wscieklyuklad 04.01.15, 09:58 Tym samym otwieram nowy, cykliczny won-tek Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
wscieklyuklad Cyd 04.01.15, 10:17 A lato roku tegoż było wyjątkowe. W powietrzu unosił się zapach nieznanego. Przechodnie snuli się ulicami powłócząc stopami obutymi w sandały z łyka, w oczekiwaniu wiszącego nad uliczną sygnalizacją świetlną dopustu. Smród spalin ścielących się nad powygryzanym oponami aut asfaltem drażnił nozdrza. Co rusz, zdesperowany niepewnością przechodzień przecinał w poprzek jezdnię - pisk opon wdzierał się wtedy w małomiasteczkowy marazm, a z wychylonych przez rozbity przez przeciętnego lumpa szyberdach ust wydobywał się niczym nie tłumiony okrzyk: gdzie kurwa leziesz, baranie! Była 12.03, gdy na tyłach miejscowej kapliczki zaparkował dwupiętrowy Mercedes-bus z oderwanymi tuż po przekroczeniu granicy lusterkami bocznymi. Rura wydechowa celowała wprost w drzwi refektarza - parkowanie bez bocznych lusterek nie jest proste. Miejscowy proboszcz z serwetką ubrudzoną jedzeniem wybiegł pospiesznie na zewnątrz porzucając resztki jajecznicy z dziesięciu jajek dymiącej na miedzianym półmisku. Miedź dodawała mu sił tak teraz potrzebnych do wspierania dusz zdegenerowanych mieszkańców. - Won mi stąd! - rzucił, krztusząc się jeszcze od smrodu spalin, w kierunku chroniącego się za ciemnymi okularami kierowcy Mercedesa-busa. Ten niedbałym ruchem wystawił usztywniony - zapewne od żmudnego kręcenia kierownicą - trzeci palec prawej dłoni, rozwiawszy ostatnią nadzieję proboszcza na spodziewane datki pielgrzymów. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 10:48 Pilot wycieczki pochylił się nad planem mieściny, wodząc wypielęgnowanym palcem wzdłuż przecznic w poszukiwaniu ewentualnych zabytków. Nie planował postoju akurat w tym miejscu. "Cóż tu kurwa można pokazać?" - dudniło mu w głowie. Jako Polak, wiedział przecież, że tylko zadowolony turysta wesprze jego skromny zarobek przewodnika dodatkowym napiwkiem. - Wysiadamy! - wyrzucił z siebie zduszonym głosem, starając się nadać mu ton ciepłej zachęty. We wnętrzu Mercedesa-busa zawrzało - turyści zdejmowali z półek letnie sweterki, tyrolskie kapelusiki i torebki, panie niespiesznie przyczesywały namiętnie pofalowane włosy, pudrowały sterane długą podróżą policzki. Powoli wysypywali się na zewnątrz. - Oto miejscowa bazylika - w głosie przewodnika dało się wyczuć wahliwe drżenie, obok stał bowiem niewielki kościółek przerobiony z lokalnej stodoły - datku miejscowego burmistrza na rzecz arcybiskupa w ramach rekompensaty za powojenne nadużycia komunistycznej władzy. W środku bez wątpienia nie było nic godnego zwiedzania, największą uwagę przyciągał bluszcz wijący się wokół lekko już zmurszałych desek. - O trochę cienia jest! - dobiegło z lewej. Ubrana w kostium koloru ecru jejmość naprędce skryła się w gęstwinie bluszczowych liści, wachlując się pierwszą stroną "Der Spiegla". Ktoś inny naprędce sięgnął po cyfrówkę Zeissa - zegar na monitorze LCD aparatu wskazywał właśnie 12.05. Kilka osób bez skutku próbowała wejść do środka budynku, para innych naprędce obeszła kościółek nieco bezradnie, ale z widoczną nutką dezaprobaty zezując w stronę przewodnika. Ten, unikając ich wzroku rozglądał się po okolicy. "Kurwa, kurwa, kurwa mać!" - tłukło się po jego zafrasowanej polskiej głowie. "Jest akurat dwunasta sześć - do lunchu jakieś trzy godziny, czemu ten matoł jechał sto pięćdziesiątką, a teraz ja mam zapychać taką