To był zdecydowanie najlepszy (!) koncert Made in Poland, na jakim byłam (a
byłam na czterech). Grali pewnie i widać było, że się na scenie bardzo dobrze
rozumieją. Zmiana ważna nastąpiła, zdecydowana: w zespole nie gra już Sławek
Ciesielski; zagrali Artur Hajdasz [wokalista, perkusista, gitarzysta-debiutant
(?)], Sławek "Dżabi" Leniart (gitara) i Piotr Pawłowski (bas). Nie zmieniło to
jednak brzmienia zespołu, wcale nie o dziwo, bowiem został skład...
esencjonalny

oraz dokonania współczesnej techniki. Hajdasz pomagał grą na
"żywych", pobłyskujących bębnach i śpiewał, chyba trochę zachrypnięty, ale
mantrująco-wciągający bardzo skutecznie. Raz, od bębnienia zapamiętałego [cóż,
nie każdy ma podzielną uwagę

] wszedł z wokalem za późno, ale czyż
powtarzanie [musiał] nie należy do zasady budowania transowości?

MiP zagrało
bodajże wszystkie kawałki z nowej płyty, której spodziewać się należy 13
marca; się zwie Future time. I nie na wyrost stwierdzam, że tym tytułem oddają
kierunek, który wyznacza ich muzyka. Ze starych [czy to aby dobre
określenie?

] zagrali Wiatraki na otwarcie oraz To tylko kobieta, które są
moimi transowo-rytmicznymi faworytami. Nie zawiodły.
Nie mam absolutnie pamięci do kolejności tytułów, powinnam chyba poprosić o
setlistę. Może dość powiedzieć, że ich muzyka najpierw całkiem powala [tu
następuje początek procesu amnezji dziwnej], bo uderzenie basu Pawłowskiego,
choć dyskretne, to zasadnicze i potężne jest, co zresztą słyszalnie wpływa
miejscami na Killing-Joke'owatość ich brzmienia, jeśli już o jakichkolwiek
skojarzeniach mówić [a wypada chyba] – a w późniejszej fazie porywa trochę jak
fala [poddałam się], bo nastąpiły, nie wiem czy kolejno,
gibająco-hipnotyzujące – Love and Mist, Meteor [z projektu Wyspiański
wyzwala], W moim pokoju [znane już] a także, m. in., czymś, co musi nosić
tytuł Pada śnieg. Ten jeden z ostatnich kawałków telepał się w głowie jeszcze
długo po koncercie [“pada śnieg w Palestynie” śpiewał ktoś, idąc sobie przez
rynek do domu].
Future time to bas, który brzmi świeżo, jakby bezkompromisowo, to surowość i
siła wiodącego rytmu oraz ostra, wdzierająca się niepokojąco gitara. Całość
jest napięta i "groźna" [

))].
I dopięta na ostatni guzik.
Poznań okołostarorynkowy zaśnieżony był, piękny, ciut zaspany jakby, mimo że
parę dziesiątek minut wcześniej Lech zremisował z czymśtam, o czym Hajdasz
doniósł niedługo po rozpoczęciu koncertu. Poprawił się właściwie, bowiem
najpierw Lech wygrał, stwierdził, co zakrawało na grubą ironię, za grubą jak
na przyjacielskie zagadania szacownej publiczności. Przybyła ta publiczność na
pewno niegromadnie, nie z dziećmi i kotami, ale przybyło jej dość-dość (ilość)
i różnorodna była. Zza kulis dobiegł coś jakby pomruk pozytywnego zdziwienia.
Chowałam się za pierwszym “rzędem” fotografów-amatorów a także piskliwych
(przysięgam!) fanek “gotyckich”.
Szkoda tylko, że nie zagrali kawałka Space i nie chcieli bisować drugi raz.
No, dobrze ze sceny zejść... też sztuka

))))