pyzol1
07.02.05, 19:27
To bardzo wazny glos i trzeba go upowszechniac:
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050207/publicystyka/publicystyka_a_1.html
Ci, którzy martwią się krzywdą, jaką ujawnienie teczek może wyrządzić
pomówionym, zapominają, że nieujawnienie też może wiązać się z krzywdą
Wiedza o tym, jak było naprawdę
Ujawnienie teczek jest niezbędne dla prawdy historycznej, ale musi być ono
przeprowadzone równolegle z dokonaniem oceny moralnej działania
poszczególnych osób.
(c) MIROSŁAW OWCZAREK
Kiedy Bronisław Wildstein skopiował z IPN-owskiego komputera listę osób,
które były funkcjonariuszami SB, tajnymi współpracownikami, stanowiły
kontakty operacyjne bądź były tylko przedmiotem zabiegów werbunkowych MSW,
rozpętało się pandemonium. Prof. Paczkowski słusznie twierdzi, że z
biblioteki nie wynosi się książek, ale w danym przypadku argument jest
chybiony. Sam zapewne niejednokrotnie robił w bibliotece wypisy z lektur,
którymi dzielił się z kolegami i nikt nie czynił mu zarzutu z tego powodu, że
robił to długopisem, a nie gęsim piórem. Dziś w epoce informatycznej robi się
to inaczej, tylko zasada pozostała ta sama, wszystko, co nie jest tajne -
jest jawne i powinno być dostępne dla obywateli.
Mam nadzieję, że prof. Kieres nie ugnie się przed histerią zagrożonych w swej
pomnikowości elit i autoryzowana lista, opatrzona kompetentnym komentarzem,
ukaże się na stronie internetowej IPN. Byłby to dobry wstęp do stopniowego
ujawniania w przyszłości materiałów zgromadzonych w IPN.
Jeśli wyciągnięte z akt MSW informacje skonfrontujemy z innymi dokumentami i
z wyjaśnieniami żyjących jeszcze uczestników zdarzeń, to bardziej zbliżymy
się do prawdy historycznej, niż jeżeli będziemy ciągle udawali, że
infiltracja esbecka nie miała miejsca. Brak wiedzy o tym, jak było naprawdę,
rodzi w społeczeństwie błędne przekonanie, że każde działanie opozycyjne było
prowokacją, że wszystko kontrolowała SB. To łatwe usprawiedliwienie dla
bezczynności i odnowienie peerelowskiego mitu esbeckiej wszechmocy. A
przecież rzeczywistość nie była taka prosta.
Do czego służy ustawa lustracyjna
Cóż z tego, że powstanie słynnego Klubu Krzywego Koła miało esbecką genezę, a
jego spotkania były śledzone. Ta prawda, być może szokująca dla młodych
dziennikarzy i historyków, była przecież znana większości uczestników
spotkań. A jednak kontrola nad swobodną wymianą myśli okazała się na tyle
nieskuteczna, że klub trzeba było rozwiązać uciekając się do prowokacji. Może
by tak o Krzywym Kole napisać nie hagiografię, lecz prawdę? Jest ona dużo
ciekawsza.
A sprawa "Bolka"? W środowiskach Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu była
znana ze szczegółami już w latach 79 - 80 z jego bezpośrednich relacji. I
nikt z kolegów nie odmawiał mu wtedy wiarygodności, współpracy, pomocy w
warunkach represji. Była to po prostu historia człowieka, który się kiedyś
załamał, bądź też chciał być zbyt sprytny, a potem naprawił błąd. Problem
powstał dopiero wtedy, kiedy zaczęto budować mit, za którym próbowano ukryć
wszystkie świństwa PRL. A to już trudno wybaczyć.
Odrzućmy wreszcie absurdalny mit sfałszowania teczek. Jaki sens mogłoby mieć
prowadzenie archiwum, które miało służyć do infiltracji społeczeństwa, gdyby
zawierało przemieszane ze sobą informacje prawdziwe i fałszywe? Oczywiście
agentura nie była doskonała, ale jeśli ukrywała swoje niedociągnięcia
składając fałszywe raporty, to dotyczyły one rzeczy bez istotnego znaczenia.
Ot np., że obserwację zakończono o godz. 24.00, podczas gdy w rzeczywistości
agent zrobił sobie wolne już o 20.00.
