Dodaj do ulubionych

Film z literaturą rozwiedziony

04.06.07, 22:44
Filmy oparte na książkach często i tak całkowicie zmieniają treść książki
psując w ten sposób całość.
Obserwuj wątek
    • szymko123 Re: Film z literaturą rozwiedziony 06.06.07, 01:23
      Bywa też inaczej.
      Czasem nawet tak, że na podstawie dobrej literatury powstaje bardzo dobry film. :)
      • tetlian Re: Film z literaturą rozwiedziony 07.06.07, 09:54
        Oczywiście, zdarza się i tak. Tyle, że bardzo rzadko. Większość producentów
        filmowych niestety ma jakąś manię poprawiania fabuły książek według własnego
        widzimisię. I w ten sposób psują całkowicie oryginalny przekaz.
    • gwiazdeczka1990 Re: Film z literaturą rozwiedziony 07.06.07, 10:09
      Tak jak twierdził M.McLuhan uważam, że każde medium ukazuje jedną rzecz w trochę
      inny sposób i ma inne środki wyrazu, dlatego nie da się ukazać książki jak
      filmu, ekranizacja powinna się skupiać na wartościach które w utworze są
      przekazane a nie pokazania jak najwięcej treści książki... Niedawno oglądałam
      "Eragona", książka nawet strawna, a film? Szkoda mówić... A to tylko przykład...
      • tetlian Re: Film z literaturą rozwiedziony 07.06.07, 19:53
        Dokładnie. Nie rozumiem, co im odbiło żeby smoka obdarzyć piórami? Przez to
        wyglądał bardziej jak kurczak, a nie jak smok.
    • jakubowska100 Rylski i Krajewski są bardzo filmowi 07.06.07, 10:46
      więcej nie trzeba. Z tego co wiem już za obydwu zabrali się filmowcy. Nie są to
      jednak współczesne dziełka. Ale na przykład spokojnie możnaby zrobic film z
      Żulczyka i Nahacza. Po prostu autor artykułu może powinien więcej czytać, a nie
      tylko jak młode pokolenie to - Masłowska z d-py wyjęta.
    • toja3003 Jest żałosne, że nasi filmowcy czekają aż ktoś nak 07.06.07, 11:27
      Jest żałosne, że nasi filmowcy czekają aż ktoś nakręci film o Polsce. O
      Solidarności też zdaje się Niemcy coś skręcili a my co? Jest tyle tematów które
      autentycznie interesują ludzi na świecie – najlepszy dowód to te filmy o
      Powstaniu. Dlaczego my tego nie robimy? Dlaczego to nie my nakręciliśmy film o
      Enigmie tylko Anglicy? A temat 1920-go roku i Bitwy Warszawskiej – przecież to
      wymarzone wątki z malowniczymi ułanami i grozą nawały bolszewickiej na Europę.
      A tego nie można było nakręcić w PRL-u. A gdyby wrócić do tematów
      historycznych? Tylko błagam – scenariusz oprzeć nie na Sienkiewiczu ale np. na
      Parnickim. Np. „Srebrne Orły” – znakomity wątek polsko-europejsko-niemiecki.
      Skoro świat kręci Galdiatorów i Templariuszy to i my możemy. Na co idą nasze
      podatnicze podatki? Na eksperymenty z wielbłądami i przemyślenia filozofów?
      Przy całym szacunku dla naszych dawnych mistrzów – ich czas już minął.

      Mnie nie interesują teorie o funkcjach "opiekuńczo-pielęgnacyjno-
      mecenasowskich" połączonych z "wczaso-kurso-konferencjami-warsztatami" dla
      młodych, dynamicznych, dobrze zapowiadających się artystów po 60-tce bez
      sukcesów.

      Ja za moje podatnicze pieniądze chce właśnie takich sukcesów polskich
      filmów jak mają Amerykanie!
      • pimpus18 Re: Czemu nie kręcą? 07.06.07, 13:27
        Był czas, że kręcili.
        Światło było wtedy jaśniejsze, trawa bardziej zielona i smak słodszy...
        No i komedie śmieszniejsze.
        Toja3003, z ciebie to chyba młode dziewczę.
        W PRL-u nakręcono film o enigmie, i nawet serial z tego zrobiono, a było to w latach
        późnego Gierka. Był taki artysta Wionczek Roman, działał w zespole filmowym Profil.
        Bogdan Poręba(l) też tam tworzył. Znawcy kina wiedzą, że to właśnie tam kręcono
        najsłuszniejsze filmy realnego socjalizmu. Czasem się je jeszcze pokazuje – coś
        pokazywać w końcu trzeba – jednak nie na MTV & Co.

        Ja tam nie jestem wcale napalony na kolejne ekranizacje Sienkiewicza, Powstań
        i zwycięskich czy przegranych wojen.
        Przy tych masowych spektaklach całe to aktorstwo wygląda, jakby dopiero co wyszło
        z garderoby. Fraczki i mundurki wyprane, wyprasowane i starannie namierzone, grzywy
        pieczołowicie uformowane, zarost starannie dopracowany lub na długo przed King
        Camp Gilette starannie wygolony, nachalny makiaż – nie ma przy tym żadnego znaczenia,
        jak długo są już w terenie. To wszystko, i jeszcze parę innych rzeczy, do kina mnie odpycha.
        Jak pamiętam, kino obrzydził mi skutecznie Anthony Burgess (ten od „Mechanicznej Pomarańczy”,
        kilkanaście lat temu),tak że ze współczesnych twórców mam głęboki szacunek chyba tylko dla Jima Jarmbuscha.
        On potrafi robić ujmujące – i chyba tanie – filmy, choć zmuje mu to, jak Kubrickowi,
        każdorazowo kilka lat. Kobiety zdaje się za takim kinem nie przepadają, choć znam
        wyjątki.

        Współczesne kino jest głównie dla małolatów. I dobrze.
        Można tam pójść w celach towarzysko-zapoznawczych i czasami zachwycić się rzeczami,
        których się jeszcze nie widziało.
        Dla wrażliwej starszej generacji pozowtają już raczej inne media.
        • toja3003 Nie interesuje mnie co kręcono w PRL. Proponuje o 07.06.07, 15:44
          Nie interesuje mnie co kręcono w PRL. Proponuje o tym zapomnieć choćby ze
          względów technicznych, np. wczoraj był na jakimś kanaliku w naszej TV film o
          nazwie „Wilcze echo”. Owszem, nie powiem, zgrabna w zamyśle fabuła i twierdzę,
          że znakomici aktorzy (pewnie już nie żyją) ale na jakiej taśmie to-to kręcili i
          kiedy? Kolorki jakieś wyblakłe no i dość niechlujny montaż w sensie logicznym
          (typu „zabili go i uciekł” ale ja nie o tym). I powtarzam: zapomnieć o
          Sienkiewiczach czy innych romantykach, którzy narobili wiele szkód w umysłach i
          przedstawiali historię w zakłamany sposób jako zbiór czarno-białych wydarzeń
          gdzie szlachetni polscy rycerze w nieskazitelnych rękawiczkach walczyli z
          bandytami tureckimi, krzyżackimi, ukraińskimi, szwedzkimi i czym tam jeszcze.

          Odpowiedź na pytanie dlaczego w PRL polskie kino
          było ważne a teraz o wiele mniej jest
          taka sama jak na pytanie
          dlaczego ścinki gazet były w klozetach
          bardziej popularne niż normalny papier toaletowy.

          Teraz jest normalna konkurencja
          i demokracja wyboru, także w sztuce.
          I nagle okazuje się, że
          teatr telewizji nie ma milionów
          zwolenników tylko mała grupkę.

          Podobnie jest w kinie.
          Rzekome polskie superprodukcje
          to widzowie w postaci dziatwy
          szkolnej zapędzanej tam przez
          szkolne lektury.

          Jest jeszcze parę nie nakręconych rzeczy.
          Np. pamiętniki Chryzostoma Paska
          albo zapiski Galla Anomina.
          Nakręcić to, zapędzic parę milionów
          dzieciaków do kina i mowić o „sukcesie”.
          A wszystko za nasze podatnicze pieniądze.

          Każdy wytwór kultury musi być dla ludzi
          a nie dla garstki rezyserów czy
          krytyków, którzy mają specyficzne
          potrzeby. Mogą mieć, tylko proszę
          nie za moje podatnicze pieniądze.
          Póki co sam chce decydować na co je wydaje.

          Do masowej opinii publicznej można dotrzeć głównie w jeden sposób: kasowym
          filmem, który będzie pokazany o 20-tej na najpopularniejszych kanałach. To
          dlatego świat ekscytuje się np. Szkocją, bo są różni „Nieśmiertelni”
          i „Waleczne serca”, choć w gruncie rzeczy: na tych paru pagórkach kudy zamkowi
          np. w Edynburgu do Wawelu. Nie chcę obrażać Szkocji ale naprawdę nasuwa się
          pytanie dlaczego nasi filmowcy nie zrobią czegoś podobnego, bo przecież nie
          zawojujemy świata „Krzyżakami” z roku bodaj 1960. Nakręcić film o wrześniu 1939
          w Polsce i o staliniźmie ale z klasą „Szeregowca Rajana” czy „Doktora żywego”i
          wtedy świat się dowie co się działo 1-go czy 17-go IX. A tak to wszyscy tylko
          wiedzą kiedy i co zbombardowały dwa samoloty w Wietnamie, bo była cała masa
          filmów amerykańskich o tym. Filmowcy polscy do dzieła! A nie kręcić cieniaste
          lekturki dla szkół. A tak to inni kręcą filmy o „naszej” Enigmie i naszej
          Solidarności i robią sobie kasę a co my mamy z tego?
          • killer_joe Rozwód ze wszystkim niemal 07.06.07, 16:51
            Hahahahaha
            Polski film rozwiódł się z czym tylko się da - nie ma tak naprawdę zainteresowania dla żadnych gatunków filmowych nie czerpie żadnej inspiracji z filmów literatury , tylko różne wariacje na temat patologi rodziny 3 bodajże najbardziej znane i może najlepsze filmy - Pręgi, Wszyscy Jesteśmy Chrystusami i Plac Zbawiciela - są o tym jak tata leje mame babcie wnuczka synka itp. Historia?, fantastyka? Horror? Groteska? Thriller? Komedia?
            TO NIE ISTNIEJE W TYM KRAJU
            Trzeba samemu wziąśc się do kupy i coś zrobić
            rzygać się chce nsa polskie kino
            • toja3003 Twoja diagnoza jest ostra i można by 07.06.07, 17:25
              Twoja diagnoza jest ostra i można by to pewnie bardziej dyplomatycznie
              powiedzieć ale trafiasz w sedno. Pytanie zatem brzmi: dlaczego?

              Otóż twierdzę, że mamy znakomitych aktorów, dobrych scenarzystów, bardzo
              dobrych kamerzystów i montażystów, wybitnych reżyserów, wspaniałych twórców
              muzyki filmowej czy uzdolnionych scenografów. Mam też na to dowody o czym
              mówię, a są nimi sukcesy różnych naszych twórców z granicą. W tej wyliczance
              brakuje wzsakże jednego kluczowego ogniwa. Jakiego?

              Tego pogardzanego przez wyniosły świat górnolotnej sztuki: menedżerów. Otóż
              zanim aktor wyjdzie na deski sceniczne to najpierw musi znaleźć się architekt,
              inżynier, murarz, elektryk i kto tam jeszcze żeby ten teatrzyk i scenkę
              odpowiednio wyrychtować proszę artysty. A na te działania potrzeba trzech
              rzeczy: kasy, kasy i jeszcze raz kasy. Dopiero potem do tego dochodzi talent
              oklaskiwanego wykonawcy.

              Brakuje na w polskim kinie sponsoringu i organizatorów, którzy potrafiliby
              zainteresować międzynarodowy kapitał dla naszych filmowych planów. Bo polskiego
              kapitału, po dziesięcioleciach biedy i socjalizmu, to za wiele jeszcze nie
              mamy. To podobnie jak z naszymi autostradami. Gdyby nie pomoc Unii to i za 20
              lat byłoby ich niewiele, bo sami dotąd w tym zakresie też neiwiele zdziałaliżmy
              prawda?
              W Europie duże możliwości finansowe w zakresie wspierania produkcji filmowej
              mają publiczne stacje telewizyjne w bogatych krajach. Myślę tu o np. o
              angielskiej BBC. Ale to wymagałoby podjęcia rozmów przez nasze władze na
              szczeblu rządowym a póki co nie mamy praktycznie polskiej polityki zagranicznej
              więc i kino na tym traci. Były propozycje ze strony francusko-niemieckiego
              konsorcjum medialnego Arte aby Polska włączyła się do tego projektu. W końcu
              niby jesteśmy w Trójkącie Wajmarskim. Ale tylko niby właśnie. Po co mielibyśmy
              współpracować z Anglikami, Niemcami czy Francuzami? My zawsze sami. Polak
              potrafi. A efekty widać.

              Za chwilę znowu powstanie jakiś polski knot i już widzę te tłumy walące na
              ten „najlepszy film”; na pewno już nielegalne kopie krążą po internecie a
              ludzie z wypiekami na twarzach wyrywają sobie te kopie kiepskiej jakości byle
              tylko jak najszybciej obejrzeć to dzieło. Ale oczywiście frekwencję można
              zrobić. Wystarczy zrobić przymusowy spęd dziatwy szkolnej do kin w
              ramach „powtórki z lekturki” i potem się okazuje, że mamy kolejny „najlepszy
              film polski ostatnich lat”.
          • pimpus18 Re: Droga tojo3003, 07.06.07, 19:10
            widzę, że jesteś bardzo przejęta tematem.
            Nie chcę tu brać na siebie trudu objaśniania tobie PRL-u, nawet tego filmowego.
            Nie jestem tu ani obiektywny, ani kompetentny i nie mam do tego czasu jakieś
            generalnej sympatii, raczej tylko osobiste skojarzenia.

            Myślę także, że bardzo się mylisz, jeśli cię kino tamtego czasu nie interesuje.
            Przypomnij sobie ten znany wiersz Asnyka.
            Oczywiście wszechobecna propaganda tamtych czasów, ta przewodnia linia
            jest nieraz aż nadto widoczna i bardzo przeszkadza przy oglądaniu.

            Mnie pociąga klimat tamtego czasu, świata już nieistniejącego.
            Coś o tym jest w książce Jerzego Karaszkiewicza: „Pogromca łupieżu”.
            Zostały mi też bardzo w pamięci filmy, które widziałem jeszcze jako dziecko.
            „Jutro Meksyk”, „Kochajmy syrenki”. Pani Alicja Sędzińska wywarła na mnie wtedy
            nieprzemijające wrażenie. A dialogi, przynajmniej niektóre, już zawsze będą ze mną.
            Byłem dzieckiem i odkryłem wtedy właśnie świat dorosłych.
            Wyobraź sobie, że ten film „Wilcze Echa” też wtedy widziałem i zapamiętałem.
            Drugi raz widziałem go dopiero w grudniu zeszłego roku.
            Bruno O’ya z głosem Bogusza Bilewskiego został mi w pamięci.
            Oczywiście, nie ma tych facetów już wśród żywych (chyba tylko Janusz Kłosiński się
            jeszcze ostał), ale (kobieta) Irena Karel żyje i daj jej Boże długich lat życia.

            Co do kolorów, to musisz wiedzieć, wiele stacji tv specjalnie zaniża jakość obrazu emitowanych filmów i tutaj chyba też tak było.
            Po tych 40 latach wszystkie taśmy filmowe jeśli nie są restaurowane zmieniają kolory.
            Taśmy NRD-owskie ORWO, na których w PRL kręcono, były ponadto mniej stabilne
            od swoich zachodnich odpowiedników. Ale ja na ten film patrzyłem tak, jak go wtedy zapamiętałem, a kolorowego tv wtedy jeszcze w ogóle nie mieliśmy.

            Dalej jestem twojego zdania.

            Jeszcze dalaj mam trudne zadanie.
            Dlaczego kino w PRL-u było ważne? No to jest temat rzeka, chyba oboje mamy tego
            świadomość. Tutaj tylko takie krótkie spostrzeżenia.
            W ZSRR Stalin bardzo interesował się kinem i zdaje się wszystko (sic!) tam przechodziło przez niego
            Czy USA byłyby tym, czym są bez kina?
            Wtedy rozrywek było mniej. Dwa kanały tv, a na dobrą sprawę jeden, telewizja to jednak
            jedno z głównych zajęć ludności (dzisiaj też). Była też wtedy systemowa ciągota do
            kształtowania świadomości szerokich kręgów ludności: różne technika rolnicze (w tv!),
            jakieś szkoły średnie, wcześniej chyba nawet szkoły wyższe, NURT, programy dla podstawówek – i to wszystko na tym jednym kanale!
            A jak film, to oczywiście musiał być wartościowy (polski lub zagraniczny) lub ciekawy (amerykański).
            Nieodżałowany Zygmunt Kałużyński wspominał coś kiedyś o jakieś radzie programowej,
            która tym wszystkim kierowała.
            Była Filmoteka Arcydzieł Jacka Fuksiewicza, Kino Interesujących Filmów, W starym kinie
            Stanisława Janickiego. Audycje te szły w przystępnych dla ludzi porach, te późniejsze zwykle
            po dzienniku tv. Jako dziecko mogłem je spokojnie oglądać, za co jestem rodzicom do
            dzisiaj wdzięczny.

            Była taka ideologia. Pieniądz nie miał w socjaliźmie żadnego znaczenia.
            I kręcono propagandowe gnioty bez żadnego umiaru.
            Dzisiaj jest to nie do pomyślenia.
            Drugą stroną tego problemu jest komercja. I to dzisiaj razi. Powtarza się więc zgrane
            kompletnie ale kasowe chwyty. Nie wiem czy widziałaś ten skecz Monty Pytona, gdzie
            oni to już wyśmiewali 35 lat temu!
            Tak więc w filmie musi być akcja, także szczypta humoru, romantyzmu, w amerykańskich
            filmach obowiązkowo jakiś Murzyn do towarzystwa – jak z partnerką to też czarną
            (dzisiaj zdaje się już niekoniecznie). Główny bohater nie może popełnić cieżkiego przestępstwa.
            Rambo w pierwszym filmie: ile się nie nastrzelał, a mimo to nikogo nie zabił – no jednego
            tylko rzucając kamieniem, ale był z niego prawdziwy łobuz i bardzo się o to prosił.

            W następnych filmach mając za przeciwników Ruskich, już mógł zabijać.
            Wojował wtedy też po słusznej stronie w Afganistanie po stronie Talibów – zwanych
            wtedy sympatyczniej mudżachedinami.

            Wiesz, jak się widzi ciągle te znajome chwyty, to czy można się tym fascynować.
            Raz muszę się pochwalić, byłem zmuszony ze znajomą obejżeć jeden współczesny
            film. Mogłem jej obowiedzieć dalszy ciąg akcji, a ona nie mogła uwierzyć, że tego filmu
            już wcześniej nie widziałem. Do tego to prowadzi!

            Co do papieru toaletowego, no cóż, PRL przez cały okres swej historii nie mógł sobie
            z produkcją papieru toaletowego poradzić. Moje przypuszczenie jest takie:
            Był to artykuł dla ludności, równiejszych ten problem nie dotykał, gazetą też można –
            i coś z nią w końcu trzeba zrobić, były ponadto cały czas inne ważniejsze priorytety.
            Słowem, przekładano rozwiązanie problemu na jeszcze lepsze czasy (ad infinitum).

            Taka anegdotka z okresu służby wojskowej.
            Nasz porucznik (polityczny) poruszał na zebraniach wychowawczych problem cięcia gazet.
            Dyżurny powinien ciąć gazety dopiero po ich przeczytaniu (a dyżurny widocznie chciał
            mieć to jak najszybciej za sobą). Żołnierze mają bowiem z tych kawałków tylko szczątkową i dalece niepełną wiedzę

            Mógłbym tu jeszcze zrzędzić dalej, ale to może przy następnej okazji.
            Nad kinem współczesnym nie boleję. Mnie to już tylko śmieszy. Czego i tobie życzę.

            A propos twoich podatków.
            Juź w PRL-u nad marnowaniem pieniędzy na filmy ludzie boleli.
            Pamiętasz tą nieśmiertelną scene na ławce z „Rejsu” ze Zdzisławem Maklakiewiczem.
            Jeśli tego nie widziałaś, to obejżyj ten (pocięty) film. To trzeba zobaczyć!
            ---
            • toja3003 Drogi pimpus18, Witam, po uważnym przeczytaniu Two 08.06.07, 08:56
              Witam, po uważnym przeczytaniu Twoich refleksji a sądzę, że jest w nich szereg
              interesujących szczegółów dotyczących minionej Polski – przykład z tym
              porucznikiem jakże plastyczny i przezabawny! Ja czerpię wiedzę o tamtych
              czasach także z... dowcipów. Np. „socjalizm jest jak papier toaletowy – ciągle
              się rozwija a zawsze do d...”. To do mnie bardziej przemawia niż jakieś analizy
              naukowe. Natomiast zgadzam się, że kino PRL ma niepowtarzalne klimaty. W Nowym
              Jorku jest kino (aktualnie) gdzie „na okrągło” leci np. „Pamiętnik znaleziony w
              Saragossie” na zasadzie „tak głupie, że aż śmieszne i w sam raz dla ćpunów”.
              Jest np. taki film (dla dzieci?) jak „Przygody Marka Piegusa” i robi bardzo
              autentyczne, żywe wrażenie a znowu parę dni temu gdzieś leciał „Sposób na
              Alcybiadesa” a to też na podstawie starej książki ale nakręcony niedawno –
              lista aktorów imponująca ale wszystko jakieś sztuczne. Trochę jak w filmie
              Polańskiego „Pianista”. Chciał pokazać piekło na ziemi a w tym piekle „fraczki
              i mundurki wyprane, wyprasowane i starannie namierzone, grzywy pieczołowicie
              uformowane, zarost starannie dopracowany lub na długo przed King
              Camp Gilette starannie wygolony, nachalny makijaż” (to oczywiście cytat z
              Ciebie – jakże trafny!). Owszem, kiedy trafiam na film typu „Zakazane
              piosenki”, kręcony w 1945 roku to wiem, że tam bez scenografii te zniszczone
              ulice tak wyglądają jak w czasie wojny, że każdy grat w mieszkaniu tak wygląda
              jak w czasie wojny i każdy zabiedzony aktorzyna z trzeciego planu tak wygląda
              jak chwilę wcześniej a więc też gra siebie niejako w filmie dokumentalnym.
              Dlatego kiedy parę dni temu były te „Wilcze echa” to interesowały mnie m.in. te
              bieliźniane toporniaste podkoszulki na gołe ciało w jakich paradowali bodaj
              jacyś milicjanci ale pewnie tak się wtedy chodziło, podobno jakieś siatkowane
              też się wtedy nosiło, jakby dziś taką flakowatą szmatę gdzieś znaleźć to pewnie
              możnaby zadać szyku w Saint Tropez. A Rambo faktycznie – w pierwszej części
              miało to ręce i nogi a potem to już były knoty, gdzie gość strzela z łuku
              rakietami (dosłownie). Co do „Rejsu” to rzeczywiście – niezłe filmy kręciła
              wtedy bezpieka czy jej współpracownicy ale dodam od razu, że mi to wisi, lata i
              powiewa kto z kim współpracował, bo takie były czasy i nie mam zamiaru nikogo
              ani osądzać ani usprawiedliwiać – niech każdy się sam z sobą rozlicza. Tylko
              kina szkoda.
              • wera7 Re: Drogi Toju 08.06.07, 12:20
                Muszę stanąć w obronie "Pianisty" Polańskiego. W bardzo bliskim sobie czasie
                czytałam książkę i obejrzałam film. Znalazłam tylko jedną niezgodność - Aleję
                Niepodległości, przez którą Szpilman przeczołgiwał się po wybuchu powstania
                warszawskiego do szpitala naprzeciwko. W filmie sprawia wrażenie wąskiej
                uliczki,podczas gdy była w tamtym okresie równie szeroka jak dzisiaj. Szpilman
                opisał, że to czołganie trwało jak wieczność. Nie wiem czemu tak to zrobił
                Polański, ale co do pozostałych rzeczy jest perfekcjonistą w każdym calu. Roman
                P. to detalista, więc wybacz, ale starannie wyprasowane fraczki i pieczołowicie
                uformowane grzywy to nie ten adres.
                Mogę dać jeden niepodważalny według mnie przykład lepszego filmu od oryginału
                na papierze. "Świat według Garpa" - to cegła, w którą Irving wepchnął masę
                zupełnie niepotrzebnych wątków. W filmie pokazano tylko te najważniejsze, no i
                od razu fabuła nabrała rumieńców.
                • toja3003 wiem, że Polański to profesjonalista ale 08.06.07, 12:41
                  twierdzę, że jest rzeczą niesamowicie trudną (wręcz niemożliwą) zrobienie filmu
                  wojenno-obozowego, o czasach z pierwszej połowy XX wieku, w XXI wieku, z
                  aktorkami i aktorami, którzy prosto po sutym obiadku w 5-gwiazdkowej
                  restauracji wchodzą na plan żeby zagrać ludzi na skraju śmierci głodowej.

                  Spróbuj zmusić kasowego aktora żeby dla takiego filmu zrobił z siebie „ludzki
                  łachman”. On (czy ona) ci nawet nie da ruszyć jego wypieszczonej fryzurki, bo
                  jakby to potem wyglądało na okładce kolorowego czasopisma? Mam „Pianistę” na
                  DVD w domu, wiem o czym mówię a filmy Polańskiego znam na wylot i wielokrotnie
                  oglądane z koncentracją na szczególe właśnie.

                  Owszem „Nóż w wodzie” jest autentyczny, bo kręcony w czasach, o których mówi.
                  Aktorzy na tej łódce noszą takie toporniaste galotki kąpielowe jakie wtedy
                  zapewne były w modzie. Ale „Pianista”? Zobacz sobie na starych zdjęciach czy
                  filmach dokumentalnych jak wyglądała ulica wyłożona tzw. kocimi łbami. Taką
                  nierówną, pardon, zasyfiałą ulicę trzebaby najpierw zrobić a tu domek w domek w
                  tle otynkowany na kolorowo. Ludzie o wyglądzie na full-wypas, jak z żurnala,
                  się po tej scenografii przechadzają, mundurki i garniturki pobrane świeżo z
                  teatralnej garderoby i tylko czasem ktoś sypnie z góry garścią mąki, że niby
                  jest bombardowanie i chałupa się wali.

                  Wiem, że to prawie niemożliwe zrobić ze zdrowego człowieka poszarzały i
                  pokaleczony strzępek i dlatego te nowe filmy o starych czasach to są kostiumowe
                  historie i dlatego mało autentyczne. Czy warto takie opowieści kręcić? Pewnie
                  tak żeby próbować pokazywać historyczną prawdę ale obejrzyj sobie ten film
                  jeszcze raz, zwróć uwagę na ujęcia pokazujące z bliska np. wypielęgnowane ręce
                  i bielutkie ząbki bohaterów, lśniące oko i popatrz na tło akcji to może
                  dostrzeżesz to o czym mówię.
                  • wera7 Re: wiem, że Polański to profesjonalista ale 08.06.07, 16:17
                    Idąc Twoim tokiem rozumowania, winno się kręcić wyłącznie filmy współczesne, bo
                    żaden film nigdy nie będzie w stanie oddać dokładnych realiów danej epoki. Ba,
                    nie zapominaj, że pisarz, układając swoją opowieść, na przykład o wbijaniu na
                    pal nieszczęśnika, może sobie w tym czasie zajadać orzeszki i popalać cygaro.
                    Jak chodzi o problem Holocaustu, Polański jest dla mnie wiarygodny, bo przeżył
                    to sam w Krakowie. Prędzej Spielbergowi można zarzucić nieprawdę.
                    Jak w takim razie odnosić się do "Dogville", gdzie świat wokół jest całkowicie
                    umowny?
                    Nie twierdzę, że reżyserzy nie kręcą bzdet. Ależ kręcą! Osobiście dostaję
                    szału, gdy widzę Amerykanów udających Rosjan. Sądzę jednak, że mogłeś dać dużo
                    bardziej drastyczne przykłady niż "Pianista".
                    • toja3003 napisałem w poprzednim poście 11.06.07, 15:15
                      "Czy warto takie opowieści kręcić? Pewnie tak żeby próbować pokazywać
                      historyczną prawdę" więc nie mów, że uważam iż "winno się kręcić wyłącznie
                      filmy współczesne", dziękuję za uwagi.
              • pimpus18 Re: Droga tojo3003, 08.06.07, 23:00
                jesteś przemądrzałą dziewczynką.

                Ale coś uszło twojej przenikliwej uwadze.
                Ubiory tych „milicjantów” z Bandy Moronia były celowo wybrane przez autorów tego
                filmu. Dla kogoś kto był w wojsku, nie przedstawia trudności, żeby to wychwycić.
                Miało to na celu uwydatnić, że nie są to milicjanci. W umyśle widza powinno to było
                wywołać wrażenie, że coś z nimi jest nie tak.
                Nie było wtedy aż tak źle i można było ich lepiej ubrać.
                Mundurowi nie chodzą w brudnych podkoszulkach, porozpinani, bez czapek lub z nieregulaminowymi
                (ciemnymi) orzełkami. Także ich stopnie wojskowe były jakieś takie skromne.
                W czasie wojny można się było dosłużyć czegoś więcej.
                Tak się nawet wtedny (przynajmniej na filmach) nie chodziło – to nie tak.
                Jak będziesz miała okazję (i chęć) to możesz zauważyć, w jednej z ostatnich scen
                Marek Perepeczko – już nawrócony i porządny – wyglądał jak trzeba, a orzełek błyszczał się jak...

                W wielu filmach był ten problem. U Kutza w jego słabiutkim filmie o kopalni Wujek
                też stosował (czy zmuszony był stosować) podobne chwyty.
                Czasami dzięki oświetleniu ci jego wojskowi wyglądali jak kolejarze.
                Było tam pełno różnych innych uników, tak że można było mieć wrażenie, że opiekę
                artystyczną nad tym filmem sprawowało ministerstwo spraw wewnętrznych.

                W Polsce ma się z tym kłopoty. Przedstawia się milicjantów często w fantazyjnych
                mundurach. U Bareji byli to najwyżej kaprale, a zdaje się, zawodowi dostawali od razu
                sierżanta. Z tym jest już jakaś obsesyjne przewrażliwienie.
                Chyba ktoś się za bardzo obawia, żeby naród nie stracił do mundurowych należytego
                respektu. Mnie to drażni lub śmieszy, zależnie od nastroju.
                Danielowi Olbrychskiemu też się to udzieliło i rozpłatał szablą Kmicica kilka zdjęć.
                Jak z tego widać poczucie humoru albo się ma, albo i nie – a na starość umysł nie jest już taki lotny.
                Dla Marka Piwowskiego mam duży respekt, chociaż ten jego chyba ostatni film
                „Uprowadzenie Agaty” był wg. mnie średnio udany. Nie wiem czy to starość, czy producencka ręka Rywina,
                czy jeszcze coś innego, ale pełno tam było znanych chwytów i uników. Ogólnie mało
                świerzych pomysłów, za to dużo starczego patosu, czego ścierpieć nie potrafię.

                O ubecji i jej nieposkromionych torpicielach nie chcę się wypowiadać.
                Powinno się tych wszystkich poddać leczeniu i otoczyć specjalną troską.

                Czytałem też inne posty, w tym twoje.
                „Nóż w wodzie” to film, którego nie zapamiętałem z dzieciństwa. Był chyba wtedy za
                trudny dla mnie, ale majtki z tymi falbankami pani Umeckiej, zostały mi w pamięci.
                Całkiem podobne miała, oczywiście w nowszym kroju, jedna moja dziewczyna (i nie było
                to znowu tak dawno), a rzucała się przy tym w oczy na całym basenie.

                Jak cię interesuje, to mogę ci polecić inne „moje” starsze filmy.
                Np. „Niewinni czarodzieje”. Pani Krystyna Stypułkowska rzuciła mnie już wtedy na kolana
                i do dzisiaj jestem w niej zakochany.
                Dla mnie jednym z najlepszych filmów z PRL-u jest „Życie wewnętrzne” Marka Koterskiego,
                przewinął się tam w innych postach „Dzień świra”, którego nie widziałem, ale tamten
                mu wyszedł.
                Chociaż jest to film przerażająco smutny, dla mnie jest arcydziełem.
                W „Nic śmiesznego” było nawet dla mnie za dużo „koszarowego humoru” i na granicy
                dobrego smaku.
                Jak widzisz jestem zwolennikiem kina kameralnego, autorskiego, z ciekawymi pomysłami
                i dialogami. Monumentalne produkcje (Titan Mamut presents – Monty Python) mnie nie
                pociągają.
                „W pamiętniku znalezionym w Saragossie” jest fantastyczna rola Kazimierza Opalińskiego.
                Miał facet poczucie humoru i w ogóle ten film jest bardzo ciekawy, przynajmniej dla mnie.
                Ja jestem fanem Bergmana – dzięki Fuksiewiczowi – i Kubricka, to już dzięki sobie.
                Także angielskie filmy New Cinema, Richardsona, Andersona, Schlesingera, zrobiły wtedy na mnie wielkie wrażenie
                Jak chcesz coś ciekawego zobaczyć, to polecam:
                „Rodzaj miłości”, „Billy kłamca”, „Sportowe życie” (Olbrychskiemu też się podobał),
                „Samotność długodystansowca”, „If...”, „O lucky man” – to moje filmy z dzieciństwa.
                Dalej „Szpital Britania”, „Przełomy Missouri” Arthura Pena.
                Tutaj zwróć uwagę na kostiumy. Chociaż ten ostatni jest mało kobiecy, to Ewa
                Błaszczyk podobno zabrałaby go na bezludną wyspę. Jeśli nie robiła sobie jaj,
                to kłaniam się jej nisko. Marlon Brando mówiący do konia, od wsiej duszi:
                „Masz wargi Salomei i oczy Kleopatry” robi wrażenie.
                O Kubricku i Bergmanie nie będę się rozpisywał. To są po prostu wielcy mistrzowie.
                „Osiem i pół” Feliniego to skończone arcydzieło. To tylko mały wybór.
                Potem możesz porównać przekomputeryzowane i bardzo jałowe kasowe kino współczesne.
                No ale dość zrzędzenia.
                Pozdrawiam cię serdecznie i życzę wszystkiego dobrego

                • toja3003 Dzięki za obszerną listę filmów ale prawdę powiedz 11.06.07, 15:24
                  Dzięki za obszerną listę filmów ale prawdę powiedziawszy to na takie
                  (sympatyczne nieraz) starocie wpadam przypadkiem, jak coś leci to trochę
                  pooglądam. Bardzo podobają mi się z tych starych filmy Zanussiego i
                  fantastyczna gra Zapasiewicza oraz fatalna Komorowskiej. W ogóle uważam, że w w
                  Polsce nie ma i nie było dobrych aktorek a byli i są dobrzy aktorzy. Natomiast
                  uważam, że aktorki za granicą (film angielski, niemiecki czy francuski) grają
                  bardzo dobrze. Natomiast co do cięcia jakiś zdjęć przez Olbrychskiego to uważam
                  to za śmieszne z jego strony. Najpierw wziął kasę żeby paradować w jakimś
                  mundurku, bo taka jest rola aktora a potem chciałby żeby nikt tego nie oglądał?
                  Natomiast czy kino dzisiejsze jest kipskie to można będzie osądzić jutro, bo w
                  każdej epoce mówi się, że „kiedyś to nawet przyszłość była lepsza”.
              • pimpus18 Re: Droga tojo3003, 08.06.07, 23:21
                tego bym sobie nie darował,
                zupełnie zapomniałem genialną satyrę Tony Richardsona (wg. Ewelyn Wough):
                „Nieodżałowani”, (The Loved One)

                Pozdrawiam
                • toja3003 dzięki i za to - może kiedyś obejrzę przypadkiem? 11.06.07, 15:25
    • sineira Re: Film z literaturą rozwiedziony 07.06.07, 21:46
      Skor autor pod hasłem "literatura" widzi jedynie literaturę głownonurtową,
      to... no cóż, jest ona w znakomitej większości mało strawna. Kto ma ochotę
      oglądać bełkotliwe "pochylanie się nad kondycją ludzkości"? Ech, żeby jeszcze
      ludzkości, ale przecież nasi współcześni "wieszcze" potrafią się pochylić co
      najwyżej nad własną kondycją:(
    • olias a w ogóle coś kręcą? 08.06.07, 07:15
      Dzień Kojota, czy Dzień świra. Szczyty możliwości polskiej kinematografii. No
      pewnie że nikt się nie zmierzy z Pamiętnikiem znalezionym w Saragossie. Mozna z
      tego zrobić horror i to elegancki, żadne noce żywych trupów czy inne
      błazenady. Albo Popioły - nie, no zbyt ambitne.
      To moze coś obok literatury? Jak obalano komunizm (w Polsce, jakby kto nie
      pamiętał). A może wreszcie powstanie warszawskie pokazać zblazowanemu swiatu?
      Albo o Konstytucji 3 Maja? O Podziemnym państwie, jedynym takim? O
      Rzeczpospolitej Obojga Narodów (wg historyków pierwszy udany przypadek wiązania
      dwóch państw.)
      Czy wiecie że większość ludzi na świecie (w UE też) jeśli słyszała o powstaniu
      warszawskim to myśli o powstaniu w getcie? Bo Polcy przecież nic nie robili,
      patrzyli tylko jak giną bohaterowie. Dobrze że "mamy" swojego Davida
      Nortona ... znaczy nie naszego, bo to Brytyjczyk.
      Czy wiecie że nikt, prawie nikt nie kojarzy polskiej historii z demokracją i
      tolerancją?
      Ja Wajda przestał to chyba już nic się nie kręci. Poza sitconem i yyy właśnie
      Dniem świra.
      • wampir35 Re: a w ogóle coś kręcą? 08.06.07, 08:03
        Olias, o czym ty piszesz? Rękopis znaleziony w Saragossie nakręcił Wojciech
        Jerzy Hass dawno temu (ze Zbyszkiem Cybulskim), o powstaniu warszawskim był
        Kanał, powtarzany jeszcze czasem, a ostatnio chyba pokazywany w Cannes (po
        renowacji), a Normana Davisa pomyliłeś chyba z popularnym, choć obciążającym
        windę produktem Symanteca. Zgadzam się, że w Polsce od dawna kręci się gnioty,
        ale nie zawsze tak było. Nie mam 60-tki na karku, więc nie będę wzdychać z
        tęsknotą do PRL-u, ale niektóre polskie klasyki warto znać, choćby po to żeby
        mieć pojęcie o tym jak mógłoby wyglądać polskie kino, gdyby filmowcy nie
        podlizywali się z całych sił głupkowatym panienkom, dla których szczytem
        filmowego wyrafinowania są komercyjne knoty rodem ze Szkocji. Polska to biedny
        kraj, na komercję zwyczajnie nas nie stać. O dobrym kinie w wykonaniu twórców
        rodzimych telenowel i komedii romantycznych tez raczej zapomnijmy. Takie czasy -
        przejściowe. Na szczęście i one się kiedyś skończą
        • olias gratuluje poziomu 08.06.07, 14:03
          Rękopis został nakręcony epokę temu. Chętnie zobaczyłbym to w wersji
          współczesnej, byle choć dorównywało pierwszemu filmowi.
          O Kanale pamiętam. I co? Wystarczy? To nie dziwmy się że inni piszą naszą
          historię (Gross "Sąsiedzi" - czyli jak to Poalcy mordowali Żydów na oczach
          bezsilnych Niemców z SS).
          Norman Davis - historyk brytyjski, znawca i propagator historii Polski.
          rozprawa doktorska poświęcona wojnie polsko-bolszewickiej (White Eagle, Red
          Star. The Polish-Soviet War 1919-1920, London 1972) - wersja polska tytułu:
          Orzeł biały, Czerwona gwiazda. Zakaz wjazdu do ZSRR. Publikacje - m. in. w
          polsce, ale w "drugim obiegu".
          Z grubych rzeczy - Powstanie 1944, Boże Igrzysko - historia Polski (za tę
          książkę, "zbyt pochlebną Polsce" środowiska zydowskie chciały go spalić na
          stosie), Historia Wysp Brytyjskich, Europa, Serce Europy (znowu PL), Sprawa
          honoru (też PL).
          Zdaje się kawaler Orderu Orła Białego. Autor tezy że nowoczesna demokracja
          powstała w rzeczpospolitej szlacheckiej.
          Sił nie mam - skąd Ci ten NORTON Symanteca się wziął? naprawde - gratulację.
          (p.s. jakbyś starszym był to mialbyś we wdzięcznej pamięci pierwsze Norton
          Commandery a w szczególności Norton Tools. No ale co o tym mogą wiedzieć
          dzisiejsi uzytkownicy windozy?
          Więc chociaż zachowajmy we wdzięczności obcego, bo kto nam historię będzie
          pisał? Nadal przypominam, że większość Europejczyków jeśli słyszała o powstaniu
          warszawskim, kojarzy to z powstaniem w getcie.
    • nikanor Jeśli ktoś nie zrozumiał profesora 08.06.07, 15:01
      to czytając robiłem notatki i mogę udostępnić:

      Przeszłość a także przyszłość są niejasnymi dodatkami do rzeczywistości a pole
      dyskusji ma być spoiste. Spoistość zapewni mianownik. Wspólny. Ten, co zapewnia
      integralność kultury: wiara w układ odniesienia!

      Rzeczywistość odbija się w zwierciadle kultury jednostronnie.

      Czemu filmowcy odwracają się od źródła, gdzie może się rodzić wspólnota ludzi
      mówiących inaczej? Odpowiedź jest przerażająco prosta: bo tego źródła nie ma. I
      autor będzie się przy tym upierał.

      Fellini, Antonioni, Bergman, Godard, Resnais i Grillet, nie mówiąc już o Duras.
      A dalej jeszcze Narcyz nie toleruje narcyzmu, samotność i śmierć, pociąg wjeżdża
      na peron, robotnice wychodzą z fabryki. Wiele zwykłych, niewiarygodnych
      historii, zwykłych w niewiarygodności i niewiarygodnych w zwykłości. Te panie
      rzeczywiście wychodziły z fabryki. Potem zmarły - ale nikt nie wymyślił ich
      istnienia.

      Conrad w buntowniczej pokorze wymierza sprawiedliwość według Zagórskiej Anieli,
      choć to się źle kojarzy z rózgą, co zauważa Szczepański Jan Józef. A to się w
      nie mniejszym, a może nawet większym stopniu stosuje się do sztuki, dla której
      widzialność jest najważniejszym z wyposażeń. Cokolwiek to znaczy.

      Literatura, która sprowadza świat przedstawiony do języka staje się wyłącznie
      funkcją własnego języka. O matko! Z okruchami życia, które zdają się być
      prawdziwe, pojawia się problem: co ten język ukrywa?

      Magdalenie Piekorz udało się przekonać Wojciecha Kuczoka do rezygnacji z
      manieryzmów i przede wszystkim z teleologizmu "Gnoju". Ale czy udałoby się
      namówić Magdalenę Tulli do zmiany trybu przypuszczającego na oznajmujący? Bo że
      taka zmiana nie miałaby sensu, to rzecz oczywista.

      Zapisana złotym pelikanem wykwintna retoryka służy Chwinowi do zaznaczenia
      własnej sprawności, a to zwykle słabo się przekłada na zapis czegokolwiek istotnego.

      Na szczęście nie jest zadaniem literatury służba komukolwiek, a już zwłaszcza
      filmowcom. Chwała Profesorowi! Właśnie z nieodmiennie naiwnym zdziwieniem
      dowiaduje się on, że humanista to nic innego niż storyteller. Od czasów
      przedmieszkowych.

      Główną bronią kina masowego jest bombardowanie. Efektami spreparowanymi lub
      dramaturgicznymi. Tak czy inaczej oba kręgi są całkowicie od siebie oddzielone.
      Literaci nie wznieśli się jeszcze na wyżyny własnego ezoteryzmu i nie zamknęli z
      wyznawcami w opiekuńczym uścisku mediów.

      A to tylko jeden z wielu wymiarów obecnego rozszczepienia, żeby nie powiedzieć -
      dezintegracji kultury.

      Co za bełkot!
      ________________
      Nikanor
      ________________

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka