Gość: Irek
IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl
13.10.04, 13:38
Na stronie "Migacz-Travel" znajdziecie same okrągłe zdanka:
Program "INTERNSHIP" skierowany jest do studentów i absolwentów, którzy
pragną poszerzyć swoje horyzonty oraz zdobyć praktyczne doświadczenie w
przyszłym zawodzie. Program "INTERNSHIP" można rozpocząć w dowolnym terminie
niezależnie od wybranej specjalizacji. Odbyta praktyka z pewnością zaowocuje
w przyszłości lepszym przygotowaniem do podjęcia pracy zawodowej oraz pozwoli
na praktyczną naukę języka angielskiego poprzez kontakt z amerykańskim
społeczeństwem. (...)
Oficjalnie uczestnikom programu Internship nie wolno zmieniać pracy i
pracodawcy w USA.
Ale w przypadku naszego wyjazdu to nie było problemem. Naszym oficjalnym
pracodawcą był Global i mógł praktycznie dowolnie zmieniać nasze miejsce
pracy i zamieszkania. Nam "udało się" to 3 razy. Na początku oczywiście nie
było o tym mowy. Mieliśmy poznawać działalność wybranego ośrodka
turystycznego i wraz z nabywaniem umiejętności dostawać coraz większy zakres
obowiązków. Czyli normalna praktyka, na koniec której otrzymuje się
odpowiednie certyfikaty oraz można pochwalić się doświadczeniem zawodowym.
Tak wyglądało to w teorii.
You've got 3 days to leave!
Na początku jest w miarę OK, pracujemy, uczymy się, nasi przełożeni
opowiadają o swoich planach w stosunku do naszej praktyki. Tymczasem pewnego
dnia przyjeżdża przedstawiciel Global Staff i informuje o wyjeździe za trzy
dni w drugi koniec USA!!! Za trzy dni!! W ten sposób cały plan praktyki
bierze w łeb. Podobnie z wypracowaną już pozycją. W nowym miejscu trzeba
będzie znów zaczynać od samego dołu. W dodatku na pozycji zupełnie
niezwiązanej z kierunkiem studiów. Bo co ma wspólnego praca pokojówki (o tym
dowiedzieliśmy się dopiero po przyjeździe na nowe miejsce) z technologią
żywności?!!
Ale co było robić? Tym bardziej, że szef Global - niejaki pan Marzano -
osobiście zapewniał nas, że wszelkie koszty związane z przeprowadzką zostaną
nam zwrócone. Dotyczyło to paliwa (mieliśmy samochód), jedzenia, noclegów, a
także opłacenia dni spędzonych w podróży tak jak dni roboczych. Były to tylko
obiecanki - z trudem udało się nam wydostać od Globala jakieś grosze, które
absolutnie nie przystawały do kosztów poniesionych podczas przenosin...
Najbardziej bolesna była utrata "bond" - kaucji za mieszkanie. Było to w
końcu ładne parę dolarów!
Przestroga na przyszłość: Wszelkie obietnice muszą znaleźć potwierdzenie na
piśmie!
Nie wierz w gorące zapewnienia ani w uściski dłoni. Jeśli nie masz tego na
papierze - jesteś przegrany/a. Szczególnie w Stanach. Jak myślisz - komu
uwierzy sąd - grupce studentów z biednego kraju, czy "poważnemu
biznesmenowi"?!
Tylko nie praca!
Almatur Szczecin (obecnie Migacz Travel) z zapałem godnym lepszej sprawy
informował jak to można podszkolić język, jakie doświadczenie zdobędziemy na
praktyce. Mieliśmy tylko (Broń Boże!) nie wymawiać słowa praca - szczególnie
na granicy amerykańskiej, bo mogą nie wpuścić do USA!
W Polsce, podczas rozmowy z pracownikami Almaturu nie potrafiono jednak podać
nam konkretów, gdy pytaliśmy o rodzaj oferowanej pracy. Usłyszeliśmy za
to: "Chyba macie tam znajomych, co? Zapytajcie się, gdzie pracują i to na
pewno będzie coś związane z kierunkiem Waszych studiów."
Żadnych konkretnych miejsc pracy, pozycji, a tylko zapewnienia o zgodności z
naszą technologią żywności (zapewnienia dotyczyły dość licznej grupy
studentów Akademii Rolniczej).
Język - wszystko zależy wyłącznie od Ciebie!
Nie jest łatwo nauczyć się angielskiego stojąc przez pół roku na zmywaku lub
sprzątając pokoje hotelowe w towarzystwie innej taniej siły roboczej (np. z
Meksyku). Ci, którzy mieli więcej szczęścia i dostają pracę kelnera,
hostessy, pracownika kasyna mają więcej okazji do nauki. W obliczu rozmowy z
Amerykaninem muszą się przełamać i po prostu rozmawiać ze wszystkimi.
Na początku nie jest to łatwe, ale potem idzie z górki. Amerykanie są (o
wiele bardziej niż Europejczycy, czy Australijczycy) otwarci na obcokrajowców
i mają bardzo pozytywne nastawienie do tych, którzy się uczą ich języka..
Na pewno wyjazd organizowany przez Global/Migacz Travel to świetna szkoła
życia.
Ba, często intership to prawdziwa szkoła przetrwania! Jadąc do USA będziesz
zdany wyłącznie na siebie. Na pozór bardzo przyjazny Global Staff zachęca do
zadawania pytań. Podaje nawet numery do biura w Nowym Jorku. Zatrudniona tam
pani Sikorski - jak się przekonaliśmy - najlepiej potrafi ła zbywać
interesantów i nabijać rachunki za telefon.
Nieodmiennie udziela informacji typu - tu jest New York, a większość waszych
dokumentów jest w Atlancie lub nie zostały przesłane z Polski. Prosi przy
tym, aby zadzwonić w następnym tygodniu, gdyż w tej chwili nie może nam
pomoc. Za tydzień rozmowa ma identyczny przebieg. I tak do znudzenia. Nawet
najtwardsi zawodnicy odpadają po 3-4 przypadkach "udzielenia pomocy"..
Prosta odpowiedź - Shut up or we'll send you back home.
Wyjazd
Dla lepszego samopoczucia będziesz pytany gdzie chciałbyś jechać -północ,
południe, wschód - zachód... Z doświadczeń naszych oraz naszych przyjaciół
wynika, że jest to pytanie retoryczne. I tak nie wiesz gdzie pojedziesz, bo
miejsce znajdzie się tam gdzie jest akurat zapotrzebowanie na pracę, a nie
tam gdzie ci się podoba.
My wybieraliśmy bliskość oceanu, a trafiliśmy na pole bawełny - Tunica,
Missisipi. Następnie zahaczyliśmy o Shreveport, Louisiana. Po kolejnej,
tradycyjnie niespodziewanej przeprowadzce miało być Wendower (Nevada), ale
było Salt Lake City (Utah). Oczywiście dowiedzieliśmy się tego dopiero po
przejechaniu kilku tysięcy kilometrów..
W rozmowie z panem Marzano uczestniczyli również studenci z Korei
Południowej. Im, mimo wciąż aktualnych umów, podziękowano i kazano wracać do
domu. Większość z nich zdecydowanie nie była na to przygotowana - wyjeżdżając
na ponad rok za granice kupuje się zazwyczaj bilet w jedna stronę (ważność
biletu wynosi do 12 miesięcy). Bądź przygotowany/a na to samo. Niespodzianki
wiszą przecież w powietrzu.
Kiedy zwróciliśmy przedstawicielowi Globala, że nasza praca nie pokrywa się z
warunkami intership - usłyszeliśmy - "jeśli się wam nie podoba - pakujcie się
i do domu". Tak jak Koreańczycy.
Od tego momentu wszystko było jasne - studenci nie są praktykantami, ale
tanią siłą roboczą przerzucaną z jednego krańca kraju na drugi. W zależności
od potrzeby. Z naszych obserwacji wynika, że Global Staff zajęty jest
właściwie tylko spełnianiem wymogów pracodawców i kasowaniem należności za
wysłanie pracowników na miejsce. Do tego zaś pobiera niemałą część zarobków
otrzymywanych przez studentów.
Walka o pracę. Modlitwa o płacę.
Global wystawia uczestnikom programu tzw. paycheck'i (czeki z zarobkami).
Najczęściej dostaje się go co dwa tygodnie. Powszechnym w USA zwyczajem są
raczej tygodniówki, ale na 2-tygodniowym czeku mniej widać, jak bardzo wasz
trud pracy jest krojony przez "troskliwego" pracodawcę.
Otrzymując zapłatę musicie się nastawić na to, że pomyłki i potrącenia
rożnego rodzaju są chlebem codziennym. Także z trudem wyproszone poprawki nie
zawsze są takie jak wynika ze stanu przepracowanych godzin. Nam nie zostało
zapłacone za kilka dni pracy, a z pieniędzmi nie wiadomo co się stało.
Wysłaliśmy dyspozycję, aby przelano je na poczet ubezpieczenia i kasa
zniknęła..
Byliśmy też świadkami sytuacji, gdy do Tunica (Missisipi) przyjechały dwie
osoby na program intership i miały zaproponowane powrót do polski lub zmiana
programu na W&T. Wszystko to działo się dlatego, że ktoś nie zauważył w
dokumentach że nie ma już wolnych miejsc pracy!!! Świetnie prawda? Nikt nie
wspomniał też o kosztach, jakie ponieśli (program intership nie należy do
tanich). A kto by w ogóle myślał o ich regulowaniu... Sytuacje takie zdarzały
się na tyle często, że pozostanie w jednym miejscu pracy od początku do