e.lalka
02.02.09, 12:16
Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu
własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej
tej ponurej historii. Wiedziano o niej wcześniej, ale wszystkie
związane z nią podniosłe i nikczemne szczegóły po raz pierwszy
wydobył na jaw dopiero Raul Hilberg, o którego książce "The
Destruction of the European Jews" wspomniałam wcześniej. (..)
Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w
Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy
sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują
uzyskanie od deportowanych pieniądze na pokrycie kosztów ich
deportacji i eksterminacji, bedą aktualizować rejestr opróżnionych
mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu
Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli -
przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej
konfiskaty.
Rozprowadzali żółte gwiazdy, niekiedy zaś - na przykład w Warszawie -
"sprzedaż opasek zamieniła się w normalny interes: oprócz zwykłych
płóciennych można było zakupić wymyślne zmywalne opaski z plastyku".
(..)
Wiemy, jak czuli sie funkcjonariuze żydowscy, kiedy przekształcili
się w narzędzie mordu - czuli sie jak kapitanowie, "których okrętom
groziło zatonięcie, a mimo to zdołali bezpiecznie doplynąć do portu,
wyrzuciwszy znaczną część cennego ładunku, albo jak wybawcy,
którzy "za cenę stu ofiar uratowali tysiąc ludzi, za cenę tysiąca -
dziesięć tysięcy".
Prawda była jeszcze bardziej ponura. Działający na Węgrzech dr
Kastner uratował na przykład dokładnie 1684 osoby za cenę około 476
tysięcy ofiar.
Nikt nie zadał sobie trudu, żeby odbierać od funkcjonariuszy
żydowskich przysięgę o zachowaniu tajemnicy. Z własnej woli stali
się oni "nosicielami tajemnicy", już to po to, by zagwarantować
spokój i zapobiec panice - tak było w przypadku doktora Kastnera -
bądź też ze względów "humanitarnych" - na przykład dlatego, że "żyć
w oczekiwaniu śmierci przez zagazowanie byłoby jeszcze trudniej" -
tak było w przypadku doktora Leo Baecka, byłego naczelnego rabina
Berlina, który zarówno w opinii Żydów, jaki i nie-Żydów uchodził
za "żydowskiego fuhrera".
Podczas procesu Eichmanna jeden ze zeznających świadków wskazał na
skutki podobnego "humanitaryzmu": ludzie dobrowolnie zgłaszali się
na deportację z Terezina do Oświęcimia, a tych, którzy usilowali
powiedzieć im prawdę, nazywali "obłąkanymi".
Doskonale pamiętamy twarze żydowskich przywódców z czasów
hitlerowskich, poczynając od Chaima Rumkowskiego, prezesa Rady
Żydowskiej w Łodzi, zwanego Chaimem I, który wprowadził do obiegu
banknoty noszace jego podpis oraz znaczki pocztowe ze swoja
podobizną i kazał sie wozić zdezelowaną karetą, poprzez Leo Baecka,
człowieka wykształconego, dobrze ułożonego, który sądził, że
policjanci żydowscy będą "łagodniejsi i bardziej przydatni"
i "uczynią męki znioślejszymi" (gdy w istocie byli oni, rzecz jasna,
brutalniejsi i trudniej przekupni, bo mieli o wiele więcej do
stracenia), kończąc na garstce tych, którzy popełnili samobojstwo,
jak choćby Adam Czerniaków, prezes warszawskiej Rady Żydowskiej,
który nie był rabinem, tylko niewierzącym, mówiącym po polsku
żydowskim inżynierem, a mimo to nie zapomniał - jak widać -
rabinackiej maksymy: "Niechby cię zabili, lecz nie posuwaj sie poza
ustaloną granicę".
Hannah Arendt "Eichmann w Jerozolimie, Wydawnictwo Znak, Kraków
1998, s.153-155