dziurę" - rozpaczał w duchu. Nigdy przedtem nie był tak spocony. Nigdy przedtem nie był tak zagubiony. Nigdy przedtem nie był tak daleko od sutego napiwku. Rozglądał się bezradnie, zatrzymując wzrok na jakby już zapomnianym proboszczu, który wciąż stał obok z niedbale przekrzywioną serwetką wciśniętą w koloratkę. "Mam!" - zakołatało w głowie przewodnika na widok resztek jajecznicy - już nie dymiącej. - Można gdzieś tu się czegoś napić? - zapytał łamiącym się głosem. - Za rogiem jest kafejka - w głosie proboszcza słychać było nie mniejszą rozpacz. Wiedział, że traci szansę na tacowe, z którego mógłby wreszcie pokryć wstawienie witraży wybitych ostatniej zimy śnieżnymi kulami, przez miejscową, stoczoną moralnie młodzież. - Czy ktoś ma ochotę na colę? Grupa stojących wyraźnie się ożywiła. - Ja, ja, ja! - padało z lewa i prawa. Twarz proboszcza pokryła się smutkiem. "Najwyraźniej śmieją się z mojej serwetki" - pomyślał, po czym zniknął w głębi refektarza, by pomodlić się za dusze potępieńców. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 12:10 - Za mną, bitte! - przewodnik uniósł nad głową tabliczkę z napisem "Ekskursja" i żwawym krokiem skierował się ku kafejce. - Dertojfel! - dobiegło gdzieś z tyłu. To jejmość w eleganckim kostiumie, nadziała się na pniaczek z sąsieku, na którym niegdyś rąbano drwa na opał, składując je w byłej już stodółce. Proboszcz na te słowa po trzykroć uczynił znak krzyża na czole, po czym zległ na klepisku przed głównym ołtarzem, wznosząc "Zdrowaśki" i oczy ku Bogu. "Co za szczęście, że te Belzebuby się stąd wreszcie wyniosły" - ta myśl przyniosła wyraźną ulgę modlącemu. Była jak balsam na żal, jaki napełnił jego sercena wspomnienie bezpowrotnie utraconych datków. "Skąpcy" - rzucił jeszcze w przestrzeń, tuż po ostatnim "Amen", po czym wstał otrzepując resztki gliny z sutanny. * Szli mrawo w rosnącym utęsknieniu napitku. Z lewej - od strony zaniedbanych wyraźnie, gdyż dawno nieprzycinanych krzaków, niósł się łaskoczący nozdrza słodki zapach lawendy i miarowe, jak dźwięk metronomu, postękiwanie. Ni chybi, jakaś parka, odurzona aromatem oddawała się właśnie dyskretnej rozkoszy. Spomiędzy gałęzi wystawała kierownica "damki", której dano chwilę wytchnienia w drodze do spowiedzi. "Skandal" - przemknęło przez głowę jejmości ubranej we wciąż elegancki, choć już przydarty na wysokości prawego rozcięcia, kostium. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 13:10 U drzwi kafejki "U pałera" stanęli dokładnie o 12.09. "Ajncwajdraj" - przewodnik przenosząc wzrok z postaci na postać, dyskretnie w myślach przeliczył liczebność grupy. "Wszyscy" - odetchnął z ulgą. "Nikt się nie zawieruszył, jest cała piętnastka". Żwawo weszli do środka. Już od progu poniósł się ku nim zapach wczorajszego bigosu i kibla o nigdy niedomykających się drzwiach. Do resztek jedzenia na od kilku dni niezmienianych obrusach, przywarły stadka opasłych much. O dawno niemytą szybę tłukła się zabłąkana pszczoła. "Messerschmitt!" - przemknęło przez głowę turysty stojącego pośrodku - kombatanta bitwy o Anglię, bohatera bojów nad kanałem La mensz (ale nie iber) - Wu ist bunker? Wu ist bunker? - poniosło się po sali. Ten i ów podniósł wzrok ku krzyczącemu, nikt nie pospieszył jednak z odpowiedzią. Przewodnik policzył wolne miejsca przy stolikach. "Trzynaście kurwa, trzynaście. Tylko, kurwa trzynaście." - skonstatował niemo. "Gdzie ja posadzę dwie niemieckie dupy?" - był bliski paniki. Wzrok jego padł na siedzącą samotnie w rogu kafejki młodą kobietę. Ta - pochylona nad monitorem zapewne ukradzionego co dopiero komputera - czytała coś uporczywie, uśmiechając się do siebie pod nosem. "Akurat trzy brakujące miejsca" - pomyślał z ulgą. - Czy będzie można się przysiąść? Brakuje mi dwóch miejsc dla moich niemieckich podopiecznych - spytał chwytając za oparcie krzesła. - Niestety, muszę odmówić! - ta odpowiedź odebrała mu resztki nadziei.. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 16:51 Twarz przewodnika wyrażała zdumienie tak wielkie, nie pozostawiała wątpliwości co do odmowy. - Verfluchte Scheise! - ktoś krzyknął z tylnego rzędu stłoczonych u wejścia i wciąż bardziej spragnionych cieczy. - Hure! - dodali hurem (pisownia obowiązująca wśród emigracji) na jedną nutte, tak równo, że sam Johann Ernst Benjamin Bilse by się nie powstydził/ - Was sollen wir jetzt machen? - przekrzykiwali się wzajem. Drzwi uchylone z powodu zamieszania, wpuściły do wnętrza kafejki powiew świeżości. Pszczoła po raz kolejny odbita od mlecznobrudnej szyby, przeleciała nad łysiną kombatanta. Ten z okrzykiem "wo ist bunker" pognał do toalety. Była dokładnie 12.15, gdy - po krótkiej chwili absolutnej ciszy, w której napięcie osiągnęło zenit, elegancka jejmość w poddartej spódniczce od kompleciku, rozpychając się nieco łokciami, podeszła do stolika z oporną miłośniczką kawy i kradzionych laptopów. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 17:11 - Hau ab doofe Kuh! - wydarła się na dziewczynę. - Ty wles kto ja jestem? - dodała łamaną polszczyzną, podstawiając gwałtownie zaciśniętą w pieść lewą dłoń pod nos kobiety. Wciśnięty na palec elegancki sygnecik, odbijał leniwą poświatę wnętrza. - O jaki ładny wzorek - ożywiła się wyraźnie dziewczyna. - Cóż tu widać? To chyba lewy półdupek Marylin Monroe i odlew włosa łonowego Kennedy'ego zgubionego na berlińskiej mównicy? - Raus! - zawyła jejmość. - Die Fotze! My tu chcieć pić Heinekena! Raus! - po czym zamachnęła się do ciosu. - O przepraszam, Heine miał na imię Heinrich, nie Ken! - obruszył się kelner niosący butelkę "Stolicznoj". - A jak chcecie poczytać, to biblioteka jest na najbliższym skrzyżowaniu - dodała dziewczyna. Do 12.29 do wnętrza kawiarni niosły się jeszcze wrzaski wracających do Mercedesa-busa. Po drodze ktoś kopnął w kierownicę "damki". Synchroniczne westchnienia zastąpił jęk bólu. - Krzyżyk na drogę" - pomyślał proboszcz w drodze na drugie śniadanie. I tylko zapach lawendy niezmiennie łaskotał nozdrza. I tylko dzwonek odjeżdżającej "damki" uzmysławiał przechodniom, że znów można będzie żyć po bożemu. Odpowiedz Link
hardy1 Re: Cyd 04.01.15, 18:00 No. I wszystko wróciło do normy. Bez jakichś Donnerwetter. Tylko cusik za bardzo wygładzony ten obraz. Znaczy nie mercedesa czy inszego dojczlandzkiego auta, tylko zbyt ładnie wygładzonej wioski... Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 18:52 Pozwolisz Hardy, że odpowiem recenzją. Na rynku księgarskim pojawił się ostatnio esej autorstwa Wściekłego Układu zatytułowany "Cyd". Czy to opowieść o kastylijskim hidalgo? Czy wspomnienie hiszpańskiego bohatera narodowego z czasów rekonkwisty? Czy historia życia, jakiś biograficzny szczegół związany z niegdysiejszym zarządcą iberyjskiej Walencji? Losy rycerza-samotnika, pogromcy Maurów i Almorawidów? Dowód chwały legendarnego obrońcy wiary chrześcijańskiej? Esej, przenosząc nas w czas bliżej niesprecyzowany, staje się swoistym łącznikiem pomiędzy czasami wczesnej polskiej państwowości, której symbolika zawarta jest w znoszonych sandałach z łyka (apoteoza przemijania), a współczesnością ukazaną celnie i etapowo w kilku oszczędnych zdaniach. Widzimy więc zrujnowane jezdnie straszące wyrwami w asfalcie, dostrzegamy znamiona lokalnego snobizmu niewątpliwego dorobkiewicza (szyberdach przejeżdżającego mimo i przystającego z piskiem sprawnych hamulców auta), jak swoje przyjmujemy okrzyki, kierowane do niesubordynowanego piechura bieżącego arterią na skróty. Czasy to z jednej strony zdecydowanie postkomunistyczne (autor dzieli się informacją o odszkodowaniu na rzecz lokalnej parafii), lecz przecież korzeniami tkwiące zaiste w epoce feudalnej. Stodoła zamieniona skutecznie na wciąż unowocześnianą z tacowego świątynię, klepisko nadal niepokryte marmurem karraryjskim, resztki sąsieku, na których dłoń prasłowiańskiego drwala, rozszczepiała polana na ciała rozpałkę, to jakże przekonywująca klamra dziejowa i niejako nieuchronna reakcja łańcuchowa, która kiedyś musi zaowocować intelektualnym wybuchem. Czytelnik wgłębiając się w tę jednię czasoprzestrzenną, cieszy się, iż ludność miejscowa - ogarnięta marazmem z pogranicza degrengolady (co autor nie bez kozery podkreśla) - nie tylko zna luminarzy literatury światowej (Heinrich Heine), ale ocaliła miejsce potencjalnie dziś zbędnej świątyni oświaty - gminną bibliotekę, wciąż czynną i społecznie dostępną. Owa biblioteka to kolejna klamra, następne ogniwo intelektualnego dorobku narodowego - obie budowle są jak saloon (biblioteka - przybytek duchowej uczty) z jednej i bank (kościółek - w którym trzeba rozliczyć się z rzeczywistością) z drugiej strony. Powłóczący nogami przechodnie nabierają tym samym waloru tamtejszych pionierów - wiem, iż mimo lichego wyglądu z nadzieją spoglądają w przyszłość, gdy zrujnowane kamienice o odpadających tynkach zostaną zastąpienia przez kasyna gry. Niedbale przycięte krzewy kłują poczucie estetyki przechodnia, identycznie, jak teksańskie agawy, dobiegające uszu miarowe postękiwanie przywołuje obraz indiańskiej rodziny w wigwamie - zrośniętej z ziemią ojczystą na przekór wszystkiemu i wszystkim. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 19:10 I oto mimochodem, choć przecież jakże płynnie, autor eseju wprowadza sceny niczym z kultowej "Rzeki Czerwonej": oto proboszcz stojący na straży czystości sumień, jest niczym John Wayne - chusta aktora znakomicie komponuje się z poplamioną jajecznicą ściereczką, równie niedbale wetkniętą za koloratkę księdza. W tym miejscu warto zauważyć, iż pewnie lepszym symbolem narastającego napięcia byłaby nie wystygła już jajecznica (kojarząca się bardziej z ulotnym już dymem/zadymą), lecz np. pasztet zajęczy. Pasztet zawiera w sobie siłę iście homeryckiego porównania - czytelnik w zderzeniu z taką symboliką, wie z góry, iż nie będzie lekko, i dopiero w nieuchronnym i ostrym starciu przeciwników, rozstrzygną się losy już nie jednostek, ale całego miasta, kraju wreszcie. Nie dostrzeżesz tu w opisie colta, nie posłyszysz końskiego galopu, stukotu kół dyliżansu, z którego zaraz wysypią się zdrożeni podróżni. Ulicami nie przemknie bandycka szajka brodatych i umorusanych gwałcicieli-piromanów. Nikt nie przyczai się na balkonie, ni dachu, by gromić wroga ołowiem. Powietrza nie przetnie świst arkanów, ni końskie rżenie. W małomiasteczkowy marazm wdziera się za to prykanie rury wydechowej, już po części ograbionego autobusu. Zwiastujący ciszę marazm zostaje rozproszony przez narastający suspens grozy. "To cisza, która krzyczy" - takie być musi pierwsze wrażenie czytelnika. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 19:24 W te ciszę miasteczka, w pozorną szarzyznę codzienności wdziera się oto kilkunastoosobowa kawalkada intruzów. Już od pierwszych zdań opisu łacno wywnioskować, iż nie identyfikują się z lokalną społecznością. Lekceważący gest kierowcy wobec księdza, jest niczym policzek wyzywający na pojedynek. Autor eseju świadomie posługuje się sytuacyjną prowokacją. Czy ksiądz - jako chrześcijanin, nadstawi drugi policzek? Czy zgodnie z katolicką etyką wybaczy tym, którzy pragną ukrzyżować jego przekonania? Czy popełni grzech pychy i zaspokoiwszy swą - jakże przecież ludzka dumę i poczucie honoru - odpłaci pięknym za nadobne? Autor rozmywa nieco nieprzejednaną postawę lokalnego hierarchy - sugeruje oczekiwanie na datki - próżne jednak, co niedaleka przyszłość jakże brutalnie obnaży. Dzięki tak genialnemu w swej prostocie literackiemu przekazowi, poznajemy jednak drugą naturę jestestwa - proboszcz nie rzuca przekleństwem, nie nakłada tak naturalnej w tej sytuacji anatemy, lecz ogarnięty chrześcijańskim współczuciem i troską, pada krzyżem, by u Boga wypraszać nawrócenie najeźdźców, którzy co dopiero wystawili na ciężką próbę poczucie godności własnej. Esej staje się tym samym nie tylko suchym przekazem, relacją "kadr po kadrze", nabiera bowiem unikalnej wartości etycznej - każe nie tylko wybaczać, lecz i miłować wroga. Jakże rzadki to obraz w dorobku filmowym, gdy przyzwyczajono odbiorcę przekazu do stosownego i najczęściej brutalnego odwetu. Sądzę, iż esej doczeka się tym samym ekranizacji , jako, że w dobie powszechnego zdziczenia obyczajów, epatuje nowymi - choć przecież zawsze aktualnymi, a tylko dziś zagubionymi nieszczęśliwie treściami. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 19:54 Upływ czasu jest niewątpliwym walorem eseju. Dopiero co zegar wybił południe. Czytelnik odruchowo musi zadać sobie pytanie: czy esej to doskonały remake wyróżnionemu tak wieloma nagrodami obrazu Freda Zinnemanna "W samo południe"? Ten sam motyw zegara. Podobny obraz beznadziei marszu ulicami miasta, zamieszkałego przez zobojętniałą i niezdolną do wsparcia oporu wobec zła społeczność. Gary Cooper opuszczony przez wszystkich, sam oko w oko z bandą złoczyńców. Upływają kolejne minuty nieuchronnie zbliżające nas do tragedii. Poczucie grozy narasta z każdym krokiem grupy kroczącej do kafejki - wyszynku. Nieuniknioność dramatu każe szybciej czytać kolejne strofy. Kiedy poleje się krew? - pytamy odruchowo. Czy wreszcie nastąpi otrzeźwienie? Czy brutalnie napadnięci i znieważeni stawią skuteczny opór? Czy w ogniu zdarzeń bez jednego wystrzału padną trupy? Jakie nowe wartości poniosą żywi? Niemal widzimy wahadłowe drzwi wiodące do wnętrza, słyszymy skrzypienie wciąż niedomkniętych i wypaczonych drzwi do toalety - zdaje się, iż to tam właśnie zaległ cały odór współczesności, moralne szambo, które musi zostać wreszcie skanalizowane. Najście jest brutalne. Przewodnik - niczym pradawny tropiciel śladów, stara się namierzyć zwierzynę. Kto ulegnie? Kto stanie się łakomym i skutecznym kąskiem trapera? Kto zapłaci skalpem za okazanie słabości? Czy za stolikiem siedzą sami tchórze, którzy wtula twarze w talerze, unikając konfrontacji? Czy będzie wśród nich uciekinierka Amy Kane , czy nieszczęśliwie zakochana w szeryfie Helen Ramirez? Anioł, czy ladacznica jest w stanie stawić skuteczny opór złu? - to pytania, które nasuwają się same. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Cyd 04.01.15, 20:31 Wnętrze nie budzi sympatii. Obskurne okna, brudne obrusy oblegane przez muchy - muchy będące wszak symbolem amaterialnej i wiecznie wędrującej, upadłej duszy. Muchy utożsamiane z chorobą i śmiercią. Muchy - Belzebuba podwładne, wielkość zawarta w demonie zgnilizny, karmiące się padliną, nosicielki zarazy. W sennych marzeniach - oznaka odrażającego otoczenia w jakim przyszło nam żyć, a do zmiany którego tak uparcie i stanowczo przecież dążymy. Już krok tylko dzieli nas od arcydzieła Goldinga. Gdyby miast talerzy, autor eseju umieścił na stołach konchy, gdyby dziewczyna zagłębiona w wirtualnej treści nosiła okulary, gdyby kuchenne wierzeje uchylono, ukazując buzujący pod garnkami ogień z wystającym Prosiaczkiem, wówczas mielibyśmy arcyudałą paralelę między obrazem filmowym ("W samo południe") a literackim ("Władca much"). Czy jednak brak owych obrazów jest siłą, czy odsłania słabą stronę eseju? Trudno to orzec - jednak wprowadzona jakże indywidualnie odmienna symbolika, przydaje dziełu nowych wartości. Ostrze obelgi jest niemniej ostre, niż La Tizona. Uzmysłowiwszy to sobie jesteśmy już tylko o krok od pojęcia - pozornie bezsensownego tytułu tej literackiej miniatury. Przekleństwa miotane pod adresem dziewczyny, są niczym ciosy miecza Cyda. A jednocześnie - wobec ich brutalnej treści - czynią z niej nie występną złodziejkę cudzej własności (laptop) ale ofiarę jeszcze dotkliwszej przemocy. Zbędny jest bowiem motyw okularów, gdyż ta - zachowując godność, dowodzi przewagi intelektu nad siłą. Niepotrzebne są wcale konchy - gdyż prawdziwą władczynią staje się w tej chwili zaatakowana. Gdyby brutalnym słowem zamieniono konchę w stertę skorup, czymże byłaby odtąd władza nad ludzkim zwyrodnialstwem? Autor eseju szczęśliwie nie naraża nas na odpowiedź na tak postawione wyzwanie. Ogień - symbol ratunku przenosi się z kuchennego paleniska do wnętrza jestestwa dziewczęcia. To jej wewnętrzny żar pokonuje przecież snobizm arystokratki, która już w zderzeniu z prastarym sąsiekiem doznaje materialnego uszczerbku. Ten - w uzupełnieniu intelektualnej porażki - stawia tę postać w rzędzie tragicznych. Na nic tedy chór napastników, który - niczym grecki epeisodion - znieważa dziewczynę. Świat wirtualny - zdaje się mówić autor - jest czymś, co najbardziej wartościowe. Esej tym samym to jakby uzupełnienie trylogii. Czas już nie tylko został zgubiony i odnaleziony. Czas wirtualny jest od tej chwili futurystyczną nadzieją tak współczesnych, jak i przyszłych pokoleń. Ponieważ jego źródłem jest ukradziony laptop, toteż ostatni fragment tej układanki śmiało można nazwać "Czas ukradziony". Nie trzeba go wcale poszukiwać. Zbędna dla jego pozyskania jest broń. Obojętna jest wartość moralna jednostki. Tak święta, jak i ladacznica mogą go posiąść. Czy czujecie już teraz ów słodki zapach wartości? Czy dostrzegacie, jak szare zazwyczaj liście lawendy - wplecionej w ten esej - przybierają oto zielony kolor nadziei? Prowansja, z której się ta wywodzi, przenosi nas znowu ku czasom, gdy rycerskość zachowań było największą z wartości. Niech zatem szczęk La Tizona przycichnie wyparty cichym dzwoneczkiem "damki"... Odpowiedz Link
hardy1 Re: Cyd 05.01.15, 14:26 Po co nam budować wehikuł czasu? WU już nas przenosi przez kraje, czasy i obyczaje Odpowiedz Link