Ci, którzy martwią się krzywdą, jaką ujawnienie teczek może wyrządzić
pomówionym osobom, zapominają, że nieujawnienie też może wiązać się z
krzywdą. Oto przykład. Rodzina nieżyjącej już pani nie uzyskała zgody na
wgląd do jej teczki. Pani ta nigdy nie zrobiła kariery politycznej, ale znała
ją z jej ofiarności cała opozycja. Uczestniczyła w Krzywym Kole, kolportowała
paryską "Kulturę", siedziała w więzieniu, przepisywała dla najrozmaitszych
opcji wszystkie ważniejsze dokumenty polityczne i nic nigdy "nie wpadło". Jak
stwierdził IPN, nie była ona jednak osobą poszkodowaną. Oznacza to, że
przynajmniej coś kiedyś podpisała. Kiedy to było (sądzę, że w latach 50.),
jak intensywna była to współpraca, jak szkodliwa - nie można się dowiedzieć.
Wobec osoby, której całe życie było podporządkowane walce o wolną Polskę, to
naprawdę niezasłużona krzywda.
Tak więc ujawnienie teczek jest niezbędne dla prawdy historycznej, ale musi
być ono przeprowadzone równolegle z dokonaniem oceny moralnej działania
poszczególnych osób. Zadania tego nie wypełnia na pewno tzw. ustawa
lustracyjna i może należy powiedzieć, do czego ona służy. Otóż materiały
dotyczące opozycji demokratycznej w Polsce były systematycznie przekazywane
do KGB. Należy sądzić, że w Moskwie są ciągle żywym źródłem informacji o
osobach publicznych III RP. Ustawa ta nie ocenia, czy to dobrze, czy źle, że
ktoś współpracował z SB czy WSI, przecina tylko możliwości szantażu.
Nad teczkami
Z polemik wokół materiałów MSW można sądzić, że dyskutanci wyobrażają sobie,
iż każdy miał w SB teczkę i że tę teczkę można ujawnić lub nie. Sytuacja jest
bardziej skomplikowana. Kiedy złożyłem w IPN wniosek o udostępnienie
dotyczących mnie materiałów MSW, to otrzymałem 13 tomów Sprawy Operacyjnego
Rozpoznania (SOR) "Graf" poświęconego mnie i mojej żonie, 13 - 15 teczek
SOR "Maniacy" (nie można MSW odmówić poczucia humoru) poświęconego pomocy dla
robotników Radomia w latach 1976 - 1977, 39 teczek SOR "Gracze" poświęconych
działalności KSS KOR i 4 teczki SOR "Rodzina" poświęconych sprawie Januarego
Grzędzińskiego - pisarza i piłsudczyka, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni.
Każda z teczek to 150 - 200 kart. Jak te materiały ujawnić. W tej objętości
nawet ja zdołałem się z nimi zapoznać tylko pobieżnie.
Jednakże już pobieżna lektura nasuwa kilka wniosków. Najważniejszy z nich
dotyczy SOR "Gracze" poświęconego działalności KSS KOR i dotyczy konieczności
oceny źródła. Otóż 80 proc. zawartych w "Graczach" informacji dotyczy plotek,
intryg, konfliktów i różnic poglądów wewnątrz środowiska korowskiego.
Oczywiste jest, że akta te zawierają materiały operacyjne przygotowywane pod
kątem możliwości skłócenia środowiska, prowadzenia gry operacyjnej,
pozyskiwania agentów czy wreszcie wykorzystania w akcjach dezinformacyjnych.
Przytoczone materiały są prawdziwe i większość tych informacji była mi w
swoim czasie znana. Ale na ich podstawie nie można zbudować prawdziwej i
pełnej historii KSS KOR. Niknie tam bowiem współpraca i solidarność
środowiska, która była elementem pozwalającym mu funkcjonować i której
istnienie było największa porażką operacyjną SB. KOR opisywany w SOR "Gracze"
nie miał prawa istnieć już po miesiącu. Warto by historycy i dziennikarze
badający teczki o tym pamiętali.
Najbardziej zainteresowały mnie materiały z teczek SOR "Graf". SOR "Graf"
została założona 7.03.1977 roku i przez całe lata była prowadzona przez
szeregowego inspektora Andrzeja Anklewicza (później w III RP generała,
wiceministra MSW i dowódcę Straży Granicznej) aż do czerwca 1989, gdy
zostałem senatorem. SOR "Graf" nie zawiera materiałów dotyczących naszej
działalności zagranicznej. Nie ma informacji na temat mojego wyjazdu na
spotkanie z Andriejem Sacharowem do Moskwy w 1978 roku, nie ma spotkań z
czechosłowacką Kartą '77 na granicy, nie ma również sprawy znajdującej się w
Kaliforni fundacji finansującej działalność Komisji Interwencji i
Praworządności NSZZ "Solidarność". Działalność ta była przedmiotem żywego
zainteresowania ze strony służb specjalnych. Podczas dziwnego włamania do
domu Ginetty Sagan (dyrektora Amnesty International, depozytariusza funduszu)