Bardzo długo czekałem na płytę Miki Urbaniak. Właściwie od czasu jej nagrań ze
Smolikiem. Nawet któregoś dnia kupiłem w ciemno album MIKI i dopiero w domu
odkryłem, że jest to płytka Michaela Holbrooka Pennimana, a nie naszej
rodaczki z Manhattanu

Zakupu nie żałowałem, ale jakis cichy skowyt
rozczarowania dobył się z mojej pustki...
No i nadszedł dzień, kiedy moim uszom ukazała się genetyczna mieszanka Michała
Urbaniaka i Urszuli Dudziak. No i co? I blado jakoś... Może za długo czekałem,
może spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego? Nie powiem, płyta zrealizowana
jest bardzo dobrze, słucha się jej również przyjemnie, no ale... jakoś blado.
Tak trochę na siłę trzymałem Mikę w odtwarzaczu samochodowym, sądząc, że może
się coś przetrze, że coś usłyszę więcej, że mnie olśni.... i co? Blado...
Płytę stawiam na półce i czekam na następną! (może Smolik coś wyprodukuje?)