Dodaj do ulubionych

W obronie czesnego

31.08.05, 21:06
Na calym swiecie studia kosztuja.U nas raczej nie.Mamy juz nieomal 500
wyzszych uczelni-wiecej niz 140-milionowa Rosja.Mamy prawie dwa miliony
studentow-wiecej niz Niemcy i Francja.Najwyzej polowa z nich dostanie prace
do 2010 roku.Reszta bedzie ogladala telewizje w domciu u mamusi.I zjadala tam
darmowy talerz zupki,czekajac na odzew po wyslaniu tysiaca Cv do okolicznych
firm.Z tych prawie 500 "uczelni" moze 20 moze 30 ma jakas wartosc.Reszta to
typ dawnego studium nie majaca nic wspolnego z akademickoscia.A ich dyplom
nie nadaje sie nawet do podtarcia.Autor:absolwent Uniwersytetu
Gdanskiego.Stypendysta Fulbrighta na Harvardzie.Obecnie-praca zawodowa w
swiatowej agencji prasowej w Londynie.
Obserwuj wątek
    • timoszyk W obronie czesnego 31.08.05, 21:17
      Skad ta pewnosc, ze czesne poprawi jakosc uniwersytetow? Powolywanie sie na
      uniwersytety amerykanskie moze byc dosc zludne. Wysoki poziom badan na
      niektorcyh sposrod nich nie jest wynikiem wprowadzenia oplat za studia, ale
      bierze sie stad, ze duza jest pula pieniedzy na badania naukowe (NSF, NIH,
      NASA, rozne fundacje).
      Prywatne uczelnie maja tendencje do traktowania studentow jak dojna krowe.
      Wyciskaja z nich tyle pieniedzy ile sie da, a wyniki nauczania wcale nie
      musza byc dobre, bo przeciez kazdy uniwersytet jest sam dla siebie
      kontrolerem jakosci. Nie zapominajmy, ze obecny prezydent Bush jest
      absolwentem Yale i jakos nikt nie uwaza go za intelektualiste.
      Co by w praktyce oznaczalo w Polsce wprowadzenie czesnego na uczelniach
      publicznych? Przede wszystkim zmniejszenie dotacji na uczelnie. Jesli
      studenci placa, to uczelnie juz nie potrzebuja takich pieniedzy. Nastepnie
      uczelnie zaczelyby zabiegac roznymi sposobami o zwiekszenie swoich dochodow.
      Sposoby sa na to rozne, od promowania kierunkow tanszych kosztem drozszych,
      po zmniejszanie ilosci zajec.
      Twierdzenie, ze obecnie tylko bogatsi korzystaja z bezplatnej nauki nie
      wydaje sie byc poparte zadnymi danymi. Zreszta bogatsi placa wyzsze podatki,
      wiec cos im sie z tego powodu nalezy. System powinien wykorzystywac
      istniejaca pule talentow i nie jest wazne skad te talenty sie wywodza. W
      prowadzenie czesnego spowoduje, ze utalentowani mlodzi ludzie beda spedzali
      wiecej czasu na prace w hypermarketach, zamiast na studiowaniu. To by bylo
      marnowanie ich talentu.
      Pomimo wielkiej ilosci studentow w USA (undergradute) okolo polowy doktoratow
      z nauk scislych i technicznych przyznawana jest obcokrajowcom, ktorzy jakos
      dobrze wytrzymuja konkurencje z absolwentami amerykanskich uniwersytetow.
      Nie prowadzmy wojny ideologicznej. Dobrze przygotowany do studiow mlody
      czlowiek musi miec czas na studia. I tak zwykle zmuszony jest do dorabiania,
      by pokryc codzienne wydatki.
      Poza tym w krajach bogatych na studia dzieci oszczedza sie czasem lata cale i
      wielu ludzi ma zakumulowany kapital.
      Krotko wiec:

      1. Uniwersytety nie beda uczyc, bo niby dlaczego by mialy? Srednie szkoly
      prywatne, jak pokazala ostatnia matura, tez nie ucza lepiej.
      2. Uczelnie bedac zmuszone do pozyskiwania funduszy, czyli do przyciagania
      studentow, znajda rozne metody wyciagania od nich pieniedzy, nie zawsze
      etyczne.
      3. Studenci beda zmuszeni do dorabiania, co odbije sie na jakosci ich studiow.

      Obecny sysetem jednak tez jest wadliwy, bo dzieli studentow na nieplacacych i
      placacych, czyli tzw wieczorowych. Jest to z wielu wzgle3dow demoralizujace i
      uczelnie i studentow, bo dla tych "wieczorowych" ustala sie nieskie
      wymagania, byle placili. Wiec juz wlasciwie czesne czesciowo wprowadzono i
      widac rezultaty. A pieniadze uzyskane z czesnego i tak przez politykow beda
      zmarnowane. Na jakie cele one pojda? Jesli na stypendia, to ta zabawa nie ma
      sensu nawet z punktu widzenia fiskusa.

      Wac
      • gstefan Re: W obronie czesnego 01.09.05, 08:07
        Ja się w 100% zgadzam z autorami artykułu.
        Do timoszyka.
        Nie zauważasz jednej rzecz, tu nie chodzi o to by doić studentów, bo tu uczelnie
        już robią przez studia zaoczne i wieczorowe, ale by inaczej dzielić pieniądze.
        Zamiast dawać klice profesorskiej - decyduje kto, kogo lepiej zna, dawać te
        pieniądze bezpośrednio studentowi, niezależnie od tego jaką uczelnie wybierze. A
        wybierze (tu każdy się chyba zgodzi, że rynek jest najlepszym doradcą) najlepszą
        dla niego uczelnię i kierunek.
        Stąd ubędzie też sytuacji takich gdzie na jedno miejsce jest 30 chętnych, a na
        inne kierunki 10 miejsc na jednego chętnego - więcej chętnych to zwiększamy
        liczbę miejsce, bądź podnosimy cenę.
        DO tego autorzy pominęli jedną kwestę, uczelnie w cywilizowanych krajach
        finansowane są tylko w 30-50% z czesnego. Reszta pochodzi o prywatnych
        fundatorów i sponsorów. Firmy kupują badania, finansują zdolnych studentów itp.
        Powoduje to, że uczelni często bardziej opłaca się mieć biednego studenta, ale
        zdolnego i pracowitego, niż bogatego i lenia. Pozwala to najlepszym uczelniom
        utrzymać czesne na poziomie akceptowalnym dla większości dobrze zarabiających
        tam ludzi: 30 000 do 40 000 USD za rok (MIT).
        W Polsce z prywatnych funduszy na badania korzysta tylko kilka uczelni, głownie
        technicznych. Profesorowie są po prostu zbyt znudzeni i "zmęczeni" by wziąć się
        do roboty.
        • maruda.r Re: W obronie czesnego 01.09.05, 11:05
          gstefan napisał:

          > Ja się w 100% zgadzam z autorami artykułu.
          > Do timoszyka.
          > Nie zauważasz jednej rzecz, tu nie chodzi o to by doić studentów, bo tu uczelni
          > e
          > już robią przez studia zaoczne i wieczorowe, ale by inaczej dzielić pieniądze.
          > Zamiast dawać klice profesorskiej - decyduje kto, kogo lepiej zna, dawać te
          > pieniądze bezpośrednio studentowi, niezależnie od tego jaką uczelnie wybierze.
          > A
          > wybierze (tu każdy się chyba zgodzi, że rynek jest najlepszym doradcą) najlepsz
          > ą
          > dla niego uczelnię i kierunek.

