eva15
24.04.08, 14:01
Będac daleko pod każdym, zwłaszcza mentalnym, względem od Radia
Maryja(RM), zaczynam się na jego przykładzie poważnie zastanawiać
nad fenomenem dzisiejszej polskiej demokracji.
Radio to, czy się to mnie i innym podoba czy nie, popiera czynnie
jakieś 3-5 mln (jedni dane zaniżają, inni zawyżają) do tego dochodzi
tv, wyższa uczelnia plus mniej aktywni sympatycy. Nie będzie zapewne
dużym błądem stwierdzenie, że łącznie ca 4,5-5 mln Polaków odczuwa
więzi z tymi toruńskimi instytucjami.
Jakim prawem tępi się w demokracji przedstawicieli ca 1/4 (jeśli nie
więcej) dorosłej społeczności wyborców? Co uprawnia do lekceważenia
tak wielkiej ilości ludzi i odsuwania ich reprezentantów od urzędów,
władz rządowych, placówek dyplomatycznych etc - właściwie od
wszystkich instytucji?
Czy fakt, że czyjeś poglądy mi się nie podobają, daje w demokracji
mandat do bezwzględnego usunięcie tej osoby ze wszystkich obszarów
życia publicznego? Z niczym to się nikomu nie kojarzy? Czyją
własnością staje się wtedy państwo?
W ostatecznym rozrachunku rzecz w czymś więcej niż w samym RM.
Społeczeństwo, wywłaszczone również mentalnie, po oswojeniu się z
takimi metodami(co samo RM swym marnym poziomem ułatwia),
zazakceptuje je również i w innych przypadkach.