shawman
22.06.12, 14:00
Czytam recenzję "Cosmopolis" i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Czy autor tekstu widział ten sam film co ja? Czy opisuje film, z którego, podczas prapremiery, wyszła połowa sali? Sądząc po tym, iż autor wspomina o fluktuacjach japońskiego jena, a zgryzotą głównego bohatera "Cosmopolis" są wahania chińskiego yuana, pozostaje nadzieja, że jednak byliśmy na projekcjach innych dzieł sztuki filmowej.
Podczas oglądania "Cosmopolis", czułem się trochę jak bohater bajki "Nowe szaty cesarza". Długie ujęcia, dialogi-rzeki, mądre miny aktorów, od czasu do czasu bezpruderyjny seks - to wszystko sugeruje, że mamy do czynienia z ambitnym filmem. Krytykując to dzieło niewątpliwie wykażę się brakiem gustu, małomiasteczkową mentalnością i wąskimi horyzontami myślowymi. Może więc lepiej milczeć?
Ale nie - w końcu nawet w bajce w końcu odzywa się dziecko, które stwierdza, że cesarz jest nagi. A zatem: "Cosmopolis" to nieprzeciętnie słaby film, który bezczelnie pozuje na wysokiej klasy dzieło, co drażni o wiele bardziej, niż wady zwykłego filmu klasy B.
Dialogi w "Cosmopolis" nie są inteligentne - one są pseudointelektualne. Teorie "filozofki" o kapitalizmie nie są głębokie, tylko powierzchowne. Analiza sytuacji współczesnego świata nie jest przenikliwa, tylko oczywista.
"Cosmopolis" to pop-filozofia, ideologiczna papka, która ma nam pomóc poczuć się inteligentami, chociaż tak naprawdę nie zostawia w nas żadnej refleksji. Film, mający być demaskatorską wizją współczesnego świata jest esencją tegoż świata w jego najgorszym wydaniu.
Nie ma w tym filmie akcji, nie ma też nic wartościowego, co usprawiedliwiałoby jej brak. Biedni aktorzy, starają się gorąco Grać (z wielkiej litery), tak jakby każda scena miała być puszczana na wielkim ekranie tuż przed wręczeniem złotej statuetki. Rezultat przypomina trochę miny głównego bohatera podczas niesmacznej (znowu ta moja małomiasteczkowość) sceny badania prostaty.
To płytkie, marne dzieło, które nie jest warte ceny biletu.