Gość: SPIT
IP: 62.244.139.*
13.01.05, 17:22
Witam,
byłem w 2004 roku na Cyprze, gdzie pracowałem w małej miejscowości o
nazwie Protaras. Zatrudniony byłem na podstawie kontraktu w firmie Yiannis
Mavroudis and Sons (Yianna Marie Hotels). Kontrakt podpisałem jeszcze w
Polsce, za pośrednictwem firmy FOSTER, co kosztowało mnie ok 500$ wraz z
biletem lotniczym w jedną stronę z przesiadką w Pradze. Kontrakt został mi
przedstawiony w języku angielskim (co zdaje się jest niezgodne z
obowiązującym prawem?) i jako taki podpisałem.
Kontrakt sygnowany był przez pana Panayiotisa Economou, który sprawował
funkcję Human Resources Managera. Warunki przedstawione w kontrakcie były na
pierwszy rzut oka niezłe, ale w ostateczności były niesprecyzowane do tego
stopnia, że po przybyciu na miejsce złapałem sie za głowę. Mam na myśli
przede wszystkim zagwarantowane w kontrakcie warunki socjalno - bytowe, ale
same warunki pracy szybko okazały sie porównywalne.
W tej firmie pracowało około 30 Polaków (średnia wieku, to ok. 23 lata, choc
zdarzali się i 30- latkowie). Pracowali oni w kilku obiektach należących do
firmy: w beach- barze (bar plażowy), w restauracji (Yianna Marie Restaurant),
w pubie (Rising Sun Pub), w sklepie i w dwóch hotelach (Golden Star i Rising
Star).
Większość mieszkała w małych norkach bez okien, które znajdowały się pod
restauracją i pubem, gdzie glosna muzyka do godziny 2.30 w nocy nie pozwalała
normalnie spać. Niejednokrotnie Ci, którzy tam spali, mieli do pracy na
godzinę 8 rano!
Na ścianach wszędzie był grzyb i to taki, że gdyby podobne rosły w naszych
lasach, stalibyśmy sie międzynarodowym potentatem w eksporcie tych darów
natury. Na szczeście większość tych "apartamentów" miała klimatyzację, a
odgrzybianie zrobiono na skutek naszych nalegań. Jadna para Polaków
pracujących ze mną nie miała klimatyzacji w "apartamencie" i grzyb strawił im
większość ubrań i walizek. Poszło to wszystko na śmietnik.
Pracowaliśmy (UWAGA) nie mniej, niż 10 godzin dziennie z przerwą w ciągu dnia
na mały odpoczynek. Długość przerwy uzależniona była od godziny rozpoczęcia
pracy i trwała od 1 godziny do 6 godzin. W kontrakcie była wprawdzie mowa o
nadgodzinach, KTÓRE SĄ MOŻLIWE, ale nie było mowy o wynagrodzeniu za nie.
Nikt nie spodzewał się tego, że nadgodziny będą płatne tak samo, jak
pozostałe godziny pracy! Co więcej, o to, czy chcesz i możesz pracować
nadgodziny danego dnia, żaden z szefów nie pytał nikogo i ustalał nadgodziny
w grafiku jak im sie podobało. Nie mieliśmy tez prawa sprzeciwu, bo
jakiekolwiek podnoszone w tych kwestiach głosy uciszano krótkim, że nie
jesteśmy tu na wakacjach, tylko w pracy.
Jedzenie było beznadziejne. Pomimo tego, że w kontrakcie zagwarantowano
dzienne wyżywienie, nie można było na początku liczyc na więcej, niż tylko
dwa posiłki, z czego pierwszy był o 12, a drugi o 18. Potem poprawiło się
tylko z tym, że dano możliwość jedzenia śniadań. Posiłki były podawane w
dwóch miejscach: w kantynie na tyłach restauracji i w jadalni dla załogi w
hotelu "Rising Star". W restauracji posiłki były przygotowywane przez
Bułgarów, którzy pracowali razem z nami. Problemem okazywała sie ich dobra
wola w przygotowywaniu jedzenia (podobno szefowie zakazali im robienia innych
posiłków, co nie do końca okazało się zgodne z prawdą), bo najczęściej nie
dodawali przypraw, a jedzenie było monotonne. Ziemniaki widzieliśmy dopiero
pod koniec sezonu, a standardem były frytki i soczewica. Nie dostawaliśmy
sałatek, a tylko stare warzywa, z których trzeba było sobie samemu zrobić
sałatkę, bo brak witamin w takim skwarze, jaki panował tam mogą doprowadzić
do różnych przykrych skutków. W każdym bądź razie, stołujący się w hotelowej
stołówce mieli dużo wiecej do wyboru, bo i spaghetti czasem było i deserki i
sałatki i nawet obfite śniadania im podawano!
Warunki pracy były różne w zależności od miejsca, w jakim przyszło pracować
ludziom. Restauracja i beach- bar były chyba najgorsze. Panował tam
największy reżim. Nie wolno było rozmawiać, ani swobodnie się zachowywać.
Restauracja miała bardzo szczególny charakter, bo zatrudnieni tam Polacy byli
traktowani, jak biali murzyni. Ograniczono tam nawet możliwośc picia napojów
chłodzących do zwykłej wody z dyspensera. Do butli wlewano najczęściej wodę z
kranu i taki eliksir kazano pić spragnionym pracownikom. Woda gazowana była
luksusem, na który w każdej chwili mógł nie pozwolić zarówno pan Panayiotis
(Panicos) Economou, jak i barman Artemis, który nazbyt często okazywał zły
humor każdego dnia i zabraniał nalewania sobie z dystrybutora tejże wody. W
sferze marzeń pozostawała cola, fanta, czy sprite, nie mówiąc już o
zwyczajnej wodzie mineralnej ze szklanych 1,5- litrowych butelek. Na
szczęście można było sobie bez ograniczeń robić kawę mrożoną z mlekiem i
cukrem, która trzymała na nogach dłuższy czas.
Rozdział funkcji wszystkich kelnerów w restauracji był następujący: dwóch
(Polak i Bułgar) zanosiło zamówienia do kuchni i nosiło zamówione dania z
kuchni do stolików, dwóch (Cypryjczyków) sadzało gości przy stolikach,
wręczali im menu, zbierało same zamówienia i dawali je tym, którzy zanosili
je do kuchni, dwoje nosiło drinki z baru do stolików i donosiło chleb na
stoły. Tych, którzy biegali do kuchnmi i z powrotem ganiano najbardziej, bo
oni zbierali też brudne naczynia ze stołów, jak nie mieli juz nic z kuchni do
zaniesienia na stoły, to serwowali drinki i donosili chleb, a także donosili
gościom rachunki za posiłki. W sumie dwóch takich biegaczy z jedzeniem
obsługiwało około 200 gości na samych tylko kolacjach w czasie około 3
godzin. Reszta miała to centralnie w nosie, bo nikt zazwyczaj im nie pomagał,
a jakiekolwiek chwilowe nawet przestoje na chwilowy odpoczynek lub żeby się
czegoś napić zaraz były tępione przez headwaitera Costasa i managera Leo.
Nasi zwierzchnicy byli ludźmi prostymi, bez wykształcenia (podobnie, jak
wiekszość populacji Cypru, który jeszcze 30 lat temu był wielką wioską i w
przeciwieństwie do Polaków, z których znakomita większość była dobrze
wykształcona lub w trakcie studiów i doskonale zaczęliśmy się szybko
orientować w tej grze, jaką prowadzili z nami Cyprioci).
Pan Panicos Economou okazał się absolutnie niezrównoważonym managerem, który
ową pozycję otrzymał wyłącznie dzięki temu, że jest mężem córki właściciela
całego resortu. Ten pan zupełnie nie ma pojęcia, jak obchodzić się z
pracownikami; normą było wtrącanie się w prywatne życie pracowników i
ustawianie im tego życia według własnych interpretacji.
Najlepsze zachował on na koniec sezonu, gdy zabronił Polakom robienia zakupów
w sklepie należącym do firmy (mieliśmy tam 10% zniżki na większość dostępnych
tam artykułów), zabronił też Polakom porozumiewania się w ojczystym języku, a
kilkoro z nich postanowił zwolnić podając za przyczynę nieudowodnione
złodziejstwo napiwków (napiwki pozostawiane przez gości restauracji, beach-
baru i pubu szły do wspólnej puszki, ale rozdzielane były wyłącznie na
cypryjskich pracowników), czy utrzymywanie niepożądanych dla firmy kontaktów
towarzyskich (Polak z Polakiem nie mógł być przyjacielem, jeśli nie pracowali
w tej samej firmie, a i to było utrudniane).
A wszystko to za wynagrodzenie stanowiące mniej, niż połowę podstawowej
pensji cypryjskiej, bo raptem za ok.: minimum 600$ (including tips - tak to
było zapisane w kontraktach i tylko tyle dostawaliśmy lub czasem niewiele
więcej).
Słyszałem, że w tym sezonie zarobki mają stanowić 400$+ napiwki, co i tak nie
da więcej, niż kwota wcześniejsza.
Napisałem to wszystko, aby ostrzec wszystkich chętnych na wyjazd na Cypr. Nie
ma tam możliwości podjęcia pracy za godziwą stawkę (a przynajmniej jest to
wielka rzadkość), co zgodnie z normami i przepisami unijnymi (a przecież oba
kraje są w tej chwili członkami tego tworu) powinno stanowić nie mniej, niż
stawka Cypryjczyka, który w