sign1
17.07.07, 13:47
Po powstaniu "Solidarności" Lubin stał się jednym z ważniejszych ośrodków
opozycji na Dolnym Śląsku. Nastroje niechętne władzy nasiliły się po
wprowadzeniu stanu wojennego. Sądnym dniem dla miasta stał się 31 sierpnia
1982 r. Władze bezpieczeństwa uprzedzone o planowanych manifestacjach
przygotowały mieszkańcom krwawą pacyfikację. Jeszcze przed zapowiadaną
demonstracją kierownictwo milicji poleciło wyposażyć oddziały ZOMO w długą
broń i bojową amunicję. Po latach nadzwyczajna komisja sejmowa do zbadania
działalności MSW stwierdziła, że decyzja o użyciu broni palnej była decyzją
polityczną podjętą w celu zastraszenia społeczeństwa.
W drugą rocznicę podpisania porozumień podziemna "Solidarność" wezwała w
całym kraju do demonstracji w obronie uwięzionych. Mieszkańcy Lubina
spontanicznie odpowiedzieli na ten apel. Zgromadzili się na rynku, gdzie
zaczęli układać krzyż z kwiatów, śpiewali pieśni patriotyczne i skandowali
hasła: "Uwolnić internowanych !", "Znieść stan wojenny !" itp.
Około godzina 15.30 milicja zaczęła ostrzeliwać tłum petardami i granatami
łzawiącymi. Po chwili zomowcy w zwartym szyku rozpoczęli pacyfikację.
Rozpraszali zgromadzone osoby, rozdeptali krzyż z kwiatów. Wyciągali ludzi z
kościoła, pałowano napotkane osoby, nie oszczędzano dzieci i starszych osób.
Jan Madej, jeden z uczestników demonstracji, po latach opisał te chwile:
Dławiący gaz zmusił mnie do przejścia w pobliże Dużego Kościoła. Mieszkańcy
okolicznych domów powystawiali naczynia z wodą i herbatą. Ja wraz z innymi
ludźmi od czasu do czasu przecierałem wodą zapłakane oczy. Stamtąd udałem się
pod kiosk warzywny przy ul. Odrodzenia. Musiałem się na chwilę wycofać z tego
miejsca, bowiem od Rynku zaatakowały nas zwarte oddziały milicyjne. Gdy
wróciłem ponownie w to miejsce, zauważyłem, że szyba kiosku jest
przestrzelona. Wówczas nie miałem już żadnych wątpliwości, że strzelają ostrą
amunicją. Jednak pomimo tych strzałów wiele osób nie wierzyło, że milicja
używa ostrej amunicji.
Z kolei Henryk Huzarowicz wspominał: Z rękoma w kieszeniach przyglądałem się
tyralierze zomowców idących od ratusza. Poczułem gwałtowny ból lewej dłoni.
Wyciągnąłem ją z kieszeni, była poszarpana i tryskała krwią. W pierwszej
chwili nie wiedziałem co się stało. Później okazało się, że jestem ranny
także w prawe przedramię i w brzuch. Stałem bowiem bokiem do linii wystrzału
i kula przeszywając mi lewą dłoń przeszła przez brzuch a następnie przez
prawe przedramię, gdzie znalazła swój wylot. Miałem jeszcze tyle sił, że
starczyło na ucieczkę. Kolega podarł swoją koszulę i opatrzył mi rękę.
Traciłem siły. Pamiętam jeszcze, że czterech przygodnych ludzi niosło mnie w
kierunku Małego Kościoła.
Ranny został również Mirosław Kwiatkowski: Widziałem, jak trzech milicjantów
pobierało długą broń z radiowozu. Tworzono grupy 6-7 osobowe. Niektórzy
milicjanci posiadali długą broń i strzelali w kierunku ludzi znajdujących się
koło małego kościoła. Zauważyłem, że strzelają z ostrej amunicji, bowiem
świadczył o tym sypiący sie tynk ze ścian domów i sypiące się kamyki z muru
obronnego. Stojąc na murku i obserwując strzelających milicjantów zostałem
postrzelony w głowę. Strzelano do mnie z tyłu. Zostałem ugodzony w kość
ciemieniową. Podbiegły dwie kobiety i zaprowadziły mnie do klatki schodowej,
gdzie obandażowały mi głowę. Potem ludzie doprowadzili mnie pod DKZM, skąd do
szpitala przewiozła mnie karetka pogotowia...
Po rozproszeniu manifestacji zomowcy zaczęli ścigać pojedyncze osoby.
Edward Wertka opowiadał: Trzy milicyjne nyski urządziły rajd w kierunku grupy
ludzi, ulicą po trawnikach i skwerkach. Pojechawszy bliżej zaczęli
ostrzeliwać ją z granatów i ostrej amunicji. Widziałem w górnym luku
wychylonego milicjanta strzelającego z pistoletu maszynowego KBK-AK. Z
otwartych drzwi bocznych milicjanci również strzelali, Widziałem, jak
puszczono serię, to piach podskakiwał. Niektórzy ludzie kładli sie, inni znów
uciekali. Nyski wracały do rynku, by po chwili ponownie ruszyć z nagonką.
Rajdy te powtarzały się kilkakrotnie. Jeździli jak kowboje, strzelając za
uciekającymi ludźmi. Wróciłem pod Mały Kościół. Stamtąd obserwowałem jak
milicjanci strzelają, popisując sie przed sobą nawzajem. Zobaczyłem jak jeden
zomowiec wyszedł z grupy i strzelał, celując do wybranych przez siebie celów.
Strzelał w kierunku otworu okiennego, znajdującego się w murze obronnym.
Sprawdziłem później, że z tego miejsca wyraźnie widać było mostek dla
pieszych na Baczynie. A tam przecież został śmiertelnie postrzelony
Adamowicz. Zomowiec oddawał pojedyncze strzały. Po chwili usłyszałem krzyk,
że na mostku został ktoś ugodzony. Leży na mostku. Grupa ośmiu zomowców
ponownie zaatakowała demonstrantów strzelając z ostrej amunicji i petard.
Usłyszałem świst kul. Widziałem jak kilku milicjantów wyraźnie celuje i
strzela w naszym kierunku. Gdy tylko odwróciłem się, nie zdążyłem zrobić
dwóch kroków, poczułem silny ból w prawym ramieniu.
Świadkiem tej sceny był również Maciej Jabłoński: Ktoś krzyknął: "Patrzajcie!
Już jest tam ktoś zabity na mostku!" Zobaczyłem, ze dwóch mężczyzn już go
niosło. Robili to szybko. Nieśli go tak byle, jak, żeby odnieść jak najdalej.
Jeden z nich trzymał go za rękę, drugi za nogę. Tak ciągnęli go po trawie.
Milicjanci nadal strzelali. Dlatego też mężczyźni rzucili postrzelonego.
Dodaję, że rzucili go głównie z tego powodu, że na łąkę od strony ronda
wjechały dwie nysy. Drzwi boczne były otwarte. Były to drzwi przesuwane. W
środku widziałem milicjantów. Byli oni w hełmach, ale nie potrafię określić,
czy były z przyłbicami. Miały chyba kolor zielonkawy. Nie mogłem tego
dokładnie widzieć, gdyż łzawiły mi oczy. Widziałem jednak, że w samochodzie
klęczeli milicjanci. Nysy te miały kolor niebieski. Milicjanci klęcząc
strzelali. Nie widziałem jaką oni mieli broń. Widać było tylko końcówki luf.
Nysy te jeździły z dużą szybkością. Milicjanci strzelali przez cały czas.
Przejechały raz przez łąkę a następnie pojechały w stronę kościółka. Widząc
te samochody przewróciłem się pod drzewo. Zrobiłem tak, gdyż jechały one
nadal. Oprócz mnie pod drzewo rzuciły się dwie kobiety. One płakały,
mówiły: "Wykończą nas".
Własnie przez milicjantów strzelających z jadącej nyski zraniona została
Brygida Wieczorek: Zauważyłam, że jadą dwie milicyjne nyski. Cofnęłam się pod
kiosk Ruchu. Z pierwszej nyski stojący w drzwiach otyły milicjant strzelił do
mnie mierząc z krótkiej broni z odległości około 6 metrów. Poczułam ból w
nodze. Noga mi zdrętwiała, chciałam jeszcze uciekać, ale upadłam. Wozy
milicyjne pojechały dalej nie zatrzymując się. Po chwili podbiegło do mnie
kilku mężczyzn. Jeden z nich ścisnął mi udo paskiem, by zapobiec krwawieniu.
Zeznający w czasie procesu fotoreporter opowiedział inny incydent: Na pustej
ulicy, milicjant siedzący w otwartych bocznych drzwiach wolno jadącej nyski
strzelił do kobiety idącej z dziecinnym wózkiem. Świeca dymna utkwiła w
koszyku pod wózkiem. Słyszałem głośny rechot.
Użycie broni palnej przez funkcjonariuszy w momencie, kiedy tłum był już
rozproszony, nie było uzasadnione. Demonstranci nie stanowili przecież dla
milicjantów żadnego zagrożenia. Zeznali tak również niektórzy funkcjonariusze
milicji. Starszy kapral Wiesław Królak stwierdził, że nawet starcia z
demonstrantami nie usprawiedliwiały otwarcia ognia. Natomiast Kazimierz
Karasiński, członek tego samego plutonu co Królak, pamięta, że ostrą amunicję
można było pobierać bez ograniczeń. Naboje znajdowały sie luzem w skrzyniach
i nikt nie ewidencjonował ich wydawania. Z kolei Jan Parzybut zapamiętał, że
idąc w tyralierze, ktoś wydał rozkaz: "Walić ostrymi". Królak zeznał, że po
pacyfikacji jeden z dowódców zakazał mówić o rozkazie strzelania. Niektórzy
funkcjonariusze wrzucali ostre naboje w krzaki i do kanałów ściekowych.
Milicja strzelała również w okna pobliskich domów.