słucham.

              hen(ryk)
              ----------------------
              ... ciepło zewnętrzne łatwo można uzupełnić ciepłem wewnętrznym przy pomocy
              różnych wódek słodkich i mocnych, jak mówią w Galicji.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka