sekwana2005
02.11.07, 10:05
Wierzę po trochu każdej ze stron. I w zgwałcone dziecko umierające
przy porodzie dziecka. I w to - ze nie wszystkie dzieci były
sierotami. W Darfurze było i jest takie piekło, iż niejedni rodzice
wolą oddać dziecko - by przeżyło i miało szanse na lepsze życie.
Przypomnijcie sobie, jak w czasie II wojny światowej Żydówki swoje
dzieci oddawały do adopcji, a nawet "na przechowanie" w klasztorze,
by miały szanse przeżyć...
Wierzę też, iz niektóre dzieci mogły być z Czadu, zapewne z tych
samych plemion, prześladowanych w Darfurze. Z Czadu słynnego nędzą i
konfliktami wewnętrznymi, które francuska armia próbuje ograniczać.
No i ostatnia sprawa - to media, a nawet Hollywood promują opinie,
iż dzieci z biednych krajów "kupowane" są do bogatych krajów "na
części" lub patologiczny seks. Ile takich tekstów czytaliście,
relacji lub filmów widzieliście?
Więc nie można też dziwić się władzom Czadu, w związku z nielegalnym
wywożeniem dzieci - a fakt, iż zarówno tam, jak i w Europie często
(zwykle?) procedur prawnych nie dotrzymywano jest bezsporny już...
... a generalnie wolałbym, by w Darfurze, Czadzie, innych krajach
Afryki, Ameryki Południowej, Azji, Rumunii czy Polski dzieci i
rodzice mieli lepsze warunki życia - niż by w dobrej nawet wierze
dzieci jak mięso były eksportowane.
Z politowaniem patrzę na hollywoodzkie gwiazdy w ramach
mody "kolekcjonujace" w adopcjach dzieci - jakieś czarne, jakieś
żółte, jakieś brązowe, jakieś białe, jakieś z rakiem. Wolę już
inicjatywy "adopcji na odległość" - gdy bardzo lub średnio zamożny
Amerykanin czy Europejczyk pieniądze które jego sąsiad przeznacza
dla kosmetyczki psa - wysyła by jedno albo tuzin dzieci miało co
jeść, miało szanse na lekarstwa, szkołę.
Niało komputer, by żyjąc z własnymi rodzicami we własnym kraju przez
internet z takimi "dalekimi rodzicami" kontaktować się - a może
kiedyś skorzystać z ich gościny jadąc na studia.
Dzieci to nie laleczki Barbe - czasem jedynym wyjściem jest adopcja
albo znalezienie sponsora na trudną operację (małych Polek przez
saudyjskiego księcia, małych Irakijczyków przez Polskę).
Ale ile było przypadków, gdy żydowskie dzieci latami szukały swoich
prawdziwych krewnych? Ile polskich dzieci w wojnę "za aryski wygląd"
przekazanych do adopcji niemieckim rodzicom miało ten sam problem?
Francja jest bardziej cywilizowana, ale ja na moim osiedlu w
Warszawie spotykam blondynkę z czarnym dzieckiem. Gdzie za jej
plecami jakieś baby i dziady komentują "pacz ale ku.wa".
W moim dużym bloku wśród nielicznych sąsiadów mówiących mi "dzień
dobry" jest rodzina wietnamska. Widzę jak facet świtem jedzie do
pracy, późnym wieczorem wraca. I jak stopniowo, zaczynając od wraku
poloneza auta zmienia na lepsze. Przekomarzam się czasem z ich
dziećmi - świetnie po polsku mówiącymi. I mieszkającymi z własnymi
rodzicami w obcym kraju, który już traktują za rodzinny.
Znam nielegalnego emigranta z Kaukazu, mającego zakaz wjazdu do
Polski, lecz z Polski nie wyjeżdżającego (chyba że na paszport
kolegi) - nie można go deportować, bo ciągle nowe procesy przeciw
niemu trwają...
... a jego dzieci do polskich szkół chodzą, słabo znając już język
rodziców...
Dlatego boje się prostych diagnoz, recept i operacji.
Choć kiedyś chciałbym poznać tą czarną Kasię we Francji mówiącą po
polsku. Także dlatego, iż wprawdzie moja córka ma polskich rodziców,
ale niedługo w misji humanitarnej (nie adopcyjnej) jedzie do
Darfuru - bo obok kilku innych jezyków zna arabski...
Może kiedyś, jesli mnie będzie stać, tą Kasię i jakiegoś mojego
wnuka (niezależnie od karnacji, jaką będzie miał/miała) zaproszę na
jakąś wycieczkę w Tatry...