          ***********************************

          Wcale nie ma pewności, że wybierze najlepszą. Wybierze tą, która da mu tytuł w
          miarę bezboleśnie. Bądź tą, która sie dobrze reklamuje.



          • piotr.kraczkowski Precz z demokracja - ma byc jak w USA 02.09.05, 20:51
            Autorzy artykulu:
            "Nikt nie proponuje, aby od dzisiaj płacili wszyscy; chodzi natomiast o to, aby
            płacił kto inny - nie biedniejsi, nie słabiej przygotowani przez szkołę, nie
            Polska B, ale bogatsi - ci, którzy i tak są uprzywilejowani w życiu i którzy ze
            swoich elitarnych studiów będą czerpać wymierne korzyści w przyszłości.
            Biedniejszym państwo nadal powinno finansować studia - w całości lub w części,
            proporcjonalnie do realnej sytuacji majątkowej rodziny i do wyników w nauce."

            Kwestia sprawiedliwosci finansowania studiow jest trzeciorzedna.
            Najwzniejszym jest to, ze bezplatne studia wylaniaja elity
            nalezace do wszystkich podatnikow-wyborcow, inaczej mowiac,
            nie posiadajaca wyzszego wyksztalcenia wiekszosc musi finansowac
            wylanianie elit tak samo, jak finansuje nauke, sadownictwo,
            policje, wieziennictwo, wojsko itp. "dobra publiczne".
            To sprawa byc lub nie byc demokracji.

            Do czego prowadzi czesne mozna sobie obejrzec w USA:
            Newsweek, staly komentator Fareed Zakaria:
            "The dirty secret about our scientific edge is
            that it´s largely produced by foreigners and
            immigrants. Americans dont´t do Science anymore."
            Newsweek, 29.11.04, str. 21.

            I mozna prownac z RFN, ktore dotad nie znaly czesnego,
            i wyprzedzaja USA w ilosci patentow na 1 milion
            zatrudnionych oraz exportuja najwiecej w swiecie,
            wiecej niz USA, Japonia, czy ChRL.

            Przykladem moze byc tez Finnlandia, ktora
            zasypuje studentow najrozniejsza pomoca
            i toleruje naduzycia, bo wie, ze w gospodarce
            opartej na wiedzy najwazniejszym jest, ze 75%
            kazdegfo rocznika idzie na studia.

            Kazdy student ponosi koszty alternatywne,
            bo studiujac nie zarabia. Praktycznie kazdy, kto
            ma ponadprzecietne dochody i w konsekwencji
            placi ponadprzecietne podatki, ukonczyl studia
            i swymi podatkami splaca koszty studiow
            wielokrotnie.
            Sens mialoby zatem zmniejszenie podatkow dla tych
            wyjatkow, ktore zarabiaja duzo i nie konczyly
            studiow.

            Nie pobieranie czesnego jest zatem kwiestia:
            1.
            harmonii spolecznej miedzy genetycznie inteligentniejszymi
            i genetycznie niezdolnymi do studiowania.
            2.
            wynikajacyej z pkt. 1. demokracji.
            3.
            sprawnosci technologicznej i ekonomicznej,
            czyli przechodzenia na gospodarke oparta o
            wiedze jak najmniejszymni stratami.

            Wprowadzanie w Polsce czesnego oznacza
            zastepowanie demokracji iluzja jak w USA
            oraz rezygnacja z szybkiego odrabiania
            zaleglosci cywilizacyjnach i czybkiego
            przechodzenia do spoleczenstwa opartego na
            wiedzy.

            Problem lezy zupelni gdzies indziej:
            Polska miala i ma do wyboru:
            albo awantury wojenne, zbedne wydatki na zbrojenia
            (tylko te 48 mysliwcow F16 kupione przez
            Kwasniewskiego i spolke od USA ze strachu przed
            ujwanieniem przez CIA lub Mossad teczek bylych
            karierowiczow z PZPR kosztowaly ok. 6 mrd. € - pieniadze
            przekazane przez UE dla polskich uniwersytetow, a nie
            po to, by Kwasniewski oplacal nimi milczenie USA
            o sprawkach jego i kolesiow) oraz konflikty
            z Bialorusia albo nadrabianie zacofania cywilizacyjnego.

            Na polskiej wsi oraz w rodzinach robotniczych
            znajduja sie tysiace ludzi o wybitnej inteligencji.
            Czesne spowoduje, ze te genetyczne diamenty
            nie trafia na studia. Bedzie to takze katastrofa
            dla polskiej demokracji.
    • timoszyk Re: W obronie czesnego 31.08.05, 21:26
      Wiele kierunkow utzrymywanych jest ze wzgledu na zapewnienie pracy pewnej
      ilosci "naukowcom", a nie ze wzgledu na ich pozytek dla spoleczesnstwa, czy tez
      mozliowosc otrzymania pracy po ich ukonczeniu. Nie chce nikogo obrazac, ale
      komu potrzebna jest taka ilosc absolwentow psychologii nadzianych zreszta dosc
      watpliwej jakosci teoriami? A kim jest kulturoznawca i gdzie konkretnie ma
      pracowac? Takie studia niechaj sobie rzeczywiscie ludzie finansuja z wlasnej
      kieszeni na uczelniach prywatnych.

      Wac
    • vigla Re: W obronie czesnego 31.08.05, 21:42
      No jak widac opinie radykalne ale nie bez podstaw
    • katmoso Re: W obronie czesnego 31.08.05, 23:43
      Wszystko pieknie, tylko zbyt łatwo autorzy zakładają, że uczelnie dofinansowane
      z czesnego będą te pieniądze wydawać na poprawę jakości studiów. A mogą wydać
      na większe uposażenie rektora, zatrudnienie znajomych w sekretariatach,
      catering na miernych naukowo ale prestiżowych konferencjach. A ponieważ będą to
      pieniądze ich własne - nikt nie będzie w stanie skontrolować, czy faktycznie
      koljeny budynek z pieknymi salami jest bardziej potrzebny niż laboratorium.
      Zamykane będą kierunki kosztowne na rzecz takich, na których nie ma na przykald
      zajęć praktycznych z drogimi odczynnikami, jak chemia czy biologia - pozostaną
      tylko na kilku uczelniach w kraju i dostać sie tam będzie graniczylo z cudem,
      nie mówiąc już o tym, że będą drogie. POza tym, jeszcze przez 15-20 lat nadal
      najbardziej prestiżowymi będą UW, UJ i może jeszcze ze dwa, trzy uniwersytety w
      kraju, SGH, Politechnika Warszawska, AGH czy krakowska Akademia Ekonomiczna. I
      może dwie trzy uczelnie prywatne - oczywiście z ośrodków akademickich. I one
      będą ściągać najwyższe opłaty. Studiować tam będą przede wszystkim mieszkańcy
      tych miast, bo większości będzie trudno się utrzymać poza miejscem
      zamieszkania. Sytuacja więc sie zasadniczo nie zmieni. Skoro państwo i tak ma
      poprzez system stypendialny wspomagać studentów, to niech dofinansowuje
      uczelnie państwowe, tak by nie musiały one prowadzić studiów tzw. wieczorowych,
      które na wielu wydziałach są fikcją - zajęcia są razem ze studentami dziennymi,
      tylko że zaczynaja sie od 15. Ministerstwo Edukacji jako jednostka
      redystrybuująca pieniądze do uczelni, może postawić pewne wymogi, po spełnieniu
      których uczelnia mogłaby dostać więcej pieniędzy. Politycy wolą jednak
      przerzucić ciężar dbania o edukacje na rynek. Nie możemy sobie pozwolić na
      rezygnację z udziału państwa w tej dziedzinie.
      • timoszyk Re: W obronie czesnego 01.09.05, 17:45
        Ja z kolei w prawie 100% zgadzam sie z ponizszym. Panstwo dajac pieniadze
        stawia, a przynajmniej powinno stawiac pewne wymagania odnosnie kierunkow i
        jakosci studiow. Pieniadze zarobione na czesnym wcale nie musza isc na poprawe
        studiow, a przyklad amerykanski tego wlasnie uczy. Uposazenia ludzi
        zatrudnionych w administracji sa tam niebotyczne, przynajmniej w porownaniu z
        uposazeniami ludzi uczacych i prowadzacych badania. Duzo sie wydaje na budynki,
        trawe, sport itd.
        Jednoczesnie tylko chcialbym dodac, ze wszelkie studia wieczorowe i zaoczne
        powinny byc jak najszybciej wyeliminowane. Wszyscy musza uczeszczac na te same
        zajecia, zdawac te same egzaminy i bycd pod kazdym wzgledem tak samo
        traktowani. Obecna sytuacja demoralizuje i samych studentow, bo stawia sie im
        nizsze wymagania i uczelnie, ktora w ten dosc dziwny sposob sprzedaje dyplomy.

        Wac
    • khmara NIE!!! 01.09.05, 01:11
      Postulowane przez autorów zmiany na lepsze związane z wprowadzeniem czesnego PO
      PROSTU nie są możliwe w obecnym stanie prawnym.

      1. Uczelnią w systemie anglosaskim zarządza zarząd (Board of Trustees), który
      dba o interesy uczelni, w systemie polskim uczelnią rządzą profesorowie, którzy
      dbają przede wszystkim o własny interes. Wprowadzenie czesnego jedynie pogłębi
      istniejące patologie. W praktyce będzie oznaczało uwłaszczenie profesury na
      uniwersyteckim folwarku.

      2. W USA czesne istniało zawsze, w Wielkiej Brytanii wprowadzono je do już
      dobrze funkcjonującego systemu. Wprowadzenie czesnego w niewydolnym i źle
      funkcjonującym systemie polskim przyniesie rezultaty podobne do budowy
      kapitalizmu w Rosji po upadku ZSRR.

      Żeby postulowane przez autorów zmiany stały się rzeczywistością, należałoby w
      pierwszej kolejności zmienić dopiero co przyjętą nową ustawę o szkolnictwie
      wyższym, zmienić całkowicie sposób zarządzania uczelniami, poważnie ograniczyć
      władzę rektorów i rolę senatów. Głównym źródłem inercji jest specyficznie
      polskie pojmowanie autonomii uczelni jako Utopii zarządzanej przez (zazwyczaj
      kiepskich) profesorów.

      Liczenie na to, że uczelnie zreformują się same po wprowadzeniu rynku jest
      mrzonką. Głównym celem słabej naukowo polskiej profesury jest przetrwanie do
      emerytury na uczelnianych synekurach. To środowisko od lat broni się zawzięcie
      przed jakimkolwiek szerszym otwarciem na świat, ponieważ otwarcie nauki polskiej
      na świat jest dla obecnie rządzących uczelniami bardziej realnym zagrożeniem niż
      widmo bezrobocia, spowodowanego odpływem studentów. Profesura na bezrobocie
      pójdzie w ostatniej kolejności, a w ostateczności studentów można importować
      choćby z zagranicy. Natomiast zatrudnienie naukowców o uznanym światowym dorobku
      błyskawicznie obnaży całą naukową nędzę uznanych krajowych autorytetów.

      Proste?
      • itd-gw Re: NIE!!! 01.09.05, 08:45
        Uzupelniam wypowiedz khmary wskazujac na jeszcze jedno bledne twierdzenie autorow:
        "(...)
        Nadzieją dla polskiej edukacji uniwersyteckiej jest bowiem nie reforma
        administracyjna, ale to, że w warunkach rynkowej konkurencji o zasoby finansowe
        studenta znajdą się w Polsce zespoły - w ramach uczelni publicznych i prywatnych
        (te ostatnie dysponują ogromnym atutem w postaci nieobciążenia przerostami i
        "układami") - które odważą się na wprowadzenie zmian i zaoferowanie nowej
        jakościowo oferty edukacyjnej. (...)"

        Niestety autorzy twierdzac, ze prywatne szkoly sa nieobciazone ukladami sa w
        bardzo powaznym bledzie.
        Ukladowosc polska polega na ukladach KORPORACYJNYCH w srodowisku, ktore utrwali
        na dlugie lata dopiero co wprowadzona nowa ustawa przeforsowana przez
        najbardziej zagorzalych zwolennikow starego porzadku!

        Istnieje pojecie minimum kadrowego, administracyjncyh tytulow belwederskich i
        habilitacji, minimow programowych, ktore sa nadrzedne w stosunku do jakosci
        dydaktyki, jej nowoczesnosci (takze zawartosci programow), wiedzy absololwentow
        weryfikowanej rynkowo przez mozliwosc zatrudnienia, a takze (a moze przede
        wszystkim) w stosunku do weryfikowalnosci swiatowej (cytowania, patenty,
        wdrozenia) dorobku naukowego i we wspolpracy z przemyslem.

        Wszystko sprowadza sie do DOSTANIA DO KORPORACJI, a tego bez ukladow praktycznie
        nie ma. Ten kto ma prawo do habilitacji i swoich ludzi w CK ten rzadzi polskimi
        uczelniami.
        Obecnie najbardziej uwiklane w uklady sa wlasnie uczelnie prywatne i mniejsze
        uczelnie panstwowe. Nie moga sobie pozwolic na zaden ruch reformatorski w
        stosunku do geriatryczno-towarzyskich ukladow z najwiekszych uczelni bo byloby
        to dla nich smiercia na rynku poprzez brak mozliwosci rozwoju kadry.
        Noblista i wybitny praktyk z przemyslu nie maja co szukac na polskich uczelniach
        - chyba ze jako asystenci podstarzalego profesora belwederskiego, ktory nie
        bedzie nawet w stanie zrozunmiec ich zajec, ale za to z pewnoscia skonsumuje
        niebagatelna czesc czesnego jezeli zostanie ono wprowadzone przy obecnym systemie.

        Podsumowuje:
        Najwqazniejsze w nauce polskiej jest przeciecie ukladu naczyn powiazanych w
        srodowisku i jego korporacyjnosci.
        Uzaleznienie doboru kadry na uczelniach wylacznie od weryfikowalnych swiatowo
        (nauka) i przez studentow (dydaktyka) kryteriow a nie przez POLSKA KORPORACJE
        PROFESORSKA dopiero stworzy warunki do konkurencji.

        Wprowadznie czesnego w obecnym systemie tylko umocni istniejaca koroporacje. To
        oni rozdaja przywileje i nic nie musza.
    • cynik78 HIPOKRYZJA SIERAKOWSKIEGO BIERZE SIE STAD 01.09.05, 04:41
      ze sam chodzil do renomowanego "panstwowego" liceum (XVII LO im Modrzewskiego)
      i na renomowane "panstwowe" studia (UW), korzystajac z pieniedzy ciezko
      pracujacych na niego robotnikow. Jego rodzice byli na tyle troskliwi, ze uczyli
      syna, placili za jego korepetycje oraz 50zl miesiecznej "oplaty za komitet
      rodzicielski". Niestety nie wszystkich rodzicow stac na to, nie wszyscy maja
      tez wystarczajace wyksztalcenie i checi aby pomoc swoim dzieciom. Teraz te
      dzieci, ktore wyrwaly sie przy pomocy calej rodziny ze wsi na platne studia,
      placa czesne za siebie i za Sierakowskiego, ktory ze swojego wysokiego stolka
      poucza je, ze powinny studiowac "za darmo" a on bedzie ich bronil... Ot,
      marksizm w praktyce.
      • franek31 Re: HIPOKRYZJA SIERAKOWSKIEGO BIERZE SIE STAD 01.09.05, 06:33
        I co, twierdzisz że teraz nie płaci żadnych podatków, także na edukację innych dzieci? Sądzę że się mylisz.
        Podobny zarzut można zresztą postawić Belce, Sawickiemu i innym, którzy
        sami ukończyli renomowane państwowe studia, a teraz ze swoich wysokich stołków
        pouczają, że studia powinny być płatne.
        Nie w tym tkwi sedno sprawy, ale (w uproszczeniu) w tym, że z tych podatków
        za mało przeznacza się na edukację, a za dużo marnuje.
        • krzysztof3 Re: HIPOKRYZJA SIERAKOWSKIEGO BIERZE SIE STAD 01.09.05, 12:50
          No, zdaje się, że przeznaczamy na edukację coś ok. 25% tego, co porównywalnie
          przeciętne państwo europejskie. Czyli - żenująco mało
    • evaoko Szkoły Wyższe to państwo w państwie 01.09.05, 07:34
      rządzą się swoimi prawami na koszt podatnika. Nic nie jest jawne i czytelne
      przy przyjmowaniu. Na bezpłatnym nauczaniu korzystają tylko bogaci, biedni
      studiują zaocznie i płacą dwukrotnie za naukę (podatki + opłata).
      • chilly Re: Szkoły Wyższe to państwo w państwie 01.09.05, 10:59
        Najpierw cytat: "Obecny system finansowania studiów jest moralnym skandalem.
        Według danych BŚ tylko jedna trzecia polskich studentów - często z dużych miast
        i dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich - studiuje za darmo, podczas gdy
        pozostałe dwie trzecie - przeważnie osoby z rodzin biedniejszych, pochodzące z
        małych miast lub ze wsi, pragnące być pierwszymi w rodzinie absolwentami
        wyższej uczelni - płacą za studia."
        A kto powiedział, że wszyscy, którzy chcą studiować, mają to czynić za darmo?
        Żadnego państwa na to nie stać. Co zaś do podziału na bogatych studiujących
        bezpłatnie (chyba za wyższe podatki rodziców?) i biednych płacących za studia,
        to podziały te i różnice trzeba zasypywać na poziomie przedszkola, szkoły
        podstawowej (skróconej do 5 klas), gimnazjum i liceum (na powrót wydłużonego do
        4 lat!). Dla dwudziestolatka trochę już na to za późno, podobnie jak w
        przypadku postulowanego przez autorów ogólnego rozwjania zainteresowań (?)
        przez trzy lata licencjatu, po to by potem dopiero podjąć dające w przyszłości
        atrakcyjną pracę studia medyczne czy prawnicze (kolejne 5-6 lat?).
        Co zaś do oceny sytuacji w polskich uczelniach - całkowicie zgadzam się z
        opiniami khmary, itd-gtw i wieloma innymi, prezentowanymi na forum
        www.nauka-edukacja.tubaza.pl Niestety, "przeszła" wersja prezydencko-
        profesorska Ustawy o Szkolnictwie Wyższym, co na kolejne wiele lat może
        zamrozić korzystne zmiany w polskiej nauce.




        • nordwest11 Re: Szkoły Wyższe to państwo w państwie 01.09.05, 11:59
          > Według danych BŚ tylko jedna trzecia polskich studentów - często z dużych
          > miast i dobrze sytuowanych rodzin inteligenckich - studiuje za darmo, podczas
          > gdy pozostałe dwie trzecie - przeważnie osoby z rodzin biedniejszych,
          > pochodzące z małych miast lub ze wsi, pragnące być pierwszymi w rodzinie
          > absolwentami wyższej uczelni - płacą za studia."

          Obawiam się że wszyscy popadają tu w tej dyskusji w upraszczający, czarno-biały
          schemat. Dzieli się studentów na biednych z małych miasteczek i wsi oraz na
          bogatych z dużych miast po eliternych liceach. Tak jakby nie było całego
          spektrum pośrodku. Dodatkowo nieprawdziwy jest schemat że bogaci to
          inteligencja z kapitałem kulturowym. Na jakiej podstawie można dziś twierdzić,
          że inteligencja jest dziś bogata? Czy np. nauczyciele są dziś bogaci?
          Bibliotekarze są bogaci? Przecież to zakrawa na jakieś żarty.
          Skończyłem uniwersytet państwowy kilka lat temu, a nie pochodzę z bogatej
          rodziny. Miałem tylko wsparcie w postaci rodziny z kapitałem kulturowym -
          tradycją czytania książek i prasy, oglądania ambitniejszych filmów, nawykiem
          korezystania z encyklopedii i słowników itd. Może inaczej jest na prawie czy
          medycynie, ale na kierunkach humanistycznych uniwerku czy na polibudzie
          większość studentów jakich znałem to ludzie z rodzin średnio- i małozamożnych.
          Ze wsi, z małych miasteczek, z blokowisk w dużych miastach.
          Obawiam się że projekty wprowadzenia czesnego uderzą tylko w takich -
          średniaków majątkowych, zniszczą resztki zubożałej polskiej inteligencji - tej,
          która gorzej wyszła na transformacji.

          • nieshka Re: Szkoły Wyższe to państwo w państwie 01.09.05, 16:04
            To, ze na studia nie trafiaja osoby ze wsi czy malych miejscowosci to wynik
            slabego szkolnictwa na poziomie srednim i beznadziejnego systemu
            stypendialnego. Stypendium socjalne w wysokosci 200 zloty miesiecznie to smiech
            na sali. Jesli chce sie zwiekszyc dostepnosc uczelni wyzszych dla osob spoza
            duzych osrodkow akademickich, trzeba wyrownywac poziom szkolnictwa sredniego i
            gwarantowac odpowiednie stypendia a nie bredzic o tym, ze odplatne studia sa
            panaceum.
            Wprowadzenie odplatnosci za studia nie zmieni niczego. Uczelnia panstwowa to
            taki twor, ktory istnieje nie dla studentow, ale dla kadry. Dodatkowe srodki
            nie poprawia poziomu nauki, ale poziom zycia wykladowcow.
            Lobby uczelniane dziala dokladnie tak samo jak inne: dajcie nam pieniedzy,
            wiecej pieniedzy dajcie. Przeciez nie mozemy likwidowac etatow! Przeciez nie
            mozemy zaczac oszczedzac na naszych wykladowcach!
      • vigla Re: Szkoły Wyższe to państwo w państwie 02.09.05, 14:25
        ŻELAZNE PRAWO DYSTRYBUCJI Ci którzy mają, dostają.
    • toja3003 jeżeli mam za coś płacić to chcę mieć wpływ 01.09.05, 09:05
      i to bardzo konkretny, na to kto i czego mnie uczy.

      Jest wielu „naukowców”, którzy tego nie umieją (wstyd!) i wydają granty na
      robienie tłumaczeń jakiejś darowanej podczas „visiting profesor” makulatury z
      obcego na nasze a pocztę elektroniczną wysyła panna Krysia (po maturze tylko
      ale umie) no i wszędzie tylko chodzi taka znakomitość z zaufanym tłumaczem a
      jak w sekretariacie dzwoni telefon to taki naukowiec mówi: „jak po polsku to
      jestem”.

      Takiej "nauce" już dziękujemy!
    • darek1009 Re: W obronie czesnego 01.09.05, 12:23
      Bezpłatna edukacja jest podstawą równości szans, a ta legitymizuje porządek
      demokratyczny i rynkowy. Wprowadzenie płatnych studiów uderzy w największą
      grupę Polaków,którzy zarabiają średnią krajową (2,5 tys.), co nie będzie
      uprawniało do stypendium, a jest zbyt skromne, by wystarczyło na czesne. Na
      płatne studia stać Amerykanów, którzy są zamożnym społeczeństwem - przeciętny
      Polak nie ma oszczędności, nie jeździ na wakacje i z trudem wiąże koniec z
      końcem od pierwszego do pierwszego. Pomysł kredytów na studia jest oburzający w
      sytuacji, gdy 40% młodych ludzi nie ma pracy.
      • maruda.r Re: W obronie czesnego 01.09.05, 13:22
        darek1009 napisał:

        > Bezpłatna edukacja jest podstawą równości szans, a ta legitymizuje porządek
        > demokratyczny i rynkowy. Wprowadzenie płatnych studiów uderzy w największą
        > grupę Polaków,którzy zarabiają średnią krajową (2,5 tys.), co nie będzie
        > uprawniało do stypendium, a jest zbyt skromne, by wystarczyło na czesne. Na
        > płatne studia stać Amerykanów, którzy są zamożnym społeczeństwem - przeciętny
        > Polak nie ma oszczędności, nie jeździ na wakacje i z trudem wiąże koniec z
        > końcem od pierwszego do pierwszego. Pomysł kredytów na studia jest oburzający w
        >
        > sytuacji, gdy 40% młodych ludzi nie ma pracy.

        *******************************

        Zgadzam się. Kredyty tylko pozornie wyrównują szanse. Po pierwsze trzeba je
        spłacić, a po drugie dostana się i tak zamożniejszym, którzy skorzystają z
        pomocy prawnej lub są bardziej obyci w pokonywaniu administracyjnych przeszkód.

        Podstawowym błędem w idei kredytów jest brak właściwego punktu odniesienia,
        którym powinien byc stopień osobistej zamożności studenta, a nie jego rodziców i
        krewnych. Jest dla mnie całkowita enigmą zamysł kredytowania studenta, który
        wcale studiów skończyc nie musi, bo zwyczajnie jest tępy. W takim przypadku
        pojawi sie mechanizm wożenia studentów, byle nie odstraszac następnych, byle
        dostac pieniądze i następnych kandydatów.

        Sama obsługa systemów stypendialno-kredytowych jest kosztowna, a wcale nie widac
        mechanizmu, który może wymóc na uczelniach wzrost poziomu nauczania. Mało tego,
        kompletną bzdurą jest opieranie się na mechanizmach rynkowych, gdyż te generują
        głownie tandetę sprzedawaną w hipermarketach, a w cenie produktu koszt reklamy
        bywa znacznie większy od nakładów produkcyjnych. Gdzież więc ta jakość?

        • razglaz Re: W obronie czesnego 01.09.05, 15:52
          Zgadzam się z przedmówcami, że czesne uderzy najbardziej w dzieci niezbyt
          zamożnej inteligencji. Dorzucę jeszcze kilka kamyczków:

