marcik_k
03.04.07, 13:49
jesteśmy małżeństwem 3lata.Na 4 roku studiów urodziłam syna i po wspólnej
naradzie zamieszkaliśmy z moimi rodzicami żebym mogła te studia dokończyć.Moja
mama wtedy nie pracowała więc pomagała mi zajmować się dzieckiem.Gdy mały miał
około 8 miesięcy przeprowadziliśmy się do męża jakieś 2 km od mojego
rodzinnego domu gdyż taki mieliśmy plan. Mąż jest jedynakiem więc dostaliśmy
do użytku własnego dwa pomieszczenia.Wszystko na początku było ok jednak z
czasem jego rodzice zaczęli wpływać coraz bardziej na nasze życie.teściowa pod
naszą nieobecność stawiała nam różne rzeczy na półkach,prała firanki.U siebie
tego nie zrobiła bo albo jej sie nie chciało albo była "zmęczona".Mąż wiele
razy zwracał jej uwagę ale jak grochem o ściane-niedocierało.Teść natomiast
gdy tylko usłyszał że mały wstał zaraz do nas przychodził.Nie miałam się nawet
jak ubrać , coś zjeść czy posprzątać.Zaczęło mnie to krępować i
przeszkadzać.Nawet nie mieliśmy czasu sami z dzieckiem spędzić czasu.Odezwanie
się że coś mi nie pasuje kończyło się obrażaniem głównie teścia trwało to
zwykle 1 dzień bo na drugi było to samo.Po teściowej to spływało bo ona zawsze
robi to co ona uważa za słuszne i raczej nie liczy się ze zdaniem innej
osoby.Zaszłam drugi raz w ciąże te naloty tylko wzmożyły we mnie złość.A że
pod koniec ciąży miałam problemy postanowiliśmy że zamieszkamy z moimi
rodzicami i tak jest do tej pory jednak nie mogę tu zostać.Mnie jest wygodnie
czuje się tu dobrze rodziców w sumie cały dzień nie ma bo są w pracy tylko że
jest nam ciasno i żal mi męża bo jak usypiam dzieci to nie ma się gdzie
podziać.Chciałby żebyśmy się przeprowadzili ale ja się boję że będzie tak samo
.Drugim powodem dla którego nie chce się tam przeprowadzić są dzieci i
stosunek teściów do nich.Jak mąż był mały to teść był na kontrakcie za granicą
a teściowa pracowała nim "zajmowali się" dziadkowie.Mam wrażenie że teraz
chcą zobaczyć co stracili.Zdarza się że powiedzą do starszego synu.Zdarzyło
się że teściowa powiedziała do mojej mamy żeby nie trzymała dziecka na rękach
bo ono umie samo chodzić.Jak powiedziałam starszemu synowi że ma pozbierać
zabawki a on zaczął stękać że tego nie zrobi teść wyszedł obrażony że dziecko
przeze mnie płacze a do męża powiedział żeby na niego nie krzyczał i zaczął
wołać małego że on go obroni.Dzieci w sumie nie zostały same z teściami mój
mąż powiedział nawet że on by dziecka ze swoją matką nie zostawił bo jest za
bardzo roztrzepana.Ja zauważyłam że faktycznie tak jest są lekkomyślni
nieuważni i w niektórych przypadkach nieodpowiedzialni.Dlatego nie ufam im i
nie potrafie zostawić z nimi dzieci oni chyba o tym nie wiedzą.A najbardziej
zirytowało mnie to że po urodzeniu pierwszego syna teściowa potrafiła 2
miesiące nie widzieć wnuka teść był częściej.Nie wiem czy to było spowodowane
tym że uważała dziecko za niepełnosprawne chociaż jest zupełnie zdrowy tylko
na początku jeździłam z nim na rehabilitacje czy dlatego że nie trawi małych
dzieci. Jak nauczył się chodzić i mówić to już był kochanym dzieckiem żyć bez
niego nie umieli.Po urodzeniu drugiego dziecka było gorzej teściowa na
młodszego nie chciała patrzeć za to zaczęli skupiać się na starszym.Za każdym
razem co przyjeżdżała przywoziła starszemu prezent na wszystko mu pozwalali a
on się strasznie przy nich zmieniał.Mam wrażenie że traktują go jak maskotkę
jak małpkę w zoo pokaż to, zrób tamto, powiedz tak a jak nie powiesz to już
cię nie lubimy.Młodszy się wogóle nie liczy i widzę po starszym że to
wyczuł.Zdarzyła się kiedyś taka sytuacja że teść chciał dać młodszego
teściowej to powiedziała że on ago nie weźmie i już.Wtedy mąż się zdenerwował
i powiedział że jak tak podchodzi do sprawy to ani starszego ani młodszego
mieć nie będzie. Jak zwykle spłynęło to po niej.Chciałam ich jakoś przekonać
do młodszego bo zazwyczaj to przy nim jest najwięcej do roboty tamten ma ponad
2 latka to już się sam woli bawić (no chyba że jest teść w pobliżu to udaje
niezaradnego) ale młodszy jak tylko tam jedziemy zaraz płacze a oni się pytają
czemu nie ma tamtego.później docinki teściowej że młodszy jest mamin synkiem i
że tylko mame widzi a jak ma być inaczej jak cały dzień ze mną spędza a jak
już może iść do kogoś to nikt go nie chce.Po takich sytuacjach naprawdę się do
nich zraziłam. Nie ufam im.Jest mi przykro że tak jest. Mąż się denerwuje że
moi rodzice są najlepsi a jego jak zawsze najgorsi.
Przepraszam że takie długie.Nie wiem co mam zrobić chciałabym się
przeprowadzić ale się boję.Nie wiem czy przed przeprowadzką mam z nimi
porozmawiać czy wogóle nie wyjaśniać tej sprawy.A może ja to tylko tak
wyolbrzymiam.Nie daje mi to spokoju męcze się, bez przerwy o tym myślę i się
tylko denerwuje nie mówiąc już o kłótniach z mężem na ten temat.Chciałabym
żeby zrozumieli wkońcu że mamy prawo do własnego życia, że też chcemy pobyć w
czwórkę, też mamy swoje plany.że jeżeli coś do nich mówimy a dotyczy to
naszych dzieci to żeby zrozumieli i się dostosowali a nie obrażali.Żeby nie
podważali naszego autorytetu.Żeby pomyśleli zamiast coś zrobią i nie
zachowywali się gorzej od tych dzieci i traktowali je faktycznie jak dzieci a
nie jak małpki tresowane w zoo służące do chwalenia się nimi przed ludźmi.Musi
troche minąć zanim im zaufam ale chcę to widzieć że zrozumieli pewne
rzeczy.Tylko jak do tej pory np mam powiedzieć teściowi że nie chce żeby mój
syn z nim jechał sam bez rodziców bo mu nie ufam. Czy warto wogóle zaczynać
rozmowę czy przyniesie ona jakieś efekty.Jak ją zacząć czy razem mamy to
zrobić czy mąż sam ma do nich iść(zaznacze że sam rozmawiał z nimi ale to nic
nie dało.Czy da się coś tutaj zmienić czy jest na to wogóle jakaś szansa.Co
zrobić w takiej sytuacji?