flamengista
20.09.15, 19:30
Na naszym forum dyskutowaliśmy już wielokrotnie, co naukowcowi wolno, a czego nie. Dominował pogląd, że naukowiec ma prawo do publikacji nawet najbardziej kretyńskich poglądów.
Niemniej wraz z najnowszym artykułem J.T. Grossa - profesora z Princeton - dyskusję warto zacząć na nowo. Mnie interesują odpowiedzi na 3 pytania:
1. Czy profesor historii może - nawet w artykule publicystycznym - manipulować danymi lub wymyślać dane: CytatPolacy, słusznie dumni ze swojego antynazistowskiego ruchu oporu, w trakcie wojny zabili w gruncie rzeczy więcej Żydów niż Niemców
2. Jak w takiej sytuacji powinien i czy w ogóle ma reagować jego pracodawca?
3. Czy reakcja pracodawcy jest zależna od przedmiotu oskarżenia? Mówiąc wprost: czy taka sama reakcja spotkałaby profesora oskarżającego Polaków, czy też naukowca oskarżającego Amerykanów?
Swoją drogą, jestem po wstrząsającej lekturze książki Svena Lindqvista: „Wytępić całe to bydło” - i stwierdzam, że to zadziwiające. W świadomości w miarę dobrze wykształconego na zachodniej uczelni młodego człowieka zakorzenił się już fakt, że Polacy to antysemici odpowiedzialni za holokaust, ale nie słyszeli nic o kolonializmie brytyjskim, niemieckim czy belgijskim... Mało tego, w Kongo jeszcze stoją pomniki króla Leopolda. To trochę tak, jakby w Oświęcimiu trzymać pomnik Adolfa Hitlera.