          - Nauki podstawowe i kształcenie kadry naukowej. Czy ktoś o zdrowych zmysłach
          zechce wybrać np. matematykę teoretyczną jeżeli będzie musiał zaciągnąć kredyt i
          skończyć studia z garbem długu? Z czego go spłacać? Z pensji adiunkta? Śmiechu
          warte. Proszę tylko nie pisać, że jakaś instytucja spłaci dług jeżeli delikwent
          będzie pracował naukowo przez np. dziesięć lat, bo, mówiąc przenośnie,
          półotwarte więzienie to jednak więzienie. Proszę o tym pamiętać: uczelnie nie
          zajmują się jedynie kształceniem przyszłych biznesmenów, lekarzy czy prawników,
          ale również naukowców.
          - Jakże łatwo jest wylewać pomyje na własne podwórko. Nie ma naprawdę żadnych
          pozytywów w polskich uczelniach państwowych? Moje doświadczenia są raczej
          odwrotne niż sugeruje to większość moich przedmówców, a znam dwie polskie i
          ładnych parę zagranicznych(europejskich) i w mojej dziedzinie (matematyka) nie
          mamy się czego wstydzić. I jesteśmy doceniani. Anegdoty o profesorach nie
          umiejących się dogadać wygłaszają zdaje się sfrustrowani studenci z oblanym
          egzaminem. Osobiście znam tylko jednego takiego profesora, spoza mojej
          dziedziny, a znam kilkudziesięciu.
          - W sprawie zarządzania, przerostów administracji itp. Oczywiście jest coś na
          rzeczy. Każdemu, który miał kontakt z uczelnianą administracją nóż się otwiera w
          kieszeni. Tym niemniej nie jest to tylko polski problem. Pogadajcie sobie z
          naukowcami z tak wychwalanej Wielkiej Brytanii, pracującymi na Uniwersytetach
          Jej Królewskiej Mości, to będziecie wiedzieli o czym mówię. W każdym takim
          artykule jak ten staram się wyszukać konkretne pomysły jak to usprawnić, ale
          zazwyczaj znajduję jedynie doktrynerskie slogany o wolnym rynku. Jestem
          zwolennikiem wolnego rynku, ale chciałbym zobaczyć jakąś argumentację, z
          rozważeniem alternatywnych możliwości rozwoju sytuacji, a nie tylko machanie rękami.
          - W głosach za wprowadzeniem czesnego widzę jedynie argumentację, którą bym
          nazwał indywidualistyczną: "Pan X chce być bogaty, więc studiuje i dzięki temu
          potem dużo zarabia.", ewentualnie: "Pani Y chce się realizować w dziedzinie A i
          wybiera takie studia." Otóż według mnie wyższa edukacja ma dwie funkcje.
          Pierwsza jest taka jak wyżej, druga jest społeczna. W interesie społecznym leży
          posiadanie wysokiej klasy elity intelektualnej, również zajmującej się
          dziedzinami, które mogą wydawać się egzotyczne. Wyśmiewane powyżej
          kulturoznawstwo w wydaniu bliskowschodnim mogłoby np. znakomicie pomóc w
          podejmowaniu decyzji dotyczących Iraku, oczywiście o ile politycy byliby
          dostatecznie światli, żeby wiedzieć, że powinni się poradzić. Taka elita,
          powiedzmy sobie szczerze, poza nielicznymi wyjątkami, nie rodzi się na pniu. Do
          takiej elity wchodzi się przez pokolenia (znów z nielicznymi chwalebnymi
          wyjątkami), i oczywiście nie ma tu mowy o równych szansach. Studia dzienne na
          uczelniach państwowych, szczególnie w kraju, gdzie dawna inteligencja skończyła
          głównie w Katyniu i innych mało przyjemnych miejscach, pełnią dzisiaj funkcję
          kształcenia elity. Nie jest prawdą, że o sukcesie lub porażce decyduje status
          materialny rodziny, znacznie ważniejszy jest status kulturowy. I, ośmielę się
          twierdzić, tak jest dobrze, tak powinno być. W razie zmiany systemu trzeba
          powiedzieć, jak ten mechanizm zastąpić.

          Pozdrawiam wszystkich
          młody pracownik nauki
          • grzegorzlubomirski Ten typ myslenie nie obowiazuje 01.09.05, 17:12
            teraz amamy wojne wszystkich ze wszystkimi. Jezeli ja nie moge sie wyksztalcic
            to nie dam tez innemu bo przez to zdobedzie on lepsza pozycje na rynku, na
            ktorym przeciez ze soba konkurujemy. Wedlug myslenia wolnorynkowego jest to
            dzialanie bezsensowne. Podobne jest ze zdrowiem, dlaczego mam finansowac
            (posrednio) leczenie innych, ktorzy gdy wyzdrowieja moga mi odebrac miejsce
            pracy. Takie msylenie lezy u podloza tych projektow.

            Sadze ze w naszym spolecznstwie nie brakuje zawisci, walki, konkurencji, wrecz
            przeciwnie brakuje raczej wspolpracy i solidarnosci.

            Nikt nie widzi ze wyzszy poziom zdrowia i wyksztalcenia calego spolecznenstwa
            ma zbawienny wplyw na wiekszosc jego czlonkow
          • timoszyk Re: W obronie czesnego 01.09.05, 17:54
            Bardzo wedlug mnie madre uwagi. Calkowicie sie pod nimi podpisuje. Kazde
            spoleczesnstwo oprocz zasobow kopalnych ma jeszcze zasoby zdolnych mlodych
            ludzi. Trzeba im udostepnic studia za darmo, a nie skazywac na dorabianie w
            hypermarketach.

            Wac
            • maruda.r Reklama dźwignią nauki? 01.09.05, 19:52

              Dorzucę jeszcze słowo. Napisałem o studencie, który wcale studiów skończyć nie
              musi, 'razglaz' wspomniał o pracowniku naukowym, a jest jeszcze nauczyciel. Jak
              u licha ma spłacać kredyt ze swojej pensji? I po co, skoro właśnie nauczaniem
              dziatwy spłaca już ten dług społeczny.

              Proszę zwrócić uwagę na główny argument zwolenników czesnego - reklamowy slogan
              o zagwarantowanej świetlanej przyszłości absolwentów studiów. Każdy ma zostać
              menedżerem w wielkiej firmie albo przynajmniem wziętym analitykiem. A przecież
              dobrze wiemy, że tego typu sukces osiągnie żałosny odsetek absolwentów wyższych
              uczelni, bez względu system odpłatności.

              Autorzy artykułu próbuja robic nam wode z mózgu, potępiając mecenat państwowy,
              każą szukać źródeł finansowania studiów w mecenacie prywatnym. I któż dorwie się
              do prywatnych źródeł dofinansowania? Syn i córka prezesa, który im zafunduje studia.

    • krzysztof3 Stypendysto Full-Brighta podobnie jak Cimoszewicz* 01.09.05, 12:28
      block-buster napisał:
      > Mamy prawie dwa miliony studentow-wiecej niz Niemcy i Francja
      > Z tych prawie 500 "uczelni" moze 20 moze 30 ma jakas wartosc.Reszta to
      typ dawnego studium nie majaca nic wspolnego z akademickoscia.A ich dyplom
      nie nadaje sie nawet do podtarcia
      Dwa cytaty z pozycji bardzo uczonego młodszego kolegi p. marszałka Sejmu III RP
      (tysz sponsorowany przez koncern full-brighta)i dwie głupoty.
      Po tzw. pierwsze primo - ile procent dorosłej populacji Polaków (vis a vis
      Niemców, Francuzów, Kanadyjczyków, etc.) ma lub zdobywa wyższe wykształcenie?
      Jakże inaczej możemy pokonać zapaść cywilizacyjną odziedziczoną po miłośnikach
      Włodzimierza I. Lenina?
      Po drugie primo - przeciętny 'uniwersytet stanowy' czy inny twór w rodzaju
      Trinity University of Smth... w niczym nie jest lepszy od naszej, swojskiej
      Wyższej Szkoły Kupieckiej w Zadupiu Wielkim. Panie bufonku wykształcony i
      kształcący się w dalszym ciągu m.in. za pieniądze. Przypomina mi pan mojego
      śp.wujka - purpurata, cyt. "Komunistom nigdy nie wybaczę, że hołotę dopuścili
      do wyższego wykształcenia", chociaż sam był "cham", tj. "z chamów".
      Autor:absolwent państwowego żłobka,przedszkola,podstawówki, liceum i
      politechniki, stypendysta rządu jedynego mocarstwa światowego na wiodącym
      uniwersytecie technicznym tamże. Obecnie - płaci podatki w wysokości stypendium
      block-buster'a.
      • sendivigius Re: Stypendysto Full-Brighta podobnie jak Cimosze 01.09.05, 19:33
        Jest odpowiedz na twoje pytanie i to wcale nie jest tajne. Wskaznik
        skolaryzacji na poziomie wyzszym wynosi 42 %, czyli 42% rocznika konczy studia.

        To jest swietna recepta na katastrofe. Sa juz kasjerki hipermarketow z wyzszym
        wyksztalceniem a polscy archeolodzy obsluguja bary w Londynie. Funduje sie
        ludziom piec lat zludzen tylko po to aby nie powiekszali od razu zastepow
        bezrobotnych.
        • timoszyk Re: Stypendysto Full-Brighta podobnie jak Cimosze 01.09.05, 20:22

          Jesli tak jest, to archeologow produkuje sie za duzo, wiec liczbe studentow
          archeologii nalezy zmniejszyc. Z tego wcale nie wynika, ze studia powinny byc
          platne. Zapewne sa inne kierunki, ktore nalezy rozwinac z korzyscia dla rynku
          pracy. Bariera moze byc brak odpowiedniej bazy, czyli wykladowcow i
          laboratoriow. Wiec trzeba zatrudnic ludzi z zewnatrz. Niektore zajecia moglyby
          odbywac sie po angielsku, z pozytkiem dla ich poziomu, bo byloby latwiej
          studentom miec kontakt z aktualna literatura. Zbyt czesto teraz ilosc studentow
          danego kierunku jest uzalezniona od ilosci zatrudnionych tzw samodzielnych
          pracownikow nauki.
          Pytanie: Czy noblista, majacy ochote poprowadzic zajecia na polskiej uczelni
          bylby uznany za "samodzielnego pracownika nauki"? czy istnieje podstawa prawna,
          by uznac go za takiego, jesli nigdy w zyciu nie splamil sie habilitacja?

          Wac
          • katmoso Re: Stypendysto Full-Brighta podobnie jak Cimosze 01.09.05, 21:45
            timoszyk napisał:

            >
            > Jesli tak jest, to archeologow produkuje sie za duzo, wiec liczbe studentow
            > archeologii nalezy zmniejszyc.

            To nie jest takie proste. Ale uważam, że zwiekszanie liczby przyjętych
            studentów do jakiś horrendalnych ilości, tak ja jest na przykład na prawie albo
            na psychologii UW, jest nieporozumieniem, ponieważ z góry wiadomo,że wydziały
            nie są w stanie zapewnić tym studentom obsługi - wykładowców, sal
            dydaktycznych, woluminów w bibliotece, odpowiednio licznych grup ćwiczeniowych
            czy lektoratowych. To jest kolejne oszustwo polskiego szkolnictwa wyższego.
          • gstefan Re: Stypendysto Full-Brighta podobnie jak Cimosze 02.09.05, 08:10
            I własnie na to poradzi sobie wolny rynek. Poradzi z sytuacją, gdzie mamy 100
            studentów archeologii, a tylko 5 fizyki. A niestety archelogią, historią,
            filozofią itp. PKB się nie buduje, pomimo tego, że tacy ludzie też są potrzebni,
            ale niekoniecznie w takich ilościach. Wolny rynek, być może zmusi ludzi do
            szukania studiów, które są inwestycją w życie, a nie miło spędzonym czasem. I
            Polska potrzebuje więcej prawników, inżynierów, naukowców (ale od nauk ścisłych
            i przyrodniczych), lekarzy i pielęgniarek, pedagogów itp. Gdy młody człowiek,
            będzie wiedział comam studiować, ale potrzebuje na to kredyt, wybierze takie
            studia, które dadzą mu zatrudnienie w przyszłości i do tego z dobrą pensją.
            Przeciwnicy czesnego, zrozumcie wreszcie, że nikt nie chce zmniejszać wydatków
            na naukę. Chodzi tylko o to by je inaczej dzielić! By mniej zamożny i zdolny
            student, miał większe mozliwości wyboru: może iść do państwowej uczelni w dużym
            mieście, może studiować zaocznie i zarobić na mieszkanie, spłatę kredytów itp,
            albo iść do prywatnej uczelni w Pcimiu Dolnym bo tam mieszka i nie potrzebuje
            lepszego wykształcenia.
            Pula pieniędzy, która teraz idzie do uczelni w sposób mało przejrzysty, będzie
            szła za studentem. Do tego ten biedny student dostanie dofinansowanie akademika
            i wyżywienie na stołówce. Wystarczy że spełni jeden warunek: będzie miał dobre
            wyniki w nauce.
            Do tego dobre uczelnie nie będą finansowane tylko z czesnego (nawet nie w
            połowie), bo to nie wystarczy. Dobre uczelnie muszą korzystać z innych źródeł
            dochodów np. badań na zlecenie przemysłu itp. I robią to już, ale dotyczy to
            kilku, może kilkunastu uczelni państwowych i jednej czy dwóch prywatnych. A do
            robienia badań potrzeba dobrych studentów, a tych można przyciągnąć tylko
            wysokim poziomem i sensownym kosztami. Co ważne sami studenci będą szukać tych
            uczelni wokół których kręcą się firmy, szukające narybku - licząc na zauważenie
            i uzyskanie prywatnego stypendium i pewności zatrudnienia w przyszłości.
    • grzegorzlubomirski Rozumiem ze wysokosc czesnego za rok nie bedzie 01.09.05, 16:56
      przekraczac srednio 1/3 sredniego miesiecznego wynagrodzenia, gdyz takie
      najwyzsze czesne jest w UK na undergraduate programms - czyli gdzies 700 zl za
      rok.

      Jezeli panowie chcecie wyzszych oplat to prosze podac przykald europejskiego
      kraju gdzei taki system by obowiazywal bo mysle ze na te 700 zl rocznie w
      polaczeniu z funduszami stypendialnymi wszyscy by sie zgodzili, ale ani grosza
      wiecej.

      W Holandii, Belgii, Niemczech, Francji i innych europejskich krajach oplaty sa
      symboliczne albo stounkowo niewielkie.
      • timoszyk Re: Rozumiem ze wysokosc czesnego za rok nie bedz 01.09.05, 20:14
        Wprowadzilbym oplaty w niektorych wypadkach, gdy student koszt swoich
        niepowodzen przerzuca obecnie na podatnika, a wiec gdy powtarza kurs, czy rok,
        a nawet gdy zdaje egzaminy poprawkowe. W koncu one tez kosztuja uczelnie.

        Wac
    • edyta.nika Z innej beczki 01.09.05, 19:51
      Cieżko pisać ale to prawda,że łatwiejszy dostep do edukacji,a co za tym
      idzie,do lepszego życia ,mają dzieci wychowywane w rodzinach zamożnych,gdzie
      wykształcenie często jest wyższe.Jest to nie tylko kontynuacja
      rodzinnej"tradycji"ale także chęć sprostania wymaganiom dzisiejszego świata,a
      szczególnie rynku pracy,gdzie coraz bardziej wzrastają wymagania względem
      potencjalnych pracowników.Jeśli młoda osoba,posiadająca już wykształcenie
      średnie żyje w dostatku i posiada hojnych,opiekuńczych rodziców,którzy pragną
      jak najlepiej dla swego dziecka,to jest pewne,że ta osoba pójdzie na studia
      dzienne,na dobry,dający duże możliwości kierunek(prawo,medycyna,ekonomia),a po
      uzyskaniu tytułu magistra będzie myśleć o dalszym doskonaleniu się.Według moich
      osobistych badań i statystyk-dzieci profesorów tez są profesorami i to w bardzo
      wielu przypadkach,dzieci lekarzy-lekarzami(lub wykonują podobne
      zawody,np.farmacja,chemia-również pokrewne),dzieci prawników-prawnikami,a
      dzieci ekonomistów-ekonomistami lub urzędnikami administracyjnymi.Jest to
      zrozumiały proces chęci przekazania swym dzieciom i zaszczepienia w nich
      własnych pasji oraz mądrości.
      Ja wywodzę się z rodziny średnio zamożnej(nawet nie wiem czy mogłabym zaliczyć
      nas do klasy średniej),gdzie tylko jednej osobie udało sie ukończyć studia z
      tytułem magistra i to jeszcze dzieki ciężkiej pracy i ogromnym wyrzeczeniom,by
      móc dojechać z małej mieściny do Krakowa i mieszkać na stancji(gdyż odległość
      była spora-o żadnych akademikach nie było mowy ze względów finansowych).Ta
      jedyna osoba w mojej rodzinie zrobiła to,co zwykle robią wykształceni rodzice-
      wpoiła mi pewne wartości i ambicje.Zdałam maturę i poszłam na studia.Musiałam z
      nich jednak zrezygnować z powodu nieprzyjemnych,skomplikowanych wypadków
      życiowych.
      Musiałam podjąć pracę.Zaczynałam w barze szybkiej obsługi a potem łapałam się
      wszystkiego co tylko można było ,by móc się jakoś utrzymać(jestem osobą
      samodzielną).Tak więc były różne,mało płatne prace na umowę o dzieło bądż
      umowę -zlecenie.Pracowałam nieraz po 13godzin dziennie i z żalem wspominałam
      ten krótki okres studiów.Dałabym wiele by tam wrócić,gdyż doskonale zdaję sobie
      sprawę z tego,że tytuł magistra umożliwiłby mi znalezienie jakiegoś
      ciekawszego,przyjemniejszego i lepiej płatnego zawodu.Kiedy przeglądam
      ogłoszenia w gazetach-jest wiele rzeczy ,które mogłabym robić(staram sie
      doskonalić sama,jestem np.samoukiem kilku języków obcych)ale często brakuje mi
      do tego...wykształcenia.
      Na studia dzienne nie mogę wrócić bo nie mam nikogo kto podjąłby się opłacaniem
      moich rachunków mieszkaniowych,a studia dzienne,niestety ,nie umożliwiają pracy
      na takim etacie,by można było wyżyć.Pozostały mi więc tylko ,studia zaoczne-ale
      jak zdobyć na nie pieniądze,skoro moja pensja z ledwością wystarcza na opłaty i
      wyżywienie,a jakiekolwiek przyjemności nawet nie wchodzą tu w grę
      (kino,teatr,klub,nowe książki,wyjazdy-choćby w góry).Studia są bardzo
      drogie.Żeby odłożyć na jeden semestr musiałabym na to poświęcić cztery moje
      wypłaty.O kredycie nie ma mowy gdyż nie mam stałej pracy a tylko dorywcze
      zajęcia.
      Z ogromnym niezrozumieniem słucham osób,które idą na studia tylko dlatego,by
      otrzymać papierek albo rodzice kazali.Ja chcę studiować nie tylko po to by mieć
      tytuł magistra ale też dlatego,że ciekawi mnie wiele rzeczy i potrzebuję kogoś
      kto by mnie odpowiednio nakierował(ciężko jest być samoukiem-zwłaszcza jeśli
      chodzi o materiały "szkoleniowe"-pozostaje tylko biblioteka miejska i prasa-
      nieraz bardzo ograniczone).Pragnę doskonalić się i zdobywać rozeznanie w tym
      skomplikowanym świecie,uczyć się by wiedzieć i rozumieć więcej.
      Wciąż marzę o studiach i robię wszystko by uciułać choć trochę grosza(wynajęłam
      pokój i kilka innych sposobów).Lecz coraz bardziej tracę nadzieję,że
      kiedykolwiek uda mi się zrealizować plany.Czy to moja wina,że nie miałam nikogo
      kto mógłby mi pomóc finansowo po tej tragedii,jaka mnie spotkała?
      Jestem więc ZA ,jeśli chodzi o równe szanse w edukacji.Tak wiele młodych osób
      zrobiłoby prawie wszystko by móc się uczyć,a ogranicza ich sytuacja ekonomiczna
      domu w jakim się wychowali.
      Może tą wypowiedż przeczyta ktoś,kto ma jakąkolwiek władzę w systemie edukacji
      i pomyśli..nie o mnie(głupia,bo się wyżala przed światem)ale o tysiącach
      młodych ludzi,którzy nie mogą zrealizować swych marzeń tylko dlatego,że studia
      są drogie i przekraczają ich możliwości finansowe.Pieniądze to zaraza świata a
      nie pomoc w chwilach"nieszczęścia".
    • mo78 Re: W obronie czesnego 04.09.05, 22:55
      Samo wprowadzenie czesnego nie wymusi poprawy jakości nauczania, dostosowania
      oferty dydaktyki do potrzeb rynku i efektywności kosztowej. Diabeł tkwi w
      szczegółach, ale ogólne zasady finansowania nauki powinny wyglądać następująco:
      pula środków publicznych przeznaczanych na szkolnictwo wyższe powinna być
      dzielona na stypendia dla określonej grupy absolwentów szkół średnich, przy
      czym wysokość stypendium byłaby uzależniona od obiektywnie i precyzyjnie
      zmierzonych wyników w nauce absolwenta. Niezależna i wiarygodna instytucja,
      najlepiej powiązana z pracodawcami, powinna oceniać jakość dydaktyki uczelni,
      uwzględniając zarówno końcowy efekt (wartość absolwentów na rynku pracy), jak i
      wielokryterialną ocenę samego procesu nauczania (wymagania programowe, poziom
      kadry, kontakty międzynarodowe, liczba nauczycieli na studenta, infrastruktura,
      itd.) i upubliczniać rezultaty porównań. Uczelnie powinny mieć prawo przyjmować
      zarówno osoby finansujące czesne poprzez stypendium rządowe, jak i z dowolnych
      innych źródeł. Po spełnieniu tych warunków problemy niezadowalającej jakości i
      marnotrawstwa w szkolnictwie wyższym rozwiązałaby niewidzialna ręka rynku.
      Nie mieszałbym kwestii dostępności edukacji z problemami braku bodźców
      finansowych do poprawy jakości - te cele nie są wykluczające się.
      • khmara Re: W obronie czesnego 06.09.05, 10:46
        Pragnę zwrócić uwagę, że studia zaoczne na państwowych uczelniach są płatne i do
        najtańszych nie należą, natomiast szokującej poprawy jakości nauczania jakoś to
        nie przyniosło. Autonomiczne uczelnie są państwem w państwie i tak łatwo nie
        poddadzą się prawom rynkowym.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka