eklerk 09.12.05, 15:48 Legionowo. Miasto juz spało kiedy Pan Henio woźny tutejszej szkoły , siedząc przy kominku wspominał dawne czasy młodości. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 15:57 a było co wspominać...Pan Henio był przed wojną znanym miejscowym playbojem :-) Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:01 I jak to mówią w kasze nie dmuchał . pewnego razu Odpowiedz Link Zgłoś
kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:14 Panią Irenkę, z którą kiedyś łączyła go zażyłość niekoniecznie platoniczna... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:12 Wtedy życie miało inny smak... Kobiety były skromniejsze, seks pod pierzyną bardziej tajemniczy... stare dobre czasy. I ludzie rozmawiali ze sobą, a nie patrzyli w grające pudło, godzinami siedząc obok siebie nawet na siebie nie patrząc. Teraz młode dziewczyny już nie rumienią się jak dawniej. Chodzą kołysząc biodrami i mało co nie gubią tych wiecznie opadających spodni. Zgroza ... gdzie ten świat zdąża ? Co będzie za kolejne 20 lat ? Jeśli dożyję he he, siedząc w pampersie z kroplówką nad ramieniem, o czym będę rozmyślał ? Jedyne co się nie zmienia to teściowe. One są nadczasowe. Jędza jedna, kurza twarz, jak wpomnę to mi nawet kawy nie trzeba. Pożytek jeden, że podnosi ciśnienie, stare babsko. Pan Henio schylił się i wrzucił polano do ognia. Z początku zaskwierczało jakby broniło się przed ogniem, potem powoli poddało się złocistemu jęzorowi, który otulił je całe i pochłonął. Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:18 w oddali wyły wilki . Pan Henio wstał i Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:22 skierował się w stronę łazienki. Czas wyprowadzić najlepszego przyjaciela na spacer, powiedział do siebie, uśmiechając się łobuzersko. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:23 Zerknął w lusterko i westchnął. Nie, to już nie ma znaczenia... każda kolejna zmarszczka nic nie zmieniała. Odpowiedz Link Zgłoś
kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:25 a problemy z prostatą były coraz bardziej dokuczliwe. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:26 A Irenka, tak.... to była kobieta... Fakt, że mogłaby cyckiem zabić i biodrami zadusić wołu.... ale jak ją na potańcówce przydusić to miękła w rękach jak wosk. Sama słodycz... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:27 Westchnął głęboko patrząc w dół i wrócił do kominka ogrzać stare kości. Odpowiedz Link Zgłoś
kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:30 Zerknął przez okno i zauważył, że ktoś panu Zenkowi spod czwórki ściąga koła z z jego passata. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:31 Było coś magicznego w ogniu. Coś co wciągało duszę człowieka między płonące polana i ukazywało sceny, które gdzieś zapisały się w naszej dawno zagubionej pamięci. Irenka... moja miłości, gdzie teraz masz swój kram z mięsem ? W niebie szykujesz aniołom strawę czy w piekle tańczysz z diabłami... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:34 Psotka przeciągnęła się obok niego i miauknęła wyczekująco... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:40 futerko jej się zmierzwiło, gdy przeciągnął szorstką ręką po jej grzbiecie. Kotka wystawiła pazury i ziewnęła ukazując czerwone wnętrze swojego pyszczka. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:46 Passat sąsiada stał już nagi i bosy... hehe dobrze mu tak zasrańcowi jednemu... taki ważniak to niech sobie dobry alarm posadzi w tym wózku. Wyobraził sobie jutrzejszy poranek jak krawaciarz widzi swój samochodzik i klnie... hehe... może nawet rzuci na ziemię swoją ukochaną skórzaną walizkę. Też będzie ubaw. Jeszcze z dwie godzinki, to i nie opłaca się kłaść do łóżka. Piżamę zakładać.... zawsze uważał że jest coś niemęskiego w piżamie. Facet jest jakiś śmieszny i gogusiowaty jak jaki odmieniec, z tych innych... no i coś mu tam brakuje w wyglądzie. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:48 Pocieszył się na myśl o czekającym go widowisku i zgłodniał jakoś. Przeciągnął ręką po trzewiach i podniósł się z zamiarem pójścia do kuchni. Psotka błyskawicznie podniosła się z ziemi i kilkoma susami dogoniła stare pantofle. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 16:53 Pajda czerstwego chleba i kawał sera już leżały na talerzu, a jeszcze czajnik zaczął pogwizdywać. Psotka niecierpliwie drapała w powietrzu łapami, przypominając o swoim istnieniu. Szklanka wypełniła się wrzątkiem i nabierała barwy pięknego koniaku. Na myśl o słodkim trunku staremu ślina napłynęła do ust. Możeby coś jeszcze dolać do herbaty. Z prądem, jak mówią górale, herbata jest najlepsza. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:34 Wlewając gorący napar w gardło miał wrażenie, że odrobina wódki wydartej staremu kredensowy, roztapia mu lód w żyłach. Psotka wbiła delikatnie pazur w jego kolano natarczywie patrząc mu w oczy. Rzucił jej kawałek sera, żeby mu dała spokój, ale prawdę mówiąc lubił to. Ostatnio była jedyną istotą, która go dotykała. Nawet gdy rozcapierzone palce z wysuniętymi małymi szponami zostawiały krwawe podłużne ślady, ból sprawiał mu przyjemość. Czuję, że żyję, jeszcze... Kot był wiernym towarzyszem. Odkąd pamięta psotka była obok, nawet nie zdaje sobie sprawy kiedy i skąd się pojawiła... dziwne ... ten ciepły kawałek futerka wzruszał go łez. Okrucieństwo ? może trochę, lubił patrzeć na jej furię gdy czuła zapach mięsa na jego talerzu. Jak mały kociaczek zmienia się w dzikie zwierzątko. Dzikie, ale bardziej uczciwe od wszystkich ludzi wokół niego. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:42 Mijali go codziennie... Głównie kobiety. Codziennie patrzyli na niego jakby był niewidzialny. Czuł zapach wstydu i skrępowanie niektórych. Otwierał im drzwi, mył po nich podłogi, sprzątał po nich śmieci. Czasem dostrzegał w tłumie ludzi kogoś z iskrą zrozumienia, kto posyłał mu skromny uśmiech, ale pogodził się z masą milczących nadludzi, jakby żyli w innym wymiarze, w innym czasie. Dla niego czas zwolnił. Ciągnął się niemiłosiernie, czasem miał wrażenie jakby Pan Bóg zrobił dla niego spektakl. Zdystansowany od innych, miał własne miejsce z którego patrzył na świat. Każdy moment, kiedy któryś z aktorów zagadnął do niego, był magiczny. Czas ruszał z miejsca i ... żył... Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:37 krakowianka jedna napisała: Możeby coś jeszcze dolać do herbaty. Z prądem, jak mówią górale, herbata jest najlepsza. --------------------------------------------------------------------------- ale prad wlasnie wylaczyli bo w sprywatyzowanej elektrowni zaloga zaczela strajkowac domagajac sie podwyzek na swieta i bonow towarowych do Biedronki... THE END Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:45 (Syropku przestań pisac o mnie "krakowianka jedna", czyżbyś odnalazł w Panu Heniu coś swojego? czemu prowokujesz? to piszemy powieść czy nie? kacza twarz :o)) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:51 Pan Henio wstał nagle przypominając sobie o lekarstwie, które zapomniał wypić. Podszedł do łuszczącego się już trochę kredemsu i otworzył ze skrzypieniem drzwiczki. Gdzie ten ... paskudny syrop, przeklęte babsko w białym fartuchu kazało mu pić go ze trzy razy na dzień, zawsze zapominał. Trochę specjalnie, bo smak był obrzydliwy jak jakiś wywar czarownicy ze skrzydeł nietoperzy i ropnych żabich skrzeków... hehe się zgubił i dobrze.... smak mocnej herbatki lepszy... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:00 Za oknem zdążyło pojaśnieć, gdy niecierpliwym ruchem odgarnął firankę. Krawaciarz jeszcze się nie pojawił. Zerknął na zegarek, jeszcze pięć może dziesięć minut. Wychodzi punktualnie, czasem bierze tę hehe ochoczą sąsiadeczkę do samochodu,żeby ją podwieź do Warszawy. Pomyślał by kto... podwieź...jak na nich popatrzyć to widać że jak tylko trzasną lakierkami hehe w autku to obmacuje jakie majtki włożyła, sznurki czy barchany hehe Idzie... o ja... Boże jesteś wielki... będę miał co wspominać w zimowe dni... zasraniec zmienił kolor buźki z zielonego na czerwony, a potem znowu zfioletowiał... i tak stoi jakby go ktoś zamurował... o ... lalunia wyszła... w futerku z lisków hehe mrozu nie ma a ta w futrze, musi być jej zimno pod spodem... będzie dzisiaj dymanko...na nogach, paniusiu ... trza zmienić szpileczki na gumiaki i w drugę hehe Warszawa czeka... :o) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:52 ja tak wylacznie z sympatii do Krakowa i Ciebie :) a piszemy...piszemy...jeno ja sobie poczytam. Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 17:57 ci ... sza... piszemy powieść , dopisujcie , ale rozmowy uboczne w tym wątku nie mile widziane , ci... sza .... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:03 (panowie nie wiem co się robi z passatem bez kółek, poratujcie, bo ja zwykle męża wołam... wrócę później bo dzieciaki "kcom źreć" ;o)) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:36 Paniusia szybciej zrozumiała swoją smutną sytuację... chyba telefonuje, niech mnie diabli wezmą jak nie po innego gacha... hehe drepcze za dom na uliczkę obok, gdzie za chwilę podjeżdża ... inny wózek. Troche gorszy, ale cóż zmiana statusu w tym wypadku jest usprawiedliwiona. Śmieszy mnie fakt że paniusi obojętny jest ptaszek za kierownicą, a zależy jest tylko na czterech kółkach... no i spaliny zostały tylko po niej. Kobitki z jednej strony mają dobrze: znajdzie zawsze się jakiś ptaszek, żeby dupci nie musiały wozić... Staremu humor dopisywał jak nigdy. Poczuł się rześki i wypoczęty mimo nieprzespanej nocy. Dziś Pan Bóg dał mu w prezencie niezłe przedstawienie. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:43 A co z sąsiadem w chwili nieszczęścia ? Pan Henio rozglądał się we wszystkie strony ale na ulicy krawaciarza nie było. Tak się zapatrzył na paniusię w liskach, że tęczowy sąsiad zniknął mu z pola widzenia. No trudno... nie można mieć wszystkiego naraz burknął Henio i podreptał po taboret. Będę czuwał: postanowił. Za oknem już jasno i ulica zaczęła powoli ożywać. Wrzeszczące lub milczące kobiety ciągnęły swoje pociechy objuczone tornistrami. Połowę z nich terkotało przez telefon. Zadziwiające jak dużo ludzi rozmawia dziś przez komórki, a jak mało mówi do siebie osobiście. To też oznaka współczesnych czasów. Zza rogu wyszły trzy młode dziewczyny, może 14 lat. Teraz trudno ocenić.Wszystko teraz takie rozwinięte... cycate to to i wymalowane, a z tyło wogóle nie widać czasem czy baba czy chłop. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:50 Dziewuszki w zimie półnagie jakieś. Ubrane fikuśnie, jakieś kurteczki przykrótkie jakby krawiec w pijanym widzie kroił materiał, brzuchy śniade jak bochenki chleba na wierzchu, ale płaskie, nijakich boskich krągłości ni ma. Skaranie boskie co z tego wyrośnie, jakiś suchciel, czy co... I to ma rodzić? Przecież z tego kaloryfera to i spaść można a co dopiero dziecko począć. Bóg dał babom słodkie pulchne ciała coby grzeszyć było łatwiej hehe no i dzieciom wychylać się na świat prędziej. No ale teraz to przecież z probówek będą leźć, jak owady jakie czy co... Stary jestem... Suchciele idą dalej i chichchchocą tak że im się żebra trzęsą. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 18:57 Popatrzył na swoje ręce i się zawstydził. Pomarszczone, szorstkie, pełne plam i ogorzałe słońcem. Jak dawno nie dotykał kobiety. Potrząsnął głową, ale pamięta zapach który oszałamia, nęci i gorąco co rozchodzi się po ciele od nóg do głowy. Zaczerwienił się. Starej daty był, jak to mówią. Wstydliwy. Pamięta miękkość piersi i tych małych ledwo rozkwitniętych, różowych na zielonej łące w środku lasu, gdzie zmasakrował cudne maślaki na wilgotnym mchu, i tych wielkich, olbrzymich białych z ogromnymi rozlanymi sutkami, kiedy miał wrażenie że mleko w nich płynie i tryśnie lada chwila... Ulica zamigotała i powoli znikła a stary przeniósł się gdzieś daleko... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 20:44 ( czemu tylko ja piszę ? wszyscy sobie poszli ? Syropku też Cię lubię, ja tylko taka podejrzliwa jezdem :o( ) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 21:05 w.iwo napisała: czemu tylko ja piszę ? ---------------------- ranyjulek!pofolgowalas sobie niezle kobieto...a ja tak nie potrafie na zamowienie :( pozdrowka Odpowiedz Link Zgłoś
madzia69 Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 22:16 kurde no nijak sie wstrzelic nie moglam czekalam az Ci sie wena skonczy ;) ale to chyba stydnia bez dna :))) Odpowiedz Link Zgłoś
kotka-psotka Re: Piszemy powieść. 09.12.05, 23:54 do krainy jego młodości, kiedy ogorzaly słońcem wylegiwał się na łące pachnącej zniewalająco koniczyną. W zębach ściskał źdźbło trawy i mrużąc oczy spoglądał w palące słońce. Dłonią gładził złote włosy Ireny, która przeciągała się lubieżnie ugniatając swym białym jak mleko ciałem srebrzyste kwiaty koniczyny. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:18 Do tej pory pamięta maki kołyszące się wśród kłosów jak krople krwi szumiącej w skroniach, gdy spełnił się w oślepiającym słońcu. A potem zaległa cisza... i pamięta tą ciszę do dziś. Jakby nagle ogłuchł, wszystko stało się jasne i kołysało się na wietrze. Ptak śpiewał bezgłośnie gdzieś nad nim, trawa szumiała i kładła się łanami gdzieś obok, ale nic nie słyszał. Jakby wszystko wokół wstrzymało oddech. Coś mówiła do niego, poruszała ustami, wyciągnęła dłoń żeby dotknąć jego twarz. Odwrócił się i zobaczył konika polnego. Wśród ugniecionej trawy leniwie poruszał nóżkami lepkimi od krwi. Wybuch dzwięków ogłuszył go, świerszcze, wiatr, trawy, wreszcie usłyszał... i nic już nie było takie same... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:24 Zacisnął dłoń na firance i szarpnął. Kawałek materiału zerwał się i zwisał żałośnie nad oknem. Poczuł się strasznie samotny, rozczarowany. Zły, że wszystko odchodzi,że czas przecieka przez palce jak woda. W swoim życiu zrobił wiele dobrego, ale z wielu rzeczy nie jest dumny. Kiedy odszedł jego ostatni przyjaciel, zdjął go lęk i wybrał się do spowiedzi. Tak dawno tego nie robił, że dłonie spociły mu się ze strachu jak u uczniaka. Chciał żeby ulżyło ale niemiłe uczucie pozostało i po spowiedzi. Może Bóg mu wybaczył, ale bardziej zależało mu żeby wybaczyła mu ona. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:27 Był wściekły bo nie lubiał być bezradny, i nie lubiał być zaszczuty. A właśnie tak się czuł. Miał swoje lata, a jednak nie był przygotowany na to co mu powie. Dostała pieniądze. Powinna być zadowolona. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:30 Została sama. Lęk i smutek zrzucił na jej ramiona. Czuła jak ciąży jej ten płaszcz. Byle tylko nie myśleć. Drzewa krążyły nad nią jak kruki w ciemny dzień. Niebo wydawało się być dziś niżej niż zwykle. Zastrzyk i niemiłe zawroty towarzyszyły ostatniej kołaczącej się myśli: nie chcę. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:40 Potem odchodziła od niego powoli, jak motyl składała skrzydła. Cicha, zagubiona w myślach, smutna. Gdy zastanawiał się nad tym zawsze odsuwał tę myśl o śmierci. Przeszło 10 lat później obsesyjnie myślał o dziecku. Nowe życie, nowa miłość. Rodzina. Marianna była pulchną kobietką o miłym sposobie bycia. Trochę oschła, a trochę śmieszka. Lubiła żarty i śmiech. Pomyślał że to dobra towarzyszka na resztę dni. Śpieszyło mu się. Gdy nie udało mu się w pierwszym roku mieć potomka, zaniepokoił się. Może to kara ? Miłość już nie była tak spontaniczna, tak gorąca, bo czuł presję... widział małe dzieci wokół i dręczył się niezmiennie. Marianna była spokojna. Jej spokój dał siłę nowemu życiu. I nowe życie wstąpiło też w Henryka. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 00:47 W dzieciach najlepsze jest to że tak ładnie pachną. Kiedy gdzieś narodzi się dziecko pojawia się taki słodki zapach. Oliwka, pieluchy, talk i mleko matki. Marianna rozkwitła. Seks z nią był jak bukiet pięknych kwiatów. Obfita w kształtach, różowo-mleczna, pachnąca niemowlęciem. Zatapiał się w nią często jak w ramiona bezpieczne i wieczne. Nic złego tu go nie dosięgało, nawet myśli uciekały w inne światy. Czuł się jak dziecko, w cieple i mleku zazdroszcząc jedynie małej ruszynce obok. Właściwie pyzatej i rozdartej, jak po dwóch miesiącach stwierdził. Z wyrzutami sumienia, ale uciekał z domu do świata, do kolegów, żeby sobie coś udowodnić. Ale co ? juz nie pamięta... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 01:24 Ten zasraniec chyba już się nie pokaże. Szarpnął ręką i firanka zerwał się z karnisza. Nad oknem wisiał teraz żałosny strzępek . Czuł się podobnie. Dochodziła ósma. Może się zdrzemnąć ? Czym wypełnić kolejny dzień ? I pomyśleć że są ludzie co nie mają czasu. Pokuśtykał w stronę leżanki. Plecy bolały go coraz mocniej. Wyciągnął się niecierpliwie na łóżku i rozprostował zdrętwiałe nogi. Miał uczucie jakby coś przegrał lub stracił. Nie lubiał tego. Uciekał od złych mysli. Psotka przeciągnęła się na podłodze i z wdziękiem wskoczyła na pościel. Zamruczała pysznie i zwinęła z wdzięcznością w kłębek obok jego ramienia. Była jedynym ciepłem jakie mu zostało. Kawałek futra i kilo gorących kości trzymało go przy życiu. Do niej wracał i dla niej wychodził z domu. Dla kotki... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 01:28 (jutro bedzie więcej seksu bo się ponuro zrobiło hehe no tylko nie wiem na ile można Panu Heniowi pozwolić - jak myślicie ? :o) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 10.12.05, 12:34 (Syropku podrzuć jakiś temat, przewrotna Madziu co dziś może robić Pan Heniu, Psotko może coś humanistycznego ? pojawię się nocką, "potworzymy" ;o) czy dziś wszyscy mają kłopoty z zalogowaniem na forum, czy moderator mnie nie chce? :o( ) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 10.12.05, 15:58 a ja poprosze wylacznie o rozbuchane, pelne erotyzmu opisy jak to pan Henio byl edukowany. najpierw przez nianie, potem przez guwernantke i wreszcie na uniwersytetach przez wykladowczynie pewnego zachodniego jezyka. jak te zgnile kobiety doprowadzily go do moralnego upadku, jak zszedl na psy i dziady, jak sie zdegradowal, stoczyl i siegnal dna by w koncu stac sie cieciem w Szkole Podstawowej Nr7. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 10.12.05, 22:30 a jak to się ma do regulaminu forum ? co by mnie nie wywieźli na taczkach jak Jagnę... Odpowiedz Link Zgłoś
madzia69 Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 10.12.05, 22:36 brak wszelkich zasad jest zaleta tego forum ;) chyba ze jakas szycha legionowska dopatrzy sie swojej osoby w postaci henia albo krawaciarza ...nie daj boze irenki ;) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo piszemy powieść... 10.12.05, 23:03 Smok nieuchronnie nadlatywał. Robiło się ciemniej i ciemniej, a duszny cień powiększał się nad nim... Przerażenie, które go zatrzymało w miejscu było mu znane. Oblepiała go gęsta, mokra mgła o nieokreślonym kolorze i dźwięk, który wrzynał mu się w mózg boleśnie i drwiąco. Szum skrzydeł i jakiś mroczny ciężar. Uciekać ! Wyrwał nogi z bezruchu i odbił się od ziemi. Pęd powietrza sprawił mu nieopisaną rozkosz. Wolność... umykał przed beznadziejnym uczuciem że kiedyś już tak było. Policzki szczypały go od gorąca, a krew gotowała się w żyłach. Już widział jakiś prześwit przed sobą i nadzieja jak bladoniebieski kolor ucieszyła go gwałtownie. W piersiach brakowało już miejsca... miał wrażenie że pęknie, rozerwie się zaraz, tak piekło go gdzieś w okolicach mostku. Nagle poczuł podmuch wiatru i ostry ból przeciął mu plecy na dwie równe połowy. Jakaś ogromna siła zwaliła go z nóg na ziemię i wszystkie cienie zniknęły... Pojawiła się ona, ciemność. Głucha i cicha przywarła do niego na długo wysysając wszystkie zawiązki myśli jakie tylko zdażały mu się uwolnić. Umarł ? Pierwsze co usłyszał to szum. Wodospad ? Pierwsze co poczuł to zimne twarde podłoże pod stopami. Sprawiło mu to nieopisaną ulgę. Powoli wracało jego ciało. Poruszył stopą, coś miękkiego leżało obok niego. Opuścił dłonie ostrożnie przed siebie próbując zachować równowagę. Mokre i śliskie oplotły mu ręce motając każdy palec z osobna. Bez dłoni zaplątanych stracił pewność siebie. Woda spływała po nim tworząc maleńkie kaskady na sutkach. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść... 10.12.05, 23:17 Podniosła się nagle i lekko obejmując mu uda tak zdecydowanie, że zadrżał... Szum wody ogłuszał go lekko jak lampka wina przed nocnym niebem. Próbując rozchylić zlepione rzęsy w szybkim strumieniu zdołał uchwycić tylko pojedyńcze srebrzyste błyski. Łuski smoka ? zaczynał wątpić w swój rozsądek. Wszystko było takie nierealne. Ale gdy jego męskość zniknęła jakoś miękko i cicho, przypomniał sobie to uczucie. Pulsowanie... rytmiczne, namiętne i jakby żarłoczne wciągało go do siebie gorąco i delikatnie. Dał się ponieść falowaniu... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść... 10.12.05, 23:28 Gonitwa w żyłach i napięte mięśnie, twarde jędrne pośladki. Woda owijała się wokół niego drażniąc delikatnie sutki umykała w gęstwinę włosków na wyczekującym podbrzuszu. Napięcie nie opuszczało go ani przez chwilę. Cudowne ssanie gorące i wilgotne aż do bólu, prowadziło świadomość na skaj czegoś co już kiedyś przeżył. Dochodził dziko i gwałtownie tęskniąc za nią i jednocześnie walcząc o wolność i przewagę. Już nie wiedział czy dłonie ma skrępowane czy sam dociska je z całej siły do siebie. Wybuch jak ulga ogromna rzucił go w przepaść czarną i głęboką, a nagłe skrzydła z pulsowania poczęły lot w dalekim nieznanym kierunku... Było cicho i ciemno... Tam, gdzie mieszkasz, już biało od śniegu ... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść... 10.12.05, 23:39 Za oknem hałas obudził go i niemiło dał znać o realności. Nienawidził tego uczucia. Nie chciał otwierać oczu. W ciemności było mu zdecydowanie lepiej. Ale wiedział, że sen uciekł i musi wstać. Zerknął na zegarek, późno... Na stole leżały dwie cytryny. Żółtozielone, jeszcze nie przejrzałe. Skórka na nich przypominała mu skórę zmarzniętej kobiety, no gdyby nie ten kolor. A końcówki naprężone sutki... Odwrócił wzrok, ach to ten sen... westchnął... Pamięta jak wziął pierwszą wypłatę. Był taki dumny. Jego własne pieniądze. Kupił wtedy dwa kilo cytryn. Nie widzieli jeszcze czegoś takiego u niego w chałupie. Dumny jak paw rzucił na stół żółte owoce, a rodzeństwo zbiegło się podziwiać nieznane rarytasy. Chwilę później wylądowały w wiadrze pod piecem. Nawet świnie się ich nie tknęły. Bo i skąd miał wiedzieć, że pomarańcze wyglądają trochę inaczej... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść... 11.12.05, 14:59 Żeby wstać musiał znaleźć sobie na osłodę coś milszego niż przykre wspomnienie z chaty. Nie chciała pamiętać tamtej sceny, bolała... Odwrócił się ociężale na drugi bok trącając kota bezczelnie zajmującego pół leżanki. Spojrzał w stronę telewizora i westchnął... Pękata butelka z syropem stała na widoku równie bezczelnie. Jeśli taki ma być dzisiejszy dzień to ja dziękuję Panie Boże. Zawsze rankiem szukał znaków nadchodzącego dnia. Jedne były wyraźne, inne bardzo enigmatyczne. Pęknięta szklanka czy klucz ptaków w drodze do szkoły wprawiały go w jakiś nastrój. Jaki ? Zresztą nieważne... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść... 11.12.05, 15:00 Gdzieś od czasu do czasu małe literki z uwagami są fajne... inspirują ;o) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść... 11.12.05, 16:26 I tak parcie na pęcherz wyciągnęło go z łóżka. Potknął się o kapcie i knląc na niczym niewinne sflaczałe pantofle ruszył w stronę łazienki. Podniósł klapę muszli i pomyślał smutno o czasach gdy wieszał ręczniki kąpielowe na swoim przyjacielu. Te największe hehe... nawet te wilgotne. Teraz prowadził go dłonią jak ślepca, przez ubranie i podtrzymywał żeby trafić do toalety. Lubił go zawsze... uśmiechnął się do siebie. Najbardziej wtedy, gdy zasypiał, a ten jak samotny myśliwy drżał gdy tylko poczuł bliskość ciepłej dupeczki obok. Budził go wówczas, żeby wypuścił go w wilgotną dziurkę na spacer. Lubił gdy brał w dłonie pulchne pośladki i trzymał mocno aż zwierała się ciasno na wiernym przyjacielu. Symbioza hehe ... Ale to były czasy, westchnął, jak patrzył na ładniutkie babeczki to wyobrażał sobie jak mogłaby go mocno ścisnąć udami... Obecnie raczej przeszkadzały mu kobiety. Hałaśliwe i zrzędne lub piszczące niemiłosiernie, nie pociągały go wcale. Usiadł w końcu na dłużej i zatopił wzrok na pękniętej umywalce. Najbardziej brakowało mu tej irytującej pieszczoty, tak bardzo intymnej, że wstydził się jej najbardziej. Odrzucał głowę wtedy jak narwisty koń, spłoszony dotykiem dłoni. Jak skrzydła kruchego ptaka głaskały go po jego twarzy. Czułość... Brak mu tego najbardziej i nawet nie seksu, coraz rzadziej potrzebował kobiety. A gdy napięcie przychodziło i nabrzmiewało wstydliwie, brał go do ręki i kilkoma ruchami doprowadzał do wytrysku. Odczekiwał, aż ucichnie burza i skulał się tak bardzo jakby wstyd pochylił go ku ziemi. Czas na kawę, pomyślał, coś przyjemnego musi się przecież dziś wydarzyć... Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 11.12.05, 19:44 obawiam sie jednak , ze ta studnia bez dna albo raczej kaskada, potok, gejzer sprowadzi na nas klopoty i odezwie sie w koncu jakis straznik teksasu. chyba, ze co pikantniejsze kawalki bedziemy dostawac mailem wprost do domu. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:16 Syropku, prowokatorze paskudny... To nawet nie erotyka... to cyniczny realizm wymieszany z fantazją w snach pana Henia ... po prostu powieść... reszta to tylko Twoja wyobraźnia... gdybym miała pisać Ci na maila coś pikantniejszego to skrzynka by Ci się zagotowała... ;o) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:19 chwilowa przerwa techniczna spowodowana przeprowadzką na wyższe piętro... :o) więc jak z tą powieścią ? zostawiamy pana Henia w spokoju ? Odpowiedz Link Zgłoś
madzia69 Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:34 kilka postaci epizodycznych podniosloby temperature :) dr szkoly, dumny, nadzieja miejskiej spolecznosci - Pan Psikaczu, powabna nauczycielka o ksztaltnych piersiach - Marusia Ogonek dreczony wyrzutami sumienia - Pan E.Legalnetowo lekarz medycyny pozbawiony praw wykonywania zawodu za nielegalne praktyki prowadzenia eksperymentow psychologicznych be zgody badanych - Dr.Wątplimerz nieodwolanie wyobcowana - Wielka Iwa oraz nienawidzaca rzeczywistosci - Bladzia Odpowiedz Link Zgłoś
madzia69 Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 15.12.05, 19:43 wlascicielka agencji detektywistycznej, bez licencji - Zuza slodki Ekler, dziki Pepsikokt zwolennik terapi behawiorlano-poznawczej - P.Cichomaszyna Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 16:09 Nabieram sił żeby źródełko trysnęło na nowo... ;o) Henio erotoman zmieni się w Henia pracooooholika... ;o( Czekam na wolną nockę hehe pozdrawiam PS. słodki Ekler będzie cukiernikiem ? Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 18:22 Wspaniały aromat czarnej kawy rozszedł się po kuchni. Henio uwielbiał to. Wystarczyło że poczuł jej mocny, aksamitny zapach i wstępowała w niego werwa, czuł się jak młody ... no dobra, w każdym razie siły w niego wstępowały i brał się do roboty. Parzucha, jak często ją czule nazywał, wlewała w niego chęć do działania. Założył w biegu kurtkę i trzasnął drzwiami. Zbiegając po schodach natknął się na dziwaczną postać. Młoda kobieta schylona na klatce schodowej szperała pod skrzynką na listy. Gdy go zobaczyła podniosła nagle gazetę i zasłoniła twarz udając że ją czyta. Henio nie miał czasu, ale wyraźnie widział,że gazeta była do góry nogami... Fakt iż były wycięte w niej dwa otwory, dotarł do niego po dłuższej chwili. Ciężkie metalowe drzwi zaskrzypiały za nim przeraźliwie... Nie wiedząc czemu Henio poczuł jak przenika go lodowate zimno, jakby śmierć przeszła obok mnie, pomyślał i strząsając z siebie niemiłe uczucie pośpieszył dalej. Miasto czekało na niego... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 22:36 To chyba była zła kobieta, pomyślał gdy minął następną przecznicę. Miał niejasne przeczucie, że kiedyś już ją gdzieś widział. Nagle zatrzymało go jakieś ramię... obrócił się i zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę w obronie. Ach to ty, spłoszył się i zarumienił. Obok niego stała powabna kobieta z jedwabistymi włosami spietymi w staroświecki kucyk. Znajoma uśmiechnęła się i szepnęła: idziesz do szkoły ? Marusia... odwzajemnił uśmiech i westchnął. Ty też ? Na dziesiątą mam spotkanie z dyrektorem. Na dywanik. Co zrobić, takie życie... Lekko ruszyli razem przez przejście na drugą stronę ulicy. Nie wiadomo co go podkusiło, żeby zerknąć za siebie, do tyłu. Jakby coś ściągnęło jego uwagę, jakieś przeczucie że ktoś mierzy do jego pleców. Gęsia skórka obsypała mu całe ciało... odwrócił się i spojrzał odważnie, jak skoczek przed skokiem nabierając głęboko powietrze w płuca... pod witryną Ery stała i patrzyła na niego przenikliwie kobieta z klatki schodowej, zła kobieta... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 17.12.05, 22:59 nie na niego....ta zła kobieta patrzyła na jego pośladki.... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 18.12.05, 00:01 no tak, ... a potem znowu będzie na mnie... ;o))) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 18.12.05, 00:55 tak, przypomniał sobie ich spotkania. Była kobietą której żaden mężczyzna nie potrafił się oprzeć. Tak, pamiętam tę ostatnia noc. Przypomniał sobie targające nim uczucia, bolało jeszcze bardziej. Pewnie była w nich urażona duma i jakiś żal i wściekłość. Wrócił do domu, wkurzony na samego siebie. Na szczęście sen zabił go od razu. Rano...Tak, chciał przyjść do niej, chciał przytulić, przynieść kawę...Udało się tylko zrobić kawę. Nie chcieli wcale ze sobą rozmawiać. Teraz wiem, ze każde miało w sercu o cos żal, zadrę, wściekłość...Czas jednak biegł nieubłaganie....Po bagażach zorientował się, ze podjęła decyzje. Na tarasie przed recepcja chciał choć popatrzeć w jej zielone oczy, poszukać potwierdzenia lub zaprzeczenia tego o czym myślał. Schowała się pod kapeluszem...W ostatnich sekundach mieli sobie mnóstwo do powiedzenia, ten klakson ciągle ma w uszach...Wszystko do dupy.... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ja malymi literkami i juz mnie nie ma... 19.12.05, 00:32 Dłoń Marusi wyrwała go z niemiłej scenerii. Znienawidzony motel rozpływał się coraz szybciej, a ulica tętniąca życiem wróciła do niego z hałasem. Znajoma trzymała go za rękę i patrzyła uważnie w oczy. Wszystko w porządku, zapytała. Zaniepokoiłam się... Żachnął się niespodziewanie i skrzywił. Nie, to znaczy wszystko ok, zamyśliłem się. Mamy jeszcze chwilkę czasu, może wstąpimy na kawę, zaproponowała. Otępiały jeszcze od wspomnień skinął powoli głową. Patrzył na jej twarz jak na martwy opuszczony budynek i dał się zaprowadzić dalej jak dziecko. Weszli do miłej ciasnej kawiarenki, gdzie panował półmrok mimo rannych godzin. Przyciemnione światła i lampki choinkowe rozwieszone na sztucznych drzewkach miło otulały jej twarz. Zanim przyszła kelnerka dostrzegł zarys cegieł na ścianach, jej wydatny kształt ust i miękkie parabole unoszące się miarowo wraz z oddechem... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 11:56 ja: (zasypaim) on: (mnie podszczypuje) ja: (się bronię) on: (nadal podszczypuje) ja: (się opieram) on: (uporczywie podszczypuje) ja: chcę spać on: to się nie opieraj ja: chcę szybko zasnąć on: jeśli będziesz się opierać to zaczniemy za około 20 minut. potem jakieś 20 minut seks i spać pójdziesz za około 50 minut ja: ale ja chcę wcześniej on: to się nie opieraj tylko współpracuj, a będziesz wolna za góra 20 minut Odpowiedz Link Zgłoś
aganiok32 Re: a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 11:57 20 minut....czyli jakis szybki numerek :-) hehe Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: a może by tak jakieś dialogi? ;-) 19.12.05, 11:58 żebym nie była posądzona o plagiat dialog był z www.onabloxuje.pl:) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 jestem za... 19.12.05, 16:14 dialogi sa konieczne i do tego niezbedne jest umiejscowienie sytuacji w legionowskich realiach.na przyklad dusznej sali legionowskiego kina Mazowsze co go juz niestety nie ma. ale moglaby to byc retrospekcja :) wszystko wibrowalo jej przed oczami ...spadala gdzies w dol...rozplywala sie w nicosc. polprzytomna drzacymi rekami uwolnila piersi spod krepujacej bielizny. twarde...nabrzmiale...niemal eksplodujace. czekaly kiedy dotkna je niecierpliwe dlonie Henryka. cala skladala sie z tego wyczekiwania, ktore wypelnialo ja az do bolu... z polsnu wyrwalo ja swiatlo latarki obmacujace twarz i rzucone przez zeby slowa kasjerki Euzebii Lewarek...bilet do kontroli poprosze! Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: jestem za... 19.12.05, 17:22 zastanawia mnie tylko jedna sprawa dlaczego kobiety wczuły sie w role meskie a faceci odwrotnie?? A skąd Gua niby wiesz jak czuła się i myślała kobieta?:)) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: jestem za... 19.12.05, 17:23 wolałabym raczej żeby było bardziej edukacyjnie lub koedukacyjnie...choć i tak jest fajnie:)) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: jestem za... 19.12.05, 17:28 Zabolało, ale pewnie tak miało być...Poczułem jakąś fale gorąca uderzająca do głowy, mogłem wtedy jak najszybciej uciec albo wybuchnąć. Szarpały mnie myśli, ale pomyślałem, ze jeśli ma mnie jakiś widok zaboleć to może lepiej nie pchać palca w drzwi... albo tak (to mój ulubiony kawałek:)) Moja Mała Zuziu, Gdy Kubuś Puchatek spadł z hukiem, po próbie dobrania się do miodku przy pomocy balonika, Krzyś przytulił go i powiedział: "Mój Mały Głupiutki Misiu" Mów mi Krzysiu!!!:))) . Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 niby w odpowiedzi... 19.12.05, 20:21 cygan sie chyba powiesil bo pogoda taka jakas...jak w dawnym kieleckim...wieje. dmucha!a wracajac do tego: A skąd Gua niby wiesz jak czuła się i myślała kobieta?:)) nie wiem czy akurat w tym fragmencie ona miala czas na myslenie :) opieralem sie wylacznie na obserwacjach i wlasnych doswiadczeniach:) sinus.one.pl/~dorolinka/summer.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo HELP 19.12.05, 20:37 wszystko ok , ALE : ludzie jak jest kawiarnia to bileterka czy konduktorka nie świeci w oczy latarką (chyba że coś nam tu z Kafki chlapnęło, a to przepraszam) ;o) jak jest ranek to dialog o szybkim numerku w łóżku jest ... jakiś oderwany od rzeczywistości a jak zauważyli lub nie zauważyli niektórzy to dialogi nie muszą być rozdzielane standardowymi środkami interpunkcyjnymi i ... były :o( trzymajmy się jako tako miejsc i próbujmy zachować ciągłość, a ZABAWA będzie lepsza - o wiele trudniej dopasować swój klocek jeśli ktoś śmiesznego narzucił Zuzia :o) detektyw szuka ideału pośladków z przeszłości - no nieźle mnie zażyłaś Syropek słodki i kochany wczuwa się cudnie w kobiece instynkty (coraz lepiej, jeszcze trochę i zmiana płci gotowa) Syropku czy nie byłeś kiedyś kobietą ? pozdrawiam i całuję ciocia iwo Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo piszemy powieść 19.12.05, 21:03 Pozwólmy Heniowi posiedzieć jeszcze chwilkę przy Marusi Ogonek zanim ona namówi go na ten wyczekiwany szybki numerek (20 min ? szybki to musiała pisać kobitka haha) ... kilka rozdziałów dalej :O) Oddech Marusi jakby zatrzymał się na chwilkę, gdy podeszła kelnerka. Co dla Państwa ? - zapytała życzliwie obrzucając spojrzeniem nietypową parę. Dla mnie lody Miki, poproszę, szepnęła wstydliwie Marusia i zapłoniła się wdzięcznie. Henio zmieszał się: - kawa. Mamy dziś kawę amaretto, hawajską, ... jej słowa gdzieś utknęły po drodze do niego. Patrzył na nią i nie słyszał co mówi. Zwykła, czarna, parzona. Uśmiech kelnerki zwisł smętnie i odeszła kołysząc biodrami prawie obrażona. Co ci jest Heniusiu, spytała Marusia, chwytając łapczywie jego dłoń. Kawiarnia Olimp zadygotała, ciężkie marszczone zasłony zdawały się spadać na ziemię, gdy poczuł jej mocne tętno. Zapach jej słonej skóry drażnił i miał ogromną ochotę dotknąć jej dekoldu. Tam gdzie szyja kończyła swój bieg i spadało spojrzenie Henia, drżała mała srebrzysta kropla potu. Jakby czekała na niego i jego dłonie, jakby stworzono ją dla jego szorstkiego języka, jakby nic więcej nie było istotne, tylko ona. Jego podniecenie, tak nagłe i piękne przerwała nagle kelnerka: proszę lody.... i kawa... zazgrzytała zębami. Puchar z lodami uszczęśliwił Marusię. Sięgała raz po raz łyżeczką do kieliszka i ślicznie wyginała usteczka przy lodowych kwaśnych porcjach. Mógłby patrzeć tak na nią godzinami. Iskierki światełek tańczyły na nóżce pucharu, kiedy obracała go ciągnąc za uszka przeźroczystej myszki. Gdzieś mówiło mu przeczucie że te wargi pulchne i czerwone dadzą mu rozkosz jaką będzie długo pamiętał. Kiedy uchylały się lekko i zaciskały mocno, kiedy język oplątywał czule i drapieżnie chłodny metal i podniecał się każdą odrobiną śnieżnobiałej śmietanki - Henio wiedział już, że Marusia musi być jego. Zostało mu już tylko jedno: zapłacić rachunek... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść 19.12.05, 21:07 Właściciel kawiarni niejaki pan Eklerk spojrzał na Henia groźnie zza okularów: więc nie mamy czym zapłacić ? Przy tak słodkim nazwisku biznesmennn był niestety gorzki i twardy ... jak czekolada Wawel z lodówki. No i co będzie ? Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: piszemy powieść 20.12.05, 09:04 hmm, ten pan Henio to jakiś niewyżyty seksualnie a nie stać go nawet na lodu....phi z z takim adoratorem:(( Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: piszemy powieść 20.12.05, 09:13 w takim razie trzeba pomyśleć jak zapłaci Pan rachunek. Dobrze, idą święta więc znaj człowieku moje dobre serce. Przez tydzień będziesz pracował w mojej kawiarni a Marusia....(*łypnął na nią nią...no,no niezła z niej sztuka.) Panna Marusia będzie moją gosposią. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: piszemy powieść 20.12.05, 12:09 W tym zamieszaniu Henio popatrzył na rachunek i serce mu się ścisnęło. 14 zł ? i za 14 złociszów i chwilkę zapomnienia ona miałaby płacić ciałem i duszą jakiemuś czekolasiowi bez serca ? Nigdy, rzucił na ladę swój pamiątkowy zegarek i rzekł twardo patrząc prosto w oczy twardemu Eklerkowi: wrócę po niego... Marusia spojrzała wdzięcznie jak sarna na swego obrońcę i wybawcę... Czuła, że w takiej chwili mogłaby wszystko dla niego zrobić... nawet... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: piszemy powieść 20.12.05, 12:57 zaraz, zaraz jakiego wybawce?. Zaprosił ją do kawiarni, zjadła lody ledwie za 14 pln i to miał być ten Romeo? A gdzie obiecana kolacją przy świecach, krewetki, ostrygi, szampan? Tyle jej obiecywał, tak patrzył w oczy. Miało być tak namiętnie, tak kusząco.... a tu...Ech Ci mężczyźni... Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:18 Legionowo. Miasto juz spało kiedy Pan Henio woźny tutejszej szkoły , siedząc przy kominku wspominał dawne czasy młodości .A było co wspominać...Pan Henio był przed wojną znanym miejscowym playbojem :) I jak to mówią w kasze nie dmuchał . pewnego razu na ulicy Jagiellońskiej spotkał Panią Irenkę, z którą kiedyś łączyła go zażyłość niekoniecznie platoniczna.. Wtedy życie miało inny smak... Kobiety były skromniejsze, seks pod pierzyną bardziej tajemniczy... stare dobre czasy. I ludzie rozmawiali ze sobą, a nie patrzyli w grające pudło, godzinami siedząc obok siebie nawet na siebie nie patrząc. Teraz młode dziewczyny już nie rumienią się jak dawniej. Chodzą kołysząc biodrami i mało co nie gubią tych wiecznie opadających spodni. Zgroza ... gdzie ten świat zdąża ? Co będzie za kolejne 20 lat ? Jeśli dożyję He He , siedząc w pampersie z kroplówką nad ramieniem, o czym będę rozmyślał ? Jedyne co się nie zmienia to teściowe. One są nad czasowe. Jędza jedna, kurza twarz, jak wspomnę to mi nawet kawy nie trzeba. Pożytek jeden, że podnosi ciśnienie, stare babsko. Pan Henio schylił się i wrzucił polano do ognia. Z początku zaskwierczało jakby broniło się przed ogniem, potem powoli poddało się złocistemu jęzorowi, który otulił je całe i pochłonął. W oddali wyły wilki . Pan Henio wstał i skierował się w stronę łazienki. Czas wyprowadzić najlepszego przyjaciela na spacer, powiedział do siebie, uśmiechając się łobuzersko. Zerknął w lusterko i westchnął. Nie, to już nie ma znaczenia... każda kolejna zmarszczka nic nie zmieniała. A problemy z prostatą były coraz bardziej dokuczliwsze .A Irenka, tak.... to była kobieta... Fakt, że mogłaby cyckiem zabić i biodrami zadusić wołu.... ale jak ją na potańcówce przydusić to miękła w rękach jak wosk. Sama słodycz... Westchnął głęboko patrząc w dół i wrócił do kominka ogrzać stare kości. Już świtało. Pan Henio zerknął przez okno i zauważył, że ktoś panu Zenkowi spod czwórki ściąga koła z jego passata. O cholera zaklął szpetnie i powiedział ……..Było coś magicznego w ogniu. Coś co wciągało duszę człowieka między płonące polana i ukazywało sceny, które gdzieś zapisały się w naszej dawno zagubionej pamięci. Irenka... moja miłości, gdzie teraz masz swój kram z mięsem ? W niebie szykujesz aniołom strawę czy w piekle tańczysz z diabłami... Psotka przeciągnęła się obok niego i miauknęła wyczekująco... Kocisko wierne, kochane... futerko jej się zmierzwiło, gdy przeciągnął szorstką ręką po jej grzbiecie. Kotka wystawiła pazury i ziewnęła ukazując czerwone wnętrze swojego pyszczka. Passat sąsiada stał już nagi i bosy... He he dobrze mu tak zasrańcowi jednemu... taki ważniak to niech sobie dobry alarm posadzi w tym wózku. Wyobraził sobie jutrzejszy poranek jak krawaciarz widzi swój samochodzik i klnie... He he... może nawet rzuci na ziemię swoją ukochaną skórzaną walizkę. Też będzie ubaw. Jeszcze z dwie godzinki, to i nie opłaca się kłaść do łóżka. Piżamę zakładać.... zawsze uważał że jest coś niemęskiego w piżamie. Facet jest jakiś śmieszny i gogusiowaty jak jaki odmieniec, z tych innych... no i coś mu tam brakuje w wyglądzie. Pocieszył się na myśl o czekającym go widowisku i zgłodniał jakoś. Przeciągnął ręką po trzewiach i podniósł się z zamiarem pójścia do kuchni. Psotka błyskawicznie podniosła się z ziemi i kilkoma susami dogoniła stare pantofle. Pajda czerstwego chleba i kawał sera już leżały na talerzu, a jeszcze czajnik zaczął pogwizdywać. Psotka niecierpliwie drapała w powietrzu łapami, przypominając o swoim istnieniu. Szklanka wypełniła się wrzątkiem i nabierała barwy pięknego koniaku. Na myśl o słodkim trunku staremu ślina napłynęła do ust. Może by coś jeszcze dolać do herbaty. Z prądem, jak mówią górale, herbata jest najlepsza. Wlewając gorący napar w gardło miał wrażenie, że odrobina wódki wydartej staremu kredensowy, roztapia mu lód w żyłach. Psotka wbiła delikatnie pazur w jego kolano natarczywie patrząc mu w oczy. Rzucił jej kawałek sera, żeby mu dała spokój, ale prawdę mówiąc lubił to. Ostatnio była jedyną istotą, która go dotykała. Nawet gdy rozcapierzone palce z wysuniętymi małymi szponami zostawiały krwawe podłużne ślady, ból sprawiał mu przyjemność. Czuję, że żyję, jeszcze... Kot był wiernym towarzyszem. Odkąd pamięta psotka była obok, nawet nie zdaje sobie sprawy kiedy i skąd się pojawiła... dziwne ... ten ciepły kawałek futerka wzruszał go łez. Okrucieństwo ? może trochę, lubił patrzeć na jej furię gdy czuła zapach mięsa na jego talerzu. Jak mały kociaczek zmienia się w dzikie zwierzątko. Dzikie, ale bardziej uczciwe od wszystkich ludzi wokół niego. Mijali go codziennie... Głównie kobiety. Codziennie patrzyli na niego jakby był niewidzialny. Czuł zapach wstydu i skrępowanie niektórych. Otwierał im drzwi, mył po nich podłogi, sprzątał po nich śmieci. Czasem dostrzegał w tłumie ludzi kogoś z iskrą zrozumienia, kto posyłał mu skromny uśmiech, ale pogodził się z masą milczących nadludzi, jakby żyli w innym wymiarze, w innym czasie. Dla niego czas zwolnił. Ciągnął się niemiłosiernie, czasem miał wrażenie jakby Pan Bóg zrobił dla niego spektakl. Zdystansowany od innych, miał własne miejsce z którego patrzył na świat. Każdy moment, kiedy któryś z aktorów zagadnął do niego, był magiczny. Czas ruszał z miejsca i ... żył... Pan Henio wstał nagle przypominając sobie o lekarstwie, które zapomniał wypić. Podszedł do łuszczącego się już trochę kredemsu i otworzył ze skrzypieniem drzwiczki. Gdzie ten ... paskudny syrop, przeklęte babsko w białym fartuchu kazało mu pić go ze trzy razy na dzień, zawsze zapominał. Trochę specjalnie, bo smak był obrzydliwy jak jakiś wywar czarownicy ze skrzydeł nietoperzy i ropnych żabich skrzeków... hehe się zgubił i dobrze.... smak mocnej herbatki lepszy... Za oknem zdążyło pojaśnieć, gdy niecierpliwym ruchem odgarnął firankę. Krawaciarz jeszcze się nie pojawił. Zerknął na zegarek, jeszcze pięć może dziesięć minut. Wychodzi punktualnie, czasem bierze tę He he ochoczą sąsiadeczkę do samochodu,żeby ją podwieź do Warszawy. Pomyślał by kto... podwieź...jak na nich popatrzyć to widać że jak tylko trzasną lakierkami He he w autku to obmacuje jakie majtki włożyła, sznurki czy barchany He he Idzie... o ja... Boże jesteś wielki... będę miał co wspominać w zimowe dni... zasraniec zmienił kolor buźki z zielonego na czerwony, a potem znowu zfioletowiał... i tak stoi jakby go ktoś zamurował... o ... lalunia wyszła... w futerku z lisków hehe mrozu nie ma a ta w futrze, musi być jej zimno pod spodem... będzie dzisiaj dymanko...na nogach, paniusiu ... trza zmienić szpileczki na gumiaki i w drugę hehe Warszawa czeka... :o) Paniusia szybciej zrozumiała swoją smutną sytuację... chyba telefonuje, niech mnie diabli wezmą jak nie po innego gacha... hehe drepcze za dom na uliczkę obok, gdzie za chwilę podjeżdża ... inny wózek. Troche gorszy, ale cóż zmiana statusu w tym wypadku jest usprawiedliwiona. Śmieszy mnie fakt że paniusi obojętny jest ptaszek za kierownicą, a zależy jest tylko na czterech kółkach... no i spaliny zostały tylko po niej. Kobitki z jednej strony mają dobrze: znajdzie zawsze się jakiś ptaszek, żeby dupci nie musiały wozić... Staremu humor dopisywał jak nigdy. Poczuł się rześki i wypoczęty mimo nieprzespanej nocy. Dziś Pan Bóg dał mu w prezencie niezłe przedstawienie. A co z sąsiadem w chwili nieszczęścia ? Pan Henio rozglądał się we wszystkie strony ale na ulicy krawaciarza nie było. Tak się zapatrzył na paniusię w liskach, że tęczowy sąsiad zniknął mu z pola widzenia. No trudno... nie można mieć wszystkiego naraz burknął Henio i podreptał po taboret. Będę czuwał: postanowił. Za oknem już jasno i ulica zaczęła powoli ożywać. Wrzeszczące lub milczące kobiety ciągnęły swoje pociechy objuczone tornistrami. Połowę z nich terkotało przez telefon. Zadziwiające jak dużo ludzi rozmawia dziś przez komórki, a jak mało mówi do siebie osobiście. To Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:21 To też oznaka współczesnych czasów. Zza rogu wyszły trzy młode dziewczyny, może 14 lat. Teraz trudno ocenić.Wszystko teraz takie rozwinięte... cycate to to i wymalowane, a z tyło wogóle nie widać czasem czy baba czy chłop. Dziewuszki w zimie półnagie jakieś. Ubrane fikuśnie, jakieś kurteczki przykrótkie jakby krawiec w pijanym widzie kroił materiał, brzuchy śniade jak bochenki chleba na wierzchu, ale płaskie, nijakich boskich krągłości ni ma. Skaranie boskie co z tego wyrośnie, jakiś suchciel, czy co... I to ma rodzić? Przecież z tego kaloryfera to i spaść można a co dopiero dziecko począć. Bóg dał babom słodkie pulchne ciała coby grzeszyć było łatwiej hehe no i dzieciom wychylać się na świat prędziej. No ale teraz to przecież z probówek będą leźć, jak owady jakie czy co... Stary jestem... Suchciele idą dalej i chichchchocą tak że im się żebra trzęsą. Popatrzył na swoje ręce i się zawstydził. Pomarszczone, szorstkie, pełne plam i ogorzałe słońcem. Jak dawno nie dotykał kobiety. Potrząsnął głową, ale pamięta zapach który oszałamia, nęci i gorąco co rozchodzi się po ciele od nóg do głowy. Zaczerwienił się. Starej daty był, jak to mówią. Wstydliwy. Pamięta miękkość piersi i tych małych ledwo rozkwitniętych, różowych na zielonej łące w środku lasu, gdzie zmasakrował cudne maślaki na wilgotnym mchu, i tych wielkich, olbrzymich białych z ogromnymi rozlanymi sutkami, kiedy miał wrażenie że mleko w nich płynie i tryśnie lada chwila... Ulica zamigotała i powoli znikła a stary przeniósł się gdzieś daleko... do krainy jego młodości, kiedy ogorzaly słońcem wylegiwał się na łące pachnącej zniewalająco koniczyną. W zębach ściskał źdźbło trawy i mrużąc oczy spoglądał w palące słońce. Dłonią gładził złote włosy Ireny, która przeciągała się lubieżnie ugniatając swym białym jak mleko ciałem srebrzyste kwiaty koniczyny. Do tej pory pamięta maki kołyszące się wśród kłosów jak krople krwi szumiącej w skroniach, gdy spełnił się w oślepiającym słońcu. A potem zaległa cisza... i pamięta tą ciszę do dziś. Jakby nagle ogłuchł, wszystko stało się jasne i kołysało się na wietrze. Ptak śpiewał bezgłośnie gdzieś nad nim, trawa szumiała i kładła się łanami gdzieś obok, ale nic nie słyszał. Jakby wszystko wokół wstrzymało oddech. Coś mówiła do niego, poruszała ustami, wyciągnęła dłoń żeby dotknąć jego twarz. Odwrócił się i zobaczył konika polnego. Wśród ugniecionej trawy leniwie poruszał nóżkami lepkimi od krwi. Wybuch dzwięków ogłuszył go, świerszcze, wiatr, trawy, wreszcie usłyszał... i nic już nie było takie same... Zacisnął dłoń na firance i szarpnął. Kawałek materiału zerwał się i zwisał żałośnie nad oknem. Poczuł się strasznie samotny, rozczarowany. Zły, że wszystko odchodzi,że czas przecieka przez palce jak woda. W swoim życiu zrobił wiele dobrego, ale z wielu rzeczy nie jest dumny. Kiedy odszedł jego ostatni przyjaciel, zdjął go lęk i wybrał się do spowiedzi. Tak dawno tego nie robił, że dłonie spociły mu się ze strachu jak u uczniaka. Chciał żeby ulżyło ale niemiłe uczucie pozostało i po spowiedzi. Może Bóg mu wybaczył, ale bardziej zależało mu żeby wybaczyła mu ona. Był wściekły bo nie lubiał być bezradny, i nie lubiał być zaszczuty. A właśnie tak się czuł. Miał swoje lata, a jednak nie był przygotowany na to co mu powie. Dostała pieniądze. Powinna być zadowolona. Została sama. Lęk i smutek zrzucił na jej ramiona. Czuła jak ciąży jej ten płaszcz. Byle tylko nie myśleć. Drzewa krążyły nad nią jak kruki w ciemny dzień. Niebo wydawało się być dziś niżej niż zwykle. Zastrzyk i niemiłe zawroty towarzyszyły ostatniej kołaczącej się myśli: nie chcę. Potem odchodziła od niego powoli, jak motyl składała skrzydła. Cicha, zagubiona w myślach, smutna. Gdy zastanawiał się nad tym zawsze odsuwał tę myśl o śmierci. Przeszło 10 lat później obsesyjnie myślał o dziecku. Nowe życie, nowa miłość. Rodzina. Marianna była pulchną kobietką o miłym sposobie bycia. Trochę oschła, a trochę śmieszka. Lubiła żarty i śmiech. Pomyślał że to dobra towarzyszka na resztę dni. Śpieszyło mu się. Gdy nie udało mu się w pierwszym roku mieć potomka, zaniepokoił się. Może to kara ? Miłość już nie była tak spontaniczna, tak gorąca, bo czuł presję... widział małe dzieci wokół i dręczył się niezmiennie. Marianna była spokojna. Jej spokój dał siłę nowemu życiu. I nowe życie wstąpiło też w Henryka. W dzieciach najlepsze jest to że tak ładnie pachną. Kiedy gdzieś narodzi się dziecko pojawia się taki słodki zapach. Oliwka, pieluchy, talk i mleko matki. Marianna rozkwitła. Seks z nią był jak bukiet pięknych kwiatów. Obfita w kształtach, różowo-mleczna, pachnąca niemowlęciem. Zatapiał się w nią często jak w ramiona bezpieczne i wieczne. Nic złego tu go nie dosięgało, nawet myśli uciekały w inne światy. Czuł się jak dziecko, w cieple i mleku zazdroszcząc jedynie małej ruszynce obok. Właściwie pyzatej i rozdartej, jak po dwóch miesiącach stwierdził. Z wyrzutami sumienia, ale uciekał z domu do świata, do kolegów, żeby sobie coś udowodnić. Ale co ? juz nie pamięta... Ten zasraniec chyba już się nie pokaże. Szarpnął ręką i firanka zerwał się z karnisza. Nad oknem wisiał teraz żałosny strzępek . Czuł się podobnie. Dochodziła ósma. Może się zdrzemnąć ? Czym wypełnić kolejny dzień ? I pomyśleć że są ludzie co nie mają czasu. Pokuśtykał w stronę leżanki. Plecy bolały go coraz mocniej. Wyciągnął się niecierpliwie na łóżku i rozprostował zdrętwiałe nogi. Miał uczucie jakby coś przegrał lub stracił. Nie lubiał tego. Uciekał od złych mysli. Psotka przeciągnęła się na podłodze i z wdziękiem wskoczyła na pościel. Zamruczała pysznie i zwinęła z wdzięcznością w kłębek obok jego ramienia. Była jedynym ciepłem jakie mu zostało. Kawałek futra i kilo gorących kości trzymało go przy życiu. Do niej wracał i dla niej wychodził z domu. Dla kotki... Smok nieuchronnie nadlatywał. Robiło się ciemniej i ciemniej, a duszny cień powiększał się nad nim... Przerażenie, które go zatrzymało w miejscu było mu znane. Oblepiała go gęsta, mokra mgła o nieokreślonym kolorze i dźwięk, który wrzynał mu się w mózg boleśnie i drwiąco. Szum skrzydeł i jakiś mroczny ciężar. Uciekać ! Wyrwał nogi z bezruchu i odbił się od ziemi. Pęd powietrza sprawił mu nieopisaną rozkosz. Wolność... umykał przed beznadziejnym uczuciem że kiedyś już tak było. Policzki szczypały go od gorąca, a krew gotowała się w żyłach. Już widział jakiś prześwit przed sobą i nadzieja jak bladoniebieski kolor ucieszyła go gwałtownie. W piersiach brakowało już miejsca... miał wrażenie że pęknie, rozerwie się zaraz, tak piekło go gdzieś w okolicach mostku. Nagle poczuł podmuch wiatru i ostry ból przeciął mu plecy na dwie równe połowy. Jakaś ogromna siła zwaliła go z nóg na ziemię i wszystkie cienie zniknęły... Pojawiła się ona, ciemność. Głucha i cicha przywarła do niego na długo wysysając wszystkie zawiązki myśli jakie tylko zdażały mu się uwolnić. Umarł ? Pierwsze co usłyszał to szum. Wodospad ? Pierwsze co poczuł to zimne twarde podłoże pod stopami. Sprawiło mu to nieopisaną ulgę. Powoli wracało jego ciało. Poruszył stopą, coś miękkiego leżało obok niego. Opuścił dłonie ostrożnie przed siebie próbując zachować równowagę. Mokre i śliskie oplotły mu ręce motając każdy palec z osobna. Bez dłoni zaplątanych stracił pewność siebie. Woda spływała po nim tworząc maleńkie kaskady na sutkach. Podniosła się nagle i lekko obejmując mu uda tak zdecydowanie, że zadrżał... Szum wody ogłuszał go lekko jak lampka wina przed nocnym niebem. Próbując rozchylić zlepione rzęsy w szybkim strumieniu zdołał uchwycić tylko pojedyńcze srebrzyste błyski. Łuski smoka ? zaczynał wątpić w swój rozsądek. Wszystko było takie nierealne. Ale gdy jego męskość zniknęła jakoś miękko i cicho, przypomniał sobie to uczucie. Pulsowanie... rytmiczne, namiętne i jakby żarłoczne wciągało go do siebie gorąco i delikatnie. Dał się ponieść falowaniu... Gonitwa w żyłach i napięte mięśnie, twarde jędrne pośladki. W Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:23 . Woda owijała się wokół niego drażniąc delikatnie sutki umykała w gęstwinę włosków na wyczekującym podbrzuszu. Napięcie nie opuszczało go ani przez chwilę. Cudowne ssanie gorące i wilgotne aż do bólu, prowadziło świadomość na skaj czegoś co już kiedyś przeżył. Dochodził dziko i gwałtownie tęskniąc za nią i jednocześnie walcząc o wolność i przewagę. Już nie wiedział czy dłonie ma skrępowane czy sam dociska je z całej siły do siebie. Wybuch jak ulga ogromna rzucił go w przepaść czarną i głęboką, a nagłe skrzydła z pulsowania poczęły lot w dalekim nieznanym kierunku... Było cicho i ciemno... Tam, gdzie mieszkasz, już biało od śniegu ... Za oknem hałas obudził go i niemiło dał znać o realności. Nienawidził tego uczucia. Nie chciał otwierać oczu. W ciemności było mu zdecydowanie lepiej. Ale wiedział, że sen uciekł i musi wstać. Zerknął na zegarek, późno... Na stole leżały dwie cytryny. Żółtozielone, jeszcze nie przejrzałe. Skórka na nich przypominała mu skórę zmarzniętej kobiety, no gdyby nie ten kolor. A końcówki naprężone sutki... Odwrócił wzrok, ach to ten sen... westchnął... Pamięta jak wziął pierwszą wypłatę. Był taki dumny. Jego własne pieniądze. Kupił wtedy dwa kilo cytryn. Nie widzieli jeszcze czegoś takiego u niego w chałupie. Dumny jak paw rzucił na stół żółte owoce, a rodzeństwo zbiegło się podziwiać nieznane rarytasy. Chwilę później wylądowały w wiadrze pod piecem. Nawet świnie się ich nie tknęły. Bo i skąd miał wiedzieć, że pomarańcze wyglądają trochę inaczej... Żeby wstać musiał znaleźć sobie na osłodę coś milszego niż przykre wspomnienie z chaty. Nie chciała pamiętać tamtej sceny, bolała... Odwrócił się ociężale na drugi bok trącając kota bezczelnie zajmującego pół leżanki. Spojrzał w stronę telewizora i westchnął... Pękata butelka z syropem stała na widoku równie bezczelnie. Jeśli taki ma być dzisiejszy dzień to ja dziękuję Panie Boże. Zawsze rankiem szukał znaków nadchodzącego dnia. Jedne były wyraźne, inne bardzo enigmatyczne. Pęknięta szklanka czy klucz ptaków w drodze do szkoły wprawiały go w jakiś nastrój. Jaki ? Zresztą nieważne... I tak parcie na pęcherz wyciągnęło go z łóżka. Potknął się o kapcie i knląc na niczym niewinne sflaczałe pantofle ruszył w stronę łazienki. Podniósł klapę muszli i pomyślał smutno o czasach gdy wieszał ręczniki kąpielowe na swoim przyjacielu. Te największe hehe... nawet te wilgotne. Teraz prowadził go dłonią jak ślepca, przez ubranie i podtrzymywał żeby trafić do toalety. Lubił go zawsze... uśmiechnął się do siebie. Najbardziej wtedy, gdy zasypiał, a ten jak samotny myśliwy drżał gdy tylko poczuł bliskość ciepłej dupeczki obok. Budził go wówczas, żeby wypuścił go w wilgotną dziurkę na spacer. Lubił gdy brał w dłonie pulchne pośladki i trzymał mocno aż zwierała się ciasno na wiernym przyjacielu. Symbioza hehe ... Ale to były czasy, westchnął, jak patrzył na ładniutkie babeczki to wyobrażał sobie jak mogłaby go mocno ścisnąć udami... Obecnie raczej przeszkadzały mu kobiety. Hałaśliwe i zrzędne lub piszczące niemiłosiernie, nie pociągały go wcale. Usiadł w końcu na dłużej i zatopił wzrok na pękniętej umywalce. Najbardziej brakowało mu tej irytującej pieszczoty, tak bardzo intymnej, że wstydził się jej najbardziej. Odrzucał głowę wtedy jak narwisty koń, spłoszony dotykiem dłoni. Jak skrzydła kruchego ptaka głaskały go po jego twarzy. Czułość... Brak mu tego najbardziej i nawet nie seksu, coraz rzadziej potrzebował kobiety. A gdy napięcie przychodziło i nabrzmiewało wstydliwie, brał go do ręki i kilkoma ruchami doprowadzał do wytrysku. Odczekiwał, aż ucichnie burza i skulał się tak bardzo jakby wstyd pochylił go ku ziemi. Czas na kawę, pomyślał, coś przyjemnego musi się przecież dziś wydarzyć... Wspaniały aromat czarnej kawy rozszedł się po kuchni. Henio uwielbiał to. Wystarczyło że poczuł jej mocny, aksamitny zapach i wstępowała w niego werwa, czuł się jak młody ... no dobra, w każdym razie siły w niego wstępowały i brał się do roboty. Parzucha, jak często ją czule nazywał, wlewała w niego chęć do działania. Założył w biegu kurtkę i trzasnął drzwiami. Zbiegając po schodach natknął się na dziwaczną postać. Młoda kobieta schylona na klatce schodowej szperała pod skrzynką na listy. Gdy go zobaczyła podniosła nagle gazetę i zasłoniła twarz udając że ją czyta. Henio nie miał czasu, ale wyraźnie widział,że gazeta była do góry nogami... Fakt iż były wycięte w niej dwa otwory, dotarł do niego po dłuższej chwili. Ciężkie metalowe drzwi zaskrzypiały za nim przeraźliwie... Nie wiedząc czemu Henio poczuł jak przenika go lodowate zimno, jakby śmierć przeszła obok mnie, pomyślał i strząsając z siebie niemiłe uczucie pośpieszył dalej. Miasto czekało na niego... To chyba była zła kobieta, pomyślał gdy minął następną przecznicę. Miał niejasne przeczucie, że kiedyś już ją gdzieś widział. Nagle zatrzymało go jakieś ramię... obrócił się i zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę w obronie. Ach to ty, spłoszył się i zarumienił. Obok niego stała powabna kobieta z jedwabistymi włosami spietymi w staroświecki kucyk. Znajoma uśmiechnęła się i szepnęła: idziesz do szkoły ? Marusia... odwzajemnił uśmiech i westchnął. Ty też ? Na dziesiątą mam spotkanie z dyrektorem. Na dywanik. Co zrobić, takie życie... Lekko ruszyli razem przez przejście na drugą stronę ulicy. Nie wiadomo co go podkusiło, żeby zerknąć za siebie, do tyłu. Jakby coś ściągnęło jego uwagę, jakieś przeczucie że ktoś mierzy do jego pleców. Gęsia skórka obsypała mu całe ciało... odwrócił się i spojrzał odważnie, jak skoczek przed skokiem nabierając głęboko powietrze w płuca... pod witryną Ery stała i patrzyła na niego przenikliwie kobieta z klatki schodowej, zła kobieta.. tak, przypomniał sobie ich spotkania. Była kobietą której żaden mężczyzna nie potrafił się oprzeć. Tak, pamiętam tę ostatnia noc. Przypomniał sobie targające nim uczucia, bolało jeszcze bardziej. Pewnie była w nich urażona duma i jakiś żal i wściekłość. Wrócił do domu, wkurzony na samego siebie. Na szczęście sen zabił go od razu. Rano...Tak, chciał przyjść do niej, chciał przytulić, przynieść kawę...Udało się tylko zrobić kawę. Nie chcieli wcale ze sobą rozmawiać. Teraz wiem, ze każde miało w sercu o cos żal, zadrę, wściekłość...Czas jednak biegł nieubłaganie....Po bagażach zorientował się, ze podjęła decyzje. Na tarasie przed recepcja chciał choć popatrzeć w jej zielone oczy, poszukać potwierdzenia lub zaprzeczenia tego o czym myślał. Schowała się pod kapeluszem...W ostatnich sekundach mieli sobie mnóstwo do powiedzenia, ten klakson ciągle ma w uszach...Wszystko do dupy.... Dłoń Marusi wyrwała go z niemiłej scenerii. Znienawidzony motel rozpływał się coraz szybciej, a ulica tętniąca życiem wróciła do niego z hałasem. Znajoma trzymała go za rękę i patrzyła uważnie w oczy. Wszystko w porządku, zapytała. Zaniepokoiłam się... Żachnął się niespodziewanie i skrzywił. Nie, to znaczy wszystko ok, zamyśliłem się. Mamy jeszcze chwilkę czasu, może wstąpimy na kawę, zaproponowała. Otępiały jeszcze od wspomnień skinął powoli głową. Patrzył na jej twarz jak na martwy opuszczony budynek i dał się zaprowadzić dalej jak dziecko. Weszli do miłej ciasnej kawiarenki, gdzie panował półmrok mimo rannych godzin. Przyciemnione światła i lampki choinkowe rozwieszone na sztucznych drzewkach miło otulały jej twarz. Zanim przyszła kelnerka dostrzegł zarys cegieł na ścianach, jej wydatny kształt ust i miękkie parabole unoszące się miarowo wraz z oddechem... ja: (zasypaim) on: (mnie podszczypuje) ja: (się bronię) on: (nadal podszczypuje) ja: (się opieram) on: (uporczywie podszczypuje) ja: chcę spać on: to się nie opieraj ja: chcę szybko zasnąć on: jeśli będziesz się opierać to zaczniemy za około 20 minut. potem jakieś 20 minut seks i spać pójdziesz za około 50 minut ja: ale ja chcę wcześniej on: to się nie opieraj tylko współpracuj, a będziesz wolna za góra 20 minut Oddech Marusi jakby zatrzymał się na chwilkę, gdy pode Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 14:25 Oddech Marusi jakby zatrzymał się na chwilkę, gdy podeszła kelnerka. Co dla Państwa ? - zapytała życzliwie obrzucając spojrzeniem nietypową parę. Dla mnie lody Miki, poproszę, szepnęła wstydliwie Marusia i zapłoniła się wdzięcznie. Henio zmieszał się: - kawa. Mamy dziś kawę amaretto, hawajską, ... jej słowa gdzieś utknęły po drodze do niego. Patrzył na nią i nie słyszał co mówi. Zwykła, czarna, parzona. Uśmiech kelnerki zwisł smętnie i odeszła kołysząc biodrami prawie obrażona. Co ci jest Heniusiu, spytała Marusia, chwytając łapczywie jego dłoń. Kawiarnia Olimp zadygotała, ciężkie marszczone zasłony zdawały się spadać na ziemię, gdy poczuł jej mocne tętno. Zapach jej słonej skóry drażnił i miał ogromną ochotę dotknąć jej dekoldu. Tam gdzie szyja kończyła swój bieg i spadało spojrzenie Henia, drżała mała srebrzysta kropla potu. Jakby czekała na niego i jego dłonie, jakby stworzono ją dla jego szorstkiego języka, jakby nic więcej nie było istotne, tylko ona. Jego podniecenie, tak nagłe i piękne przerwała nagle kelnerka: proszę lody.... i kawa... zazgrzytała zębami. Puchar z lodami uszczęśliwił Marusię. Sięgała raz po raz łyżeczką do kieliszka i ślicznie wyginała usteczka przy lodowych kwaśnych porcjach. Mógłby patrzeć tak na nią godzinami. Iskierki światełek tańczyły na nóżce pucharu, kiedy obracała go ciągnąc za uszka przeźroczystej myszki. Gdzieś mówiło mu przeczucie że te wargi pulchne i czerwone dadzą mu rozkosz jaką będzie długo pamiętał. Kiedy uchylały się lekko i zaciskały mocno, kiedy język oplątywał czule i drapieżnie chłodny metal i podniecał się każdą odrobiną śnieżnobiałej śmietanki - Henio wiedział już, że Marusia musi być jego. Zostało mu już tylko jedno: zapłacić rachunek... Właściciel kawiarni niejaki pan Eklerk spojrzał na Henia groźnie zza okularów: więc nie mamy czym zapłacić ? Przy tak słodkim nazwisku biznesmennn był niestety gorzki i twardy ... jak czekolada Wawel z lodówki. No i co będzie ? W tym zamieszaniu Henio popatrzył na rachunek i serce mu się ścisnęło. 14 zł ? i za 14 złociszów i chwilkę zapomnienia ona miałaby płacić ciałem i duszą jakiemuś czekolasiowi bez serca ? Nigdy, rzucił na ladę swój pamiątkowy zegarek i rzekł twardo patrząc prosto w oczy twardemu Eklerkowi: wrócę po niego... Marusia spojrzała wdzięcznie jak sarna na swego obrońcę i wybawcę... Czuła, że w takiej chwili mogłaby wszystko dla niego zrobić... nawet... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 15:09 nawet ugotować słynną zupę pomidorową. Była znana z niej w całym Legionowie. Ta zupa wywołała pomarańczową rewolucję. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Piszemy powieść. 20.12.05, 23:39 porządki świąteczne ? ;o) pozdrowienia dla twardego i gorzkiego właściciela kawiarni :o) Odpowiedz Link Zgłoś
eklerk Re: Piszemy powieść. 21.12.05, 08:22 Dzięki , wszyscy liczą na cd. Pozdrawiam :) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 odcinek alternatywny... 21.12.05, 15:44 nie ma w.iwo to ja zaproponuje... za oknami kawiarni "Zacisze" snieg nabieral burego koloru, a w kaluzach zaczely przegladac sie szare bloki legionowskiego osiedla. nieliczni o tej porze przechodnie mijali sie w milczeniu nie podnoszac wzroku. w kawiarni bylo pusto. oprocz Henryka dwie chichoczace nastolatki i mlody chlopak zajety robieniem notatek. za barem siedzial wlasciciel lokalu Stefan Eklerk i czytal gazete. do spotkania z Marusia bylo kolo kwadransa. byl spokojny chociaz czekala go wazna rozmowa. moze najwazniejsza w jego zyciu.dzis mial jej powiedziec o sobie wszystko. mial powiedziec ze... nagle dziewczyny rzucily w strone baru jakies slowa, a Eklerk podszedl do stolika i pochylil sie nad nim. wzrok Henryka utkwil w mezczyznie i systematycznie zaczal obmacywac jego mocne ramiona, szerokie plecy i sprezyste posladki. Eklerk jakby czujac na sobie wzrok Henryka odwrocil sie. ich spojrzenia skrzyzowaly sie i zawisly w powietrzu. byla dokladnie pierwsza po poludniu kiedy do kawiarni weszla Marusia. za pare minut miala dowiedziec sie, ze Henryk jest gejem... he...he...:) www.ljudmila.org/siqrd/KeKe/Keke13/vizualije.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 16:34 o .... na jak już Ty coś palniesz ... jak tu pisać o mocno erotycznych momentach między dwoma samcami ... jeZdem skonsternowana, wrócę nocką ... Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 17:29 okej kobieto...wiecej tu nie zajrze. tylko nie unos sie :).. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 18:09 Kiedy zobaczył te małe delikatnie skręcone włoski na jego lekko złotawych plecach znów to poczuł... Poczuł jak nocny motyl rozpościera skrzydła i otrząsa krople rosy gdzieś głęboko w nim... i tak w podbrzuszu Enrique napięcie powoli ogarniało pożogą całe ciało, aż Henryk schował się całkowicie wewnątrz i zasnął... Patrząc na chłodnego Eklerka schylającego się nad stolikiem obok, wyobraził sobie szczyt rozkoszy i ogarnęło nim uczucie gorącej namiętności. Drżenie raz po raz przebiegało po nim od stóp do głowy. Myślał uporczywie o jego pięknej linii pleców i delikatnym meszku w kotlinie rozkoszy. W koniuszkach palców czuł zdrętwienie jakby głaskał i dotykał słodkiego Eklerka całą wieczność. Czekał na tę chwilę od dawna i kiedy ten podszedł do jego stolika z rachunkiem w ręce, złapał go nagle za dłoń i pociągnął zdecydowanym ruchem do siebie. Po czym ręką objął jego szyję, mocno i twardo, a gdy ten walczył zdumiony o równowagę, wpił się w jego usta. Pod palcami czuł jedwabistą skórę na karku i każdy pojedyńczy włosek naprężony do bólu. Kiedy wsunął język pomiędzy broniące się wydatne wargi poczuł słodycz jakiej jeszcze nie zasmakował nigdy w życiu. Powoli i namiętnie badał wnętrze, a wilgoć zalewała go falami. Przełknął ją i na nowo penetrując jaskinię znalazł jędrny i gorący język. Eklerk wygiął się nagle, ale nie uciekł zaskoczony intensywnością pieszczoty. I wtedy Enrique począł delikatnie, płynnie ssać... Wszystkie zmysły skierował na cierpki, giętki język. Jak wąż owijał się wokół niego i liczył ostre jak krawędzie noży zęby. Okaleczone wargi pękły lekko i wypuściły kroplę krwi. Ta rozmazała się rozkosznie na ustach dając nieziemski i grzeszny smak temu pocałunkowi. Sekunda trwała wiecznie, a czas zatrzymał się w kadrze, szum ciszy wypełniał uszy. Tylko namiętność pulsowała w jego głowie, głośno i mocno dając znać że gotów jest dać rozkosz. Poczuł ją w lędźwiach, w wilgoci i falowaniu krwi, która wypełniała go coraz dokładniej. Puścił kark Eklerka i gestem nie znoszącym sprzeciwu chwycił w dłonie biodra mężczyzny. Przyciągnął je do siebie czując że i u niego rytm wybija przypływ. I kiedy wtulił swoją dumę w jego podbrzusze, Eklerk wyrwał się nagle i cofnął o dwa kroki. Uczucie niespełnienia i żalu wypełniło go po brzegi. Wołanie o rozkosz bolało tak bardzo że chcąc coś powiedzieć wydał z siebie tylko ochrypły głos. I od tego momentu czas przyśpieszył tak szybko jakby chciał sobie zrekompensować chwilowy postój. Eklerk rzucił mu paragon na stolik i zaczął uciekać potrącając krzesła na drodze do kontuaru. Do kawiarni weszła Marusia. Stanęła zaskoczona. Nie wiedziała o co chodzi, czuła że coś ważnego stało się przed chwilą. Patrzyła na Henia i nie poznawała go. Enriquo wyjął z portfela dwadzieścia złotych. Miękko opadły na szklany blat, jak jesienne liście. Zabrał kurtkę z oparcia krzesła i wyszedł mijając kobietę, jakby w ogóle nie istniała. Marusia stała jeszcze przez jakiś czas rozczesując myśli, po czym otrząsnęła się, wzdrygnęła i opuściła kawiarnię. Za kontuarem siedział w kucki pan Eklerk trzęsąc się jak mały szary zajączek. Obejmował rękoma swoje kolana i brodę wtulił między ramiona. Widać było tylko piękne, wielkie rozszerzone źrenice ... ze zdziwienia ... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: odcinek alternatywny... 21.12.05, 19:02 HA ! Syropku, podjęłam rękawicę rzuconą przez Ciebie... :o) trochę mnie boli głowa z powodu przeorientowania seksualnego Henia, ale cóż zawsze można z głównego bohatera zrobić schizofrenika... No nie mam nic przeciwko, ale trudno mi po prostu zmienić osobiste przezwyczajenia ;o) Jeden mój znajomy zawsze mówił: tylko mężczyzna może zrozumieć mężczyznę. Jak twierdzi Aganiok32, trzeba w życiu wszystkiego spróbować... prócz smoły ;o) I jak Syropku ? ps. nie chcę Cię wyganiać, źle mnie odczytałeś, no dałeś mi po prostu Trudne zadanie, i jak - może być ? Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo przerwa techniczna 22.12.05, 18:08 znikam na dni świąteczne więc pozdrawiam wszystkich ... z niecierpliwością oczekiwać będę pomysłów nowych przygód ... sama jeZdem ciekawa co tu zastanę :o) a póki co: byle do sylwestra ... img410.imageshack.us/img410/3809/wita5un.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: przerwa techniczna 28.12.05, 12:29 No kochani i nikt nie podjął rękawicy :o( liczyłam na pełen wypas Waszych pomysłów, a tu pan Henio jak wyszedł tak się już nie pojawił... nie lubię bawić się sama, w piaskownicy jest smutno samemu ;o( Syropku ? a Ty przestań już liczyć wpisy ... Czas pobawić się wyrazami... daj wyraz swojej fantazjiiiiii Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo czas zacząć tango... 07.01.06, 13:30 Nowy Rok przyszedł czas zacząć tango, swięta się skończyły i nie ma co udawać, tylko brać się do roboty, a tłumaczenie że światełka jeszcze wiszą na choinkach i wystawach sklepowych jest poniżej pasa... obżartuchy, sałatki jarzynowe i serniczki świąteczne już dawno wyszły lub pozieleniały ( lub odwrotnie)... co ja tu samiusieńka tylko będę się wyżywać ;o( no... pogadanka była, nawrzucało się trochę, to i teraz w ramach systemu kanapkowego coś miłego: kochani jesteście boscy, rzućcie coś z siebie... ;o)))) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: czas zacząć tango... 07.01.06, 16:20 Siedział w oknie i sprawdzał raz po raz .... nic się nie zmieniło. Po szarym zamarzniętym chodniku szły nieporadnie ze strachem jakby miały za chwilę rozsypać się na drobne kawałki. Twarze niektórych dokładniejsze, bardziej dopracowane, inne matowe, prymitywne, ledwo ociosane, z zaznaczonym spojrzeniem kreską zamiast brwi. Było coś przerażającego w ich wędrówce, stwórca nie obdarzył ich szczególną uwagą, ale byli.... byli scenografią do jakiegoś wydarzenia, epizodu z życia jakiegoś aktora. Makiety samochodów pozostawiono na poboczu. Do jednego z nich przykuśtykał manekin ubrany w garnitur lub coś co przypominało garnitur i żółtą szmatę imitującą krawat. Lepką grzywkę odsunął na bok plastikowego czoła. Pełen powagi otworzył kartonowe drzwi i wsiadł do pudełka jak do luksusowego samochodu. Przeciągnął z lubością dłonią po kierownicy jakby podziwiał i witał się jednocześnie ze swoim autkiem. Wrak potoczył się z hałasem i jakoś niechętnie po ulicy, podskakując śmiesznie na wybojach. Pajac w środku wyciągnął niedokładnie odlaną beżową rękę i poprawił nieistniejące lusterko. Krawaciarz, nic więcej – Kazio zdjął okulary i zamyślił się. Jego sąsiad powoli odjechał ulicą, a słoneczne refleksy tańczyły na karoserii wozu. Lakier metalik lśnił jeszcze długo, mrugał do Kazia wesoło zanim nie zniknął na którymś z zakrętów. Kazio popatrzył na swoje wysłużone dłonie i zadał sobie pytanie, które jeszcze niedawno nie miało sensu. Jak wyglądają ? Jak widzą mnie inni ? Czy mają ślady nieregularnego odlewu, jak niektóre z tych jakie widział na swojej ulicy ? Dla kogo ta scenografia ? Psotka owinęła mu się wokół nogi i miauknęła wyczekująco. Jedyne ciepłe stworzenie na które nie miał odwagi spojrzeć w okularach. Przeszedł do kuchni szurając kapciami a kotek popędził ile sił w łapach za nim. Sięgnął do szafki i wyciągnął mielonkę z kurczaków i indyków. Pociągnął za uchwyt w puszce a ta lekko ze świstem poddała mu się i otworzyła roztaczając zapach kociej potrawki. Psotka oparła swoje łapy o niego i otarła puszysty pyszczek o jego policzek. Skoczyła sprężyście na podłogę i wyczekiwała miski. W telewizorze nic nie było ciekawego. Serial, kolejny wyciskacz łez tym razem z ładnymi dupkami tańczącymi w rytm gorącej latynoskiej muzyki. Kołysały zmysłowo biodrami i rzucały kowbojskie kapelusze w górę, gdy tylko mariachi uderzali w płaczliwy ton. Psotka owinęła mu się wokół nogi i miauknęła wyczekująco. Spojrzał na swoje nogi zaskoczony. Zwykle po jedzeniu zwijała się gdzieś w kącie na drzemkę. Nagle jego wzrok padł na monitor telewizora. Wstał błyskawicznie i podszedł bliżej. Po ciemnym ekranie ciekły zielone strumyczki cyfr. Rzucił się pędem do stołu gdzie leżały okulary, do przedpokoju, gdzie rzucił swój czarny długi paszcz i zamarł gotowy na wszystko... Wiedział co oznacza takie deja vie ... Ciche pukanie w drzwi nie zaskoczyło go. Czekał na nie. Nie musiał patrzyć w wizjer żeby zobaczyć kto stoi za drzwiami. Otrząsnął się lekko z odrętwienia i zdecydowanie je otworzył. Za drzwiami stała piękna kobieta. W czarnym błyszczącym lateksowym kombinezonie roztaczała bajeczną niewiarygodną aurę. Jej usta rozchyliły się w tajemniczym uśmiechu i wręcz zobaczył jej oddech słodki, pełen czerwieni i niespełnionych rozkoszy. Jak zaczarowany cofnął się o krok do głębi mieszkania, a ona weszła, nie ... wpłynęła do środka jakby grawitacja nie dotyczyła jej ciała. Wyciągnęła ciepłą dłoń w kierunku jego skroni i dotknęła go pieszczotliwie. Bez słów uchwycił łapczywie jej rękę i przycisnął do siebie. Gorąco przeszyło go nagle i zachwiał się lekko, ale dłoni nie puścił. Zacisnął powieki i językiem przesunął po wnętrzu, między palcami. Dreszcz przeniknął go i wrócił ze zdwojoną siłą. Jej słodycz porażała go i wciągała. Czekał na nią tak długo. Wiedział że nie może liczyć na nic więcej niż ten wieczór. Popatrzył w jej oczy i zatracił się w niej. W odległej tęczówce galaktyka wirowała milionami gwiazd, iskrzyła się nieskończenie ciągnąc gdzieniegdzie mgliste smugi komet. Nie zamknięte drzwi rozwarły się skrzypliwie i zza nich wyglądnął Smith w nieskazitelnym garniturze i czarnych okularach. Jego nieruchoma twarz zwróciła się w kierunku Kazia i usłyszał nienawistne słowa: - stówa za godzinkę ! - jak zwykle, czy dziś dłużej misiu ? Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo a niech to... 07.01.06, 16:28 nie wiem skąd ten Kazio w podświadomości mi się zalogował, oczywiście bohaterem jest HENIUŚ.... czytelników przepraszam serdecznie, grypa mnie dopadła więc zwalam winę na nią ;o) Odpowiedz Link Zgłoś
madzia69 Re: .................. 10.01.06, 20:46 ja tez bo wlasnie wyrzucili moja choinke Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: .................. 10.01.06, 21:25 ja mam sztuczną i trzymam do kwietnia ;o) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: .................. 11.01.06, 09:17 ej nooo...ja tu skupiam się na czerwonym lateksie a wy o choinkach...blee:)))) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: .................. 11.01.06, 09:18 no i okazało się że Heniuś jest bi a nie gejem. Cóż za ulga:)) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 propozycja do odrzucenia 11.01.06, 17:28 proponuje Pani Redachtor pisac jeden...gora dwa odcinki tygodniowo (znajac plodnosc wyzej wymienionej to na dwoch sie nie skonczy :) )ale jednak wprowadzic postaci z kluczem. ich przygody bylyby odbiciem tego co sie dzieje na forumie.madzia juz to kiedys zaproponowala. przeszlo bez echa ale powtorze rozszyfrowujac kto jest kim: keechaczu - dr szkoly, dumny, nadzieja miejskiej spolecznosci - Pan Psikaczu aganiok32 - powabna nauczycielka o ksztaltnych piersiach - Marusia Ogonek e-legionowo - dreczony wyrzutami sumienia - Pan E.Legalnetowo guayazyl1 - lekarz medycyny pozbawiony praw wykonywania zawodu za nielegalne praktyki prowadzenia eksperymentow psychologicznych be zgody badanych - Dr.Wątplimerz w.iwo - nieodwolanie wyobcowana - Wielka Iwa zuziknatropie - wlascicielka agencji detektywistycznej bez licencji - tu nie mam literackiego pseudonimu :) madzia69 - nienawidzaca rzeczywistosci - Bladzia www.dizzydogmusic.com/images/sub_05.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo znikam na tydzień... 13.01.06, 17:14 na początku mego listu zapytuję Was o zdrowie czego i sobie życzę i śpieszę napisać że zostawiam Was na tydzień ;o( też mi smutno) jadę na terapię odwykową - tydzień w głuszy gdzie jedyne kabelki to sznur od żelazka będę bardzo bardzo tęsknić, ale jak słusznie chrupacabra (a brzmi jak ciasteczko)zauważył to nałóg... mam nadzieję że mnie nie zawiedziecie i powyżywacie się twórczo (nie chcę myśleć że tylko ja tu próbuję o seksie pisać) a lepiąc kolejnego bałwana będę myśleć o WAS kochani (tu ogromna łza potoczyła się po jej lepkim policzku i rozpryssnęła na literze N na szarej klawiaturze, na której czas już dokonał zniszczeń) no... właśnie... nałóg całuję i pozdrawiam gorąco iwo Odpowiedz Link Zgłoś
dr.odsiedmiubolesci Re: ps Syropek 13.01.06, 17:48 jesli nie jestes pewna to przyslij mi rejestr dlugosci Twojego cyklu. wylicze Ci dni plodne. jesli sie krepujesz to polecam odpowiednie witryny internetowe.mozesz sie zarejestrowac i dostawac SMS-em informacje o terminie owulacji. pozdrawiam :) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ps Syropek 13.01.06, 18:17 wiem wiem co "Ty ojca będziesz dzieci uczył robić " ? chodziło mi oto iż moja płodność jest ... no właśnie... nie wiesz ;o))) konsultacje po powrocie z dziczy póki co: będę pisać na tradycyjnym natatniku do poduszki używając standardowego wyposażenia... czyli owówka pozdrawiam i całuję ciocia iwo Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: ps Syropek 13.01.06, 20:26 iwonka to juz wie gdzie sie wypuscic na cimcirymci... societyforarts.com/images/popek/psia.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ps Syropek 23.01.06, 22:44 przepraszam a co to jest "cimcirymci" ? bo jeśli jest to o czym myślę, to niestety przyjechałam tak wygłodzona... ;o) nic tydzień postu ... nawet w snach (strefa "bezgrzechu") same katastrofy żadnych męskich ciałek ;o( Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo dedykacja specjalna dla Syropka ;o) 25.01.06, 19:18 W zimie najbardziej brakowało mu zapachów ziemi. I tej rozgrzanej słońcem, piekącej na wargach, drażniącej pyłem przy każdym porywie wiatru, i mokrej, nasączonej ozonem po czerwcowej, gwałtownej burzy. Brak mu było tego szaleństwa zieleni, zmokniętych biedronek, skręconych kaskadach liści i pachnących oszałamiająco kwiatów. Lubił zieleń. Tak. Zdecydowanie. Gdy zamykał oczy, pod powiekami tańczyły fale traw czesane i kołysane wiatrem. Widział głębokie kielichy lilii i czarne wnętrza aksamitnych czerwonych maków, tych samych, które często prostował na dłoni jak barbarzyńca, by poczuć ich smak i kolor, delikatne i niewinne. Tego lata siedział na ostatnim schodku na tarasie i wdychał swój ogród, jakby nic więcej nie istniało. Słońce przekomarzało się lekko na krawędziach liści winogronowych i mrugało do niego zalotnie. Miał wrażenie, że ten świat jest tylko dla niego. W takie dni zamykał się w domu i na każdy dźwięk dzwonka wzdrygał się nieprzyjemnie. Od rana do późnego wieczora patrzył w niebo i pozdrawiał każde źdźbło trawy w swoim ogrodzie. Nocą szukał spadających gwiazd i żal mu było się rozstać by pójść do łóżka. Nic nie było wtedy ważniejsze, nawet ona. Pamięta dzień kiedy schylił się i sięgnął ku ziemi, żeby nabrać w garść pełną brązowych grudek. Pamięta jak bardzo zaszokowała go ilość żywych stworzeń na swojej dłoni. Poczuł jak bardzo mały jest jego świat i niezmierna, nieskończona ilość rzeczy nieznanych czy też tam w kosmosie czy też po prostu w jego dłoni. Nieskończoność... I w takich to myślach zastała go Marusia. Zdyszana troszkę i rumiana na twarzy zaglądnęła mu w oczy i posłała nieśmiały uśmiech. Gdy pochyliła się podnosząc kwiat, suknia uchyliła nieco tajemnic i Heniu zobaczył coś co piękniejsze było od gwiazd i bardziej fascynujące od słońca w trawach. No, ... przynajmniej w tej chwili. Dwie duże soczyste piersi zakołysały jego światem tak że rozstawił twardo nogi by nie upaść na leśnej ścieżce. Zaróżowione od słońca, słodkie, przypominały ogromne puszyste brzoskwinie. Miał nieprzepartą ochotę wziąć w dłonie i rozgnieść, żeby sprawdzić czy poddadzą się jego dotykowi czy rozpłyną sokiem. Potem często spotykali się na tej ścieżce. Niby przypadkiem, a tak właściwie oboje wyczekiwali pory popołudniowych spacerów. Kochali się na gęstym mchu który sprężyście oddawał ich kołyszące ruchy bioder i wracał wciąż z powrotem w górę. Powoli odgarniał jej zwiewne sukienki, żeby odsłonić jej uda. Zaciskały się dla niego, zwodziły nieśmiałością i kusiły tak mocno, że musiał starać się z całych sił by nadać powolność swoim ruchom. Kiedyś w uścisku głębokim znalazła ich sarna. Maleńka delikatna i zbyt krucha, by była rzeczywista. Nie przeszkadzały im żadne zwierzęta i ciekawe ptaki. Wchodził w nią delikatnie a ona z odrzuconą do tyłu ręką zakrywała wstydliwie twarz. Jej uda pulsowały i pomagały osiągnąć rozkosz. Narastała rytmicznie i wolno, ale gdy przychodziła nic nie mogło jej powstrzymać. Na mchu wybuchał w niej i przyciągając jej biodra z całych sił próbował uspokoić galopującą krew... Potem podciągał się do niej wysoko i wtulał w ramię blisko falujących piersi, a ona głaskała jego policzek, długo , spokojnie i cierpliwie. Wieczorny chłodny powiew leśnego wiatru był dla nich bryzą oznaczającą powrót do domu. Nigdy nie zapomni zieleni mchu i delikatności jej dłoni. Nawet w zimie, gdy patrzy prosto w zaspy śniegu i gdy słońce próbuje z całych stopić sople lodu, odgania myśli z sikorek trzepoczących u karmnika... i wraca na mech... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: dedykacja specjalna dla Syropka ;o) 26.01.06, 12:45 Coś nowego ? ... ciekawe czy Wam się spodoba... zdjęcia użyte własne, poza drobnymi elementami graficznymi potrzebnymi do montażu... jednym słowem ilustracje... :o) img64.imageshack.us/img64/9420/mech10zk.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: dedykacja specjalna dla Syropka ;o) 26.01.06, 17:06 img299.imageshack.us/img299/2864/mech21zi.jpg Kiedy wrócił myślami do teraźniejszości i pojawił się znów w zimie, dreszcz obrzydzenia przeszedł mu po plecach... No i skończyło się rumakowanie... rzekł do siebie kwaśno i uśmiechnął się w duchu, gorzko... daj kurze palec a wsadzi w niego swój dziób. Tak już jest z kobietami. Zresztą kto je zrozumie jak same nie wiedzą czego chcą. Ty tępy irytujący kłapouchy gaduło ! Zgrzytnął zębami na widok odbicia w lustrze i trzasnął szafką. Podszedł do okna i spojrzał na drzewa oszronione i białe. Mróz dziś. Widok uspokoił go... img294.imageshack.us/img294/1607/zima10qi.jpg img52.imageshack.us/img52/468/zima24gq.jpg Na rozpoczęciu roku szkolnego Mroczny Pan Dyrektor poprawił marynarkę i wesoło powiedził do zgromadzonych nauczycieli i rodziców: Co tu dużo gadać powiem krótko: Połowy z was nie poznałem przynajmniej w połowie tak dobrze, jak powinienem, a mniej niż połowę z was lubię o połowe mniej, niż żescie sobie na to zasłużyli....... - rozległa się cisza i każdy z nich próbował zrozumieć czy to pochwała czy obraza. Tylko Heniu szepnął cicho: to po co taki człowiek żyje jak ten chwast ? no i co ? Będziemy tak stać jak ten cieć przy chałdzie żwiru ? ... Obrócił się na pięcie i ostentacyjnie wyszedł z sali gimnastycznej. Zacisnął pięści i przypomniał sobie ten moment. Wiele lat temu, gdy widział ich razem na ulicy, bez strachu, prosto w twarz, wykrzyczał mu głośno: - p... moją kobietę ! - i zapada taka niezręczna cisza co nie ? - zaśmiał się i zostawił ich w tyle. Mimo wszystko czuł się lżej. Jakby ubyło mu z pięć kilogramów. Jakby odzyskał wolność. Odprowadzało go jedynie spłoszone spojrzenie Marusi... Nie przywiązuj się ! - powtarzał zawsze jego dziadek. Nie miej niczego, czego nie zostawilbyś w trzydzieści sekund, gdy zacznie się gorączka. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo po tamtej stronie lustra ;o) 27.01.06, 18:36 Wasza być źli ? – wyszeptała pokornie Marusia ... Stał pomiędzy nią a czymś co przypominało człowieka. Przypominało, bo kształt jego zbliżony był do ludzkiego. Zaś oczy broczyły nienawiścią i cała postać niemal jarzyła się czerwienią emocji. Keeeee....chaczu.... – wycharczał Heniu i złapał leżący pod nogami kij, tak na wszelki wypadek. Obłęd – syknął,- stawaj - warknął cicho keechaczu ! Pochodził z domu Zabrak, jego matka Iridonia wcześnie opuściła ziemski padołek. Drąg świetlny z dwoma końcami był jego najlepszym przyjacielem. Posługiwał się nim z największą straszliwą precyzją. Zakręcił też nim żeby pokazać z jaką łatwością przychodzi mu każdy manewr. Ścięli się szybko, prawie nie zauważeni odskoczyli od siebie zmieniając pozycję w stosunku do słońca. Długi ważyli swoje umiejętności i widać było że obaj doceniają przeciwnika. Henryk nie był ułomkiem, a jego znajomość sztuk walki Jedi niemała. Tyle lat jej poświęcił na naukę, przy każdym wiejskim weselu i w każdej oberży liczył żebra współkompanom biesiad, medytując przy tym i rozbierając okoliczne płoty z desek. Szkolił się na każdym wilkołaku i potworze, za ścierwo których otrzymywał nieraz niezłe grosiwo. Słońce stało bezradnie na szczycie nieba i prażyło niemiłosiernie ich twarze. Jego oczy stały się nagle ciemne, jakby źrenice otworzyły drzwi do jego mózgu. Nie przypominał potulnego woźnego. Przypominał rasowego wiedźmina. Następne starcie. Kopniak. Piasek podbity w górę opadł powoli obsypując ich całych jasnym pyłem. Ich kije świstały lekko przecinając powietrze i słały skry i jęki przy każdym kolejnym uderzeniu. Szaty furczały na wietrze i plątały im nogi. I tak minęły trzy godziny... Nasza coś wymyślić... – jęknęła zza drzewa Marusia. Użyj bumbuma... – i skinęła głową na prawo. Pod wielkim drzewem leżał dość duży głaz, dość duży żeby zakończyć tę walkę. Niestety, ten teatralny szept usłyszał również Keechaczu..... i stał bliżej... Marusia jęknęła... Keechaczu ważył powoli kamień i obracał go w rękach jak coś niezwykle cennego, po czym wymierzył dokładnie i wyrzucił z ogromną siłą. Haniu stał nieruchomo zrezygnowany, jakby znał wynik walki. Wiedział że przegrał. Nie zdąży uciec. Czas stanął w miejscu i Henryk czekał na ostateczny koniec swojego żywota. Nikt nie spodziewał się tego co stało się w ułamku następnej sekundy. Ogonek Marusia zakręciła się nagle i wystrzelając w górę swoje korpulentne ciało, przekoziołkowała w stronę walczących. Stanęła mocno na ziemi i wyciągając dłoń zatrzymała kamień w locie. Znieruchomiał tuż przed nią i opadł bezwładnie jak ... kamień. Nie wiadomo w jaki sposób ujarzmiła powietrze, zatrzymała czas, nie wiadomo.... oj.... Ale zrobiło to niesamowite wrażenie na panach. Haniu jak stał tak stał, ale na jego spodniach widać było mokrą plamę. A Keechaczu klęczał teraz na piasku zatopiony w medytacji. Co to było ? – spytała wskazując na jego spodnie. Nie wiem...- rzekł. Opuścił głowę i zwrócił się do swojego skarbu. Spytał nieśmiało... – jak zareagujemy ? Cierpliwością... odrzekł telepatycznie jego mokry skarb.... Gdzieś daleko umysł kierujący potęgą otrząsnął z siebie w tej chwili wszystkie plany wojenne, całą sieć uplecioną chytrze z postrachu i zdrady; dreszcz przebiegł przez królestwo CafeLegionowo, niewolnicy zadrżeli, dowódcy nagle zbici z tropu zachwiali się bezwolni, ogarnięci rozpaczą. Władca bowiem zapomniał o nich. Myśl i wola, potęga, która nimi władała, odbiegła ich, by skupić się na piaszczystej łące... Jego oko przebijając cienie dotarło do nich i rozpostarło nad nimi. Poczuli nieziemską siłę która wgniatała w piasek i usłyszeli głos wielkiego El-legionowo. - No, co się tu kurna dzieje ? - no , ... co ? To Wielki Brat zaszczycił ich swoją uwagą..... a oni w pokorze rozeszli się w swe domostwa, nie stawiając oporu... P.S. Wszelkie postacie ... itd., oraz wykorzystano fragmenty Tolkiena „Powrót Króla” w przełożeniu M.Skibniewskiej, oraz fragmenty filmów... wiecie jakich ;o) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: po tamtej stronie lustra ;o) 27.01.06, 23:53 w legionowskich lasach ... ;o) img84.imageshack.us/img84/2332/walka10cv.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: po tamtej stronie lustra ;o) 07.02.06, 10:53 Marusia stała przy kuchni i bezmyślnie mieszała drewnianą łyżką w garnku. Trochę zagubiona i z wyrzutami sumienia myślała o uczuciach, które kotłowały się w niej jak zupa na piecu. Pomidorowa.... Przyjęła ich obu, ale tak, jakby właściwie nie decydowała o tym. Dała się ponieść potokowi wydarzeń i praktycznie nie próbowała nawet cokolwiek zmienić. Bała się, że może zostać kiedyś oceniona jako wyrachowana suka za tę zdradę, ale nie czuła się specjalnie winna. Heniu zawsze wzbudzał w niej jakąś nieopisaną tkliwość, uczucie smutku, jak patrzył niewinnymi głodnymi oczami na jej ciało. To jakby zabrać lizaka małemu dziecku. Nie potrafiła wykrzesać z siebie tej odrobiny asertywności i wygonić go do domu. Zresztą sama była odrobinę egoistką w tej sytuacji, bo pochlebiało jej uwielbienie jakim darzył ją Heniuś. Tak.... jej Heniuś... to takie ... miłe, ciepłe móc mówić tak o kimś.... Zawsze mogła na niego liczyć, zawsze był przy niej, trzymał jej dłoń w ciężkich chwilach i pomagał w dobrych czasach. To zobowiązuje do... właśnie do czego, nigdy nie mówili o uczuciach, myślach... po prostu byli obok... jakieś skrępowanie nie pozwalało im nigdy ubrać w słowa tego co ich łączy... Kiedy poznała Kechaczu, poczuła zupełnie nieznany dreszcz emocji. Imponował jej ten trochę szorstki, trochę władczy mężczyzna. Jego przesadna nieco pewność siebie drażniła i podniecała. Czuła jego przewagę i pozwalała na to by rosła z każdą chwilą. W szkole był jej szefem. Zależała do niego. Wiedział o tym gdy przechodził obok niej korytarzem i uśmiechał się dobrotliwie. Obserwowała to jakby zza szyby i doskonale zdawała sobie sprawę dokąd zaprowadzi ją cała ta sytuacja, choć wypierała przed sobą te myśli i nie przyznawała się do tego. Gdy przyszła na parking szkolny, zasypany śniegiem i skrzący się w świetle latarni, stał tam i patrzył na nią. Prawie oficjalnie poprosił żeby została w szkole na następny dzień, chciał by pomogła przygotować raport na Radę Pedagogiczną, którą mieli mieć za trzy dni... Słowa były ostre ale patrząc w jego oczy wiedziała co ją czeka. I nie wybierała... po prostu popłynęła z biegiem czasu... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo gdy przychodzi samotność... 08.02.06, 11:11 Następne dni wypełniły się pośpiesznym i gorączkowym seksem... zaskakujące, ale gdy przesuwa teraz na lekcji ręką po szorstkiej ławce, przypomina się jej, i gwałtowność, i jego gorący oddech. Czuje wtedy, jak płoną jej policzki i odwraca się do tablicy. Kechaczu zawsze wiedział co chciał i brał to bez specjalnych protestów. Jego dłonie wędrowały pod jej bluzkę bezczelnie i bez jakiegokolwiek skrępowania. Obracał ją i podnosił jej spódnicę. Sprawdzał jak bardzo jest wilgotna i wchodził w nią bez zbytnich ceregieli. Po tym bez zażenowania przechodził do raportów i zmieniał atmosferę na bardziej ... oficjalną. Wiedziała, że to nie może się dobrze skończyć, że nie ma żadnej przyszłości, jednak jak ćma do świecy, tak ona do jego szorstkich dłoni, biegła z biciem serca by wypełniać kolejne raporty. Czuła że takie traktowanie jej nie jest .... że wykorzystuje ją, ale ... odsuwała od siebie te myśli. Kiedy opierała się o szkolną ławkę , przegięta wpół, wbijała paznokcie w drewno, w jej głowie prócz krwi pulsowało pragnienie, by nikt nie stanął w drzwiach klasy. Przeraźliwe skrzypienie podłogi odbierało jej jakiekolwiek erotyczne doznania ze schadzki. I sama nie wiedziała już po co tu przychodzi. Czuła że wplątała się w jakąś sieć, z której trudno jej będzie uciec. Uzależnienie... to że już zawsze będzie go widziała na korytarzu, i zawsze będzie tak się uśmiechał. Moment, w którym obejmował jej biodra na parkingu szkolnym i przyciągnął do siebie by czuła jego pożądanie, odpłynął gdzieś daleko i magia przestała działać... jak teraz bardzo by chciała, by ten seks trwał... z innym mężczyzną. By najlepiej nie znać go, nie móc spotykać co dzień, by nikt nie wiedział ... Było jej wstyd, ale jedyne czego teraz chciała to to ... żeby uciec jak najdalej... Heniu... gdy spytał dlaczego, nie potrafiła mu dać jasnej odpowiedzi. Tak naprawdę sama jej nie znała. Wyjechać i zapomnieć . Uciec. Proste i czyste rozwiązanie, nie musieć nic wyjaśniać i komplikować... Szła przez Aleję Róż, a śnieg zasypywał jej oczy. Duże płatki wirowały nad jej głową, tańczyły i w końcu spadały... Wokół majaczyły pnie. Brzozy. Czyste, piękne, proste... I wydawało jej się, że czas zatrzymał dla niej śnieg i wiatr, jak film zatrzymany na jednej klatce. Szła dalej, czując jak przemakają jej buty... dotykała dłonią nieruchomych płatków i była szczęśliwa... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: samotność... 08.02.06, 12:01 Szła zamyślona przez park, śnieg prószył, czuła jak przemarza. Zimno dociera nawet do jej serca. I nagle doznała olśnienia. Tak, tak trzeba pakować rzeczy i uciekać. Uciekać jak najdalej. To nie może dłużej trwać, a ona nie może zatracić swojej osobowości. Przecież wie kim chce być. Wie jak ma wyglądać jej zycie. Nie chce być cieniem, nie chce być samotna nawet w tłumie. W kilka minut podjęła decyzje... Musi zaryzykować, musi przekonać się kim jest naprawdę. Musi sprawdzić co tli się w jej umyśle i sercu. Czy jej marzenia mają szanse na realizacje. Tyle pytań w jej głowie, tyle nadziei, tyle marzeń. Nie chce tego wszystkiego stracić. Zostając tutaj, w tym szarym mieście, z tym nijakim mężczyzną bez wyrazu Marusia uschnie z żalu... Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 drugie dno?.. 09.02.06, 19:25 tak sobie czytam...w wolnych od nicnierobienia chwilach... te powiesc w odcinkach i zastanawiam sie czy nie kryje sie w niej przypadkiem drugie dno?..no bo czemu dyrektor szkoly czyli pracownik bynajmniej nie fizyczny ma miec szorstkie dlonie? czy autorce nie chodzilo o to, ze pracownicy budzetowki maja tak niskie pensje, ze musza dorabiac na budowie albo przy wyrebie lasu? i czy w konkluzji autorce nie chodzi o to by PiS wzial sie w koncu do roboty i zaczal spelniac obietnice wyborcze, a nie uprawial festiwal propagandowy w mediach? albo znowu...czemu Marusia Ogonek jest tak ulegla...beznamietna i posluszna jak mechaniczna sexi doll?..czemu tak bezwolnie poddaje sie Kichaczowi?..czlowiekowi, do ktorego przeciez nic nie czuje. moze autorka chce zwrocic nasza uwage na zjawiska modne ostatnio w naszym zyciu...mobbing, molestowanie seksualne...bo to, ze dyrektor upokarza pracownice, wykorzystuje swoja pozycje i naduzywa w sposob karygodny podleglosci sluzbowej jest oczywiste.moze autorka wie co sie dzieje w placowkach oswiatowych...moze chce w ten sposob zainteresowac kuratoria?.. bede sledzil losy bohaterow powiesci. :) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo jak to było... ? 09.02.06, 20:13 taki niezły tekst który dają na końcu lub początku filmu ? ..... skleroza , wybaczcie, chodzi o to , żeby nikt nie doszukiwał się realnych ludzi i wydarzeń... wszystkie Marusie i Henie mogą spać spokojnie... to tylko fantazje i czcze wymysły... ;o) Syropek, nie siej fermentu, bo mnie Wezyr zamknie.... albo i insza władza... i nie op... się tylko rzuć jakiś kawałek prozy ;o)))) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo rosołek ... 16.02.06, 12:19 Żył jak co dzień. Oddychał, jadł, spał, ale wszystko to nie miało już dla niego większego sensu. Jakby świat wokół stracił barwy i zapach. Jakiś anioł stróż wewnątrz niego albo jego mądrzejsza część jaźni, podszeptywał mu gotowe recepty na powrót dobrego samopoczucia. Gdzieś w środku jakaś część jego osoby nie chciała poddać się bez walki. Chciała żyć i cieszyć się jak dawniej z zapachu pomarańczy i smaku dobrego rosołu. Zgrabna blondynka w sklepie mięsnym uśmiechnęła się do niego czule i powiedziała podając spory kawałek wołowiny – coś jeszcze skarbie ? Nie obeszło go to wcale, ten protekcyjny ton, który zwykle przyprawiał go o szybsze bicie serca i sprawiał iż czuł się bardziej atrakcyjny i lżejszy, nic teraz dla niego nie znaczył. -Łopatkę lub szponder – bąknął coś pod nosem i niecierpliwie czekał na wydruk z kasy. Wyszedł pośpiesznie omijając cukierenkę, która kusiła słodkimi przyjemnościami i świeciła miękkim światłem. Omijał większość miejsc, które przypominały mu jej osobę. Następne zakupy zrobił w Hetmanie. Kura, i trochę szynki z komina. Zawsze zastanawiała go ta nazwa wędliny... ale była smaczna i dobrze uwędzona. Lubiły ją wszystkie paniusie, które skrupulatnie wycinały wszystkie ślady tłuszczu z każdego plasterka na talerzu. Śmieszyły go takie delikatne stworzenia co tańczyły z nożem wokół skórki szynki, a na widok salcesonu wykrzywiały fikuśnie usteczka. Oprócz mięsa absolutnie niezbędne są warzywa. Zerknął na regał z zieleniną i wybrał kilka pomarszczonych marchewek i pietruszek. Zawahał się i odłożył je z powrotem. Obok leżała włoszczyzna zapakowana w żółtą siateczkę. Mix, coś dla sfrustrowanych kawalerów. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: rosołek ... 16.02.06, 12:20 W pięciolitrowym garnku wrzucony kurczak tkwił samotnie i smętnie nogami do góry z liściem laurowym, kilkoma ziarnami pieprzu i dwoma ziarnkami ziela angielskiego i jałowca. Henio wsypał jeszcze płaską łyżeczkę soli i postawił garnek na małym gazie. Nakrył pokrywką, zostawiając małą szczelinę. Siadł wreszcie na skrzypiącym krześle i popatrzył w stronę okna. Śnieg wielkimi płatami spadał z nieba... Tęsknił za nią... Za ciepłem, które roztaczała, za niekończącym się potokiem słów, który go zawsze irytował, za plotkami o świecie. Cisza jaka go otaczała zamykała się wokół niego powoli i nieubłaganie, aż wstał nagle wiedziony impulsem zapalił telewizor, byle by jej nie słyszeć. Kiedy głosy obcych ludzi weszły do jego domu poczuł się raźniej. Gdzieś uciekł strach małego chłopca zostawionego samotnie w domu. Ucichła tęsknota, ale i tak w głębi duchu wiedział, że oddałby wszystko, byle tylko poczuć jej obecność znowu, przytulić się przy W11, zasnąć w fotelu gdy masowała mu delikatnie stopy. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: rosołek ... 16.02.06, 12:22 Rosół powoli dochodził do wrzenia. Powolne, gęste zapachy poczęły rozchodzić się po kuchni. Przypomniało mu to, iż trzeba zająć się włoszczyzną. Wziął 3 marchewki, pora, cebulę, dużą pietruszkę, pół selera, ćwiartkę kapusty, umył je dokładnie i odłożył do obierania. Wyciągnął żółty nożyk do jarzyn i zamyślił się. Przyszło mu na myśl, że wściekłość i żal jaki czuł w pierwszych dniach po jej odejściu, to kara za coś co kiedyś już zrobił. Tak jak do trudnej książki, którą nie potrafimy zrozumieć, tak Henio do tamtych wspomnień powrócił, by sprawdzić przeznaczenie, karę i winę... do Marianny... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: rosołek ... 16.02.06, 12:23 Pochylił się nad garnkiem, gdy woda zaczynała mrugać. Zdjął pokrywkę i zobaczył że kawał wołowiny odkształcił się, wybrzuszył i wystaje ponad powierzchnię wody, na której zebrała się szumowina. Zbierał ją łyżką cedzakową, a przy okazji wpychał niesforny kawałek mięsa pod wodę. Ten uciekał mu jak szczeniak w zabawie, szybko i niestrudzenie. Wrzucił warzywa do wywaru. Zerknął na burą obrzydliwą pianę którą zebrał z rosołu. Żeby tak można z życia zebrać wszystko to co narobiło się przez ten czas, wszystkie krzywdy i porażki, każdy wstyd który palił płomieniem i każdą troskę, gdy bezsilność wygryzała powoli gardło. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Marianna 16.02.06, 13:09 Marianna ... słodka, pulchna kobietka, od której uciekł do kolegów, do wieczornych eskapad, i wreszcie do Zuzanny... Tyle wytrzymała z nim, tak bardzo była cierpliwa, ale wtedy nie widział tego i jedyne co chciał to otwartych drzwi na świat i wolności. Jak kocur, który chadza własnymi ścieżkami, tak on czując strach przed zamknięcie i smyczą, wymykał się nocami... Wracał do miski mleka, do posłania, które zawsze czekało na niego i nie wyobrażał lub nie chciał sobie wyobrazić, że kiedyś to może się zmienić. Alkohol dawał mu pewność siebie. Siłę, że jest wyjątkowy, mocny i może wszystko. Irytowało go spłoszone spojrzenie pełnej żalu Marianny, gdy wracał nad ranem i padał tak jak stał, śmierdzący, w ubraniu do czystej pościeli. Zostawił ją z małą i całą rzeczywistością którą nie chciał z nią dzielić. Nie brał malucha na ręce, nie patrzył w ich stronę, bo wyrzuty sumienia dręczyły go gdzieś w środku, a on nie chciał tak czuć. Często szukał byle pretekstu, żeby rzucić garnkiem i trzasnąć drzwiami. Oddalali się od siebie szybko. Ona z żalu, potem pretensji i nienawiści za swoje marzenia. On że jest dla niego wyrzutem i na pewno nic nie da się naprawić. Odeszła... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: Marianna 23.02.06, 16:59 Kiedyś w dzieciństwie słyszała baśń o lustrze. Ktoś, kto przechodził w środku nocy tuż obok lustra, zobaczył kiedyś swoje własne odbicie, które nie miało głowy. Nazajutrz umarł... I ta głupia opowieść snuta gdzieś w pokoju dziecinnym, utkwiła w pamięci dziecka. Lustra... Unikała ich jak strasznej wróżby. Udawała że nie istnieją. Lekceważyła i omiatała szybko wzrokiem, gdy tylko zaczynało się ściemniać. Zadziwiające, jak nieistotna bajka mogła zmienić zwykły przedmiot w drzwi do ciemnych snów. Przyszedł kiedyś czas, gdy Marianna siedziała przed lustrem i wpatrywała się uporczywie w swoją twarz szukając znaku. Gdy skończyły się łzy i wyczerpała rozpacz a ból który jej sprawił odszedł. Siedziała na dywanie obok telefonu, przeraźliwie pusta i bez żadnych uczuć. Cały dzień i całą noc. Już nie wystukiwała numeru. Próbowała kilka godzin i był wciąż zajęty. Albo nikt nie odbierał... Widocznie byli ludzie którzy bardziej potrzebowali telefonu zaufania... niż ona. Ona zaufanie już straciła. Dawno temu. Trzymała się tylko przy nim jak ślepiec i nie chciała zobaczyć prawdy. Zadziwiające, że rok walki o mężczyznę, który był miłością jej życia minął tak szybko. I wszystko się skończyło... Czuła się wypalona, do dna, przeraźliwie pusta. Gdzieś te lata, wspólna miłość, plany, chwile pełne radości i nadziei wydały się odarte z sensu. Jakby nagle obudzono ją w kinie szarpiąc za ramię... ułuda... Wszystko w co wierzyła rozsypało się... Gdzieś wokół toczyło się życie w zwolnionym tempie. Jak film bez dźwięku, bez obrazu. Cały świat za oknami mieszkania zapomniał o niej. W środku ogromnego leja, w zagłębieniu czasu była ona. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Zuzanna 23.02.06, 17:00 Zuzanna bawiła się słońcem, które wpadało przez szybę samochodu i nudziła się czekając na Henia. Przeciągnęła się rozkosznie. Słońce obudziło w niej nieprzepartą chęć do zabawy. Jak mały kociak wyprężyła się w dreszczach i zamruczała cichutko. Gdy wrócił i popatrzył na nią wyczytał w jej oczach pragnienie i na samą myśl o rozkoszach mocniej zabiło mu serce. Zuzanna przekornie wyciągnęła swoją rękę i podniosła jego dłoń. Przywiodła do siebie podnosząc na wysokość ust. Otarła delikatnie swoje policzki i stanowczo, ale powoli obróciła do siebie wnętrze ręki. Kiedy wodziła po zakątkach linii życia czubkiem języka, patrzyła prosto w jego rozszerzone źrenice. Nie wiedział jak się zachować i czuł się niezręcznie, ale ciekawość i przyjemność unieruchomiły go skutecznie. Wyczekiwał... Zuzanna łaskotała go troszeczkę, poruszając coraz to wolniej i mocniej szorstkim jak kociak języczkiem. Kiedy zagłębiła się między wskazującym a największym palcem jego dłoni, westchnął... Wilgoć i ciepło i pulsujący rytmicznie język wprowadzał go w stan podniecenia. Wsuwała go powoli i systematycznie między kolejne palce, żeby nie pominąć żadnego z nich. Gdy zacisnęła mocno wargi tuż za linią brzegową paznokcia, przeszedł go dreszcz i wyrwał dłoń. Przekręcił w stacyjce klucz i nie spoglądając w boczne lusterko, włączył się z piskiem opon do ruchu. W tym momencie obchodziło go tylko to żeby jak najszybciej znaleźć się w pościeli. Wziąć ją szybko i zapomnieć. Zuzanna patrzyła prosto w słońce mrużąc oczy. Spod półprzymkniętych powiek i czarnych podkręconych rzęs można było zobaczyć pewność siebie i uśmiech Mony Lisy. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo weekend idzie... 24.02.06, 15:35 czas odpocząć , zwolnić, i nabrać dystansu do świata.... wyspać się... Matrix dzisiaj... słoneczka moje kochane (do Was mówię) :o) może tu któreś wpadnie ? tęsknię za krytyką Syropku, pomarudziłbyś coś niecoś... Madzia, Zuzia, Aganiok dziewczyny... obojętność gorsza jest od nienawiści.... Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: weekend idzie... 24.02.06, 16:20 idzie łykend to i odpocznij sobie dziewczyno bo piszes tu jak niejaki Kraszewski co to płodzil dzieła na zawołanie :) powiem Ci , ze ja tu wpadam czesto i czytam nawet ale długasne kawałki mnie mecza bom leniwy. czasem jak doczytam do ciekawego miejsca to przytrzymując ręką gałki oczne zeby mi nie wypadly popijam czyms zimnym zeby sie ostudzic zdziebko. ogolnie jednak wole "to" robic niz o "tym" pisac wiec nie licz za bardzo na moja pomoc :) pozdrawiam i zycze zeby wena tworcza Cie nie opuszczała. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: weekend idzie... 24.02.06, 18:04 szkoda, że nie lubisz pisać ... ;o((( jesteś niezły... a co do "tego", jeśli Syropku, fascynujesz mnie, nigdy tak naprawdę nie wiem, co masz na myśli... może kiedyś będzie możliwość pełniejszego zaprezentowania swoich odczuć, w przyszłości, koła nie wymyślą ale forum z nagranymi głosami ? piszesz "To" - masz na myśli seks, a pewnie masz ;o), uwielbiam seks... jak każdy normalny człowiek w satysfakcjonującym związku... hahaha ha fajnie brzmi... ale pisać też uwielbiam... tylko inaczej... i całkiem oddzielam Te rzeczy ;o)))) (nie notuję gdy się kocham ;o)))))) mam nadzieję że nie odbieracie tego tylko jak wynurzenia erotyczne... bo niczym takim nie są... lubię ubierać w słowa myśli i uczucia... zadziwiające jak bardzo podobnie czasem myślimy... a przecież uważamy się za kogoś orginalnego ;o) Zuzia, wiesz że nadal Cię kocham kobieto ... Człowiek jest jak kocię, niezależny ale bardzo potrzebujący głaskania... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: Zuzanna 24.02.06, 16:03 w.iwo ale Tobie idzie coraz lepiej, bardzo podobał mi się ten kawałek o zuzannie:)) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: Zuzanna 24.02.06, 16:05 szkoda że wczoraj go nie zamieściłaś...oj, bardzo szkoda:)) Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: Zuzanna 24.02.06, 16:05 tzn. wczoraj ale dużo wcześniej:)))))) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Marianna 24.02.06, 19:41 Marianna mimo, że leżała tak od kilku godzin nie czuła odrętwienia. Nic już nie czuła. Była jak wierne zwierzę, które obite i odrzucone, czekało gdzieś dalej nic nie rozumiejąc z rzeczywistości. Wtedy zobaczyła lustro. Podniosła je i przybliżyła do twarzy. Gdzieś odbicie pokoju, jakaś postać, nic więcej. Zmieniła ostrość wzroku i skierowała spojrzenie prosto w źrenice. Łagodna fala przemknęła po tafli i znikła, zamazało się wszystko prócz oczu. Moja twarz w lustrze, martwa, inna, obca. Gdzieś fałszywy uśmiech i drwina wychylała się ze mnie powoli i strasznie. Już się nie bałam. Powiększone źrenice wciągały i kusiły. Jak zagląda się do głębokiej studni, jak wychyla się niebezpiecznie za barierkę, tak wchodziłam miękko do siebie. Wszystko płynęło, twarze zmieniały się, rysy falowały. Miałam wrażenie nieuchronności, a spokój siedział mi na ramieniu i ciężko dyszał. I czułam jego ciężar, jakby kołysał się równomiernie... Ciemność oswojona na tyle by dać się zobaczyć, odgarnęła szarą mgłę. Droga jak tunel ciągnęła się daleko, bez końca. Tu przychodzi ktoś kto niczego się nie boi. Nie boi się śmierci. Tu widać jak śmieszne i nieistotne są problemy i sprawy ludzkie. Nic nie jest ważne. Odchodzę , pomyślałam... bez lęku.... tak po prostu... nic już nie ma sensu... tylko pustka... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Zuzanna 27.02.06, 14:32 Zuzanna miała dzikie plany na dziś wieczór. Zaplanowała go skrupulatnie i niecierpliwie, nie mogła doczekać się nocy. Kiedy wrócił z pracy pobiegła jak na skrzydłach i powitała Henryka już w przedpokoju. Czule go pocałowała, objęła i przytuliła się do niego. Jej małe dłonie wsunęły się lekko pod jasną koszulę i pogłaskały tors mężczyzny. – Kobieto, głodny jestem - odpowiedział na pieszczotę i odsunął ją lekko z drogi. Gdy zaspokoił wilczy apetyt, zabrał ze sobą kufel piwa i usiadł ciężko na wersalce sięgając ręką po pilota. Na nieszczęście dla Zuzanny leciał właśnie mecz. Nie rozumiała mężczyzn i ich zachwytów nad kawałkiem trawy i jedną piłką. Żeby to jeszcze ganiały te chłopy za jakąś laseczką, ale oni rzucali się za piłką i niezdrowo podniecali. Jakieś niezrozumiałe dla niej zasady gry, jakieś kartki... jedyne śmieszne było stawianie muru gdy trzymali swoje skarby w garści. Jak cierpliwy psiak czekała na koniec rozgrywki wiedząc, że i tak nie wygra z piłką nożną. Tylko ile to może potrwać ? Ile trwa taki mecz ? Gdy zapytała go o to, popatrzył na nią niewidzącym wzrokiem i zaśmiał się jakby opowiedziała dobry dowcip. Wyszła do kuchni trochę urażona, ale nie dała po sobie poznać, że ją to obeszło. Mecz się skończył, więc Henryk podreptał za nią i objął ją mocno z tyłu. - Wreszcie koniec tego bezsensownego gapienia się w murawę - pomyślała do siebie i zaśmiała się cichutko. - Teraz zajmiemy się innym sportem misiu... uśmiechnęła się i pociągnęła go łagodnie do siebie. Przylgnął do niej lekko i z ociąganiem poddał się jej zabiegom. Czuł jeszcze ociężałość piwa i chętnie zgodziłby się na wszystko, byleby popaść w błogą drzemkę. Zuzanna wciągnęła go do sypialni... Kiedy rozebrała go i siebie samą, zsunęła się w dół łóżka, żeby nie dać Henrykowi szansy na zaśnięcie. Pieszczotami doprowadziła go stanu, kiedy i on był rozbudzony na dobre i namiętność obudziła w nim tygrysa... Kontrolowała rozkosz i uciekała za każdym razem, gdy miał ją ochotę przytrzymać i wypełnić. Czekała na moment, gdy przymknął oczy i sięgnęła pod poduszkę... dyskretnie i powoli wyciągnęła wcześniej tam ukryty naszyjnik z perełek. Uśmiechnęła się z zadowoleniem do siebie i zsunęła ponownie w dół. Trzymając delikatnie sznur korali w dłoni zataczała kręgi jak wprawna czarownica. Objęła go i odpłynęli falując ... Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: Zuzanna 27.02.06, 15:32 hehe...Zuzanna raczej udusiła tymi perłami Henia za tę murawę i piwsko:)))) no i zrobił nam się kryminał:)) Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 a ja na to jak na lato... 27.02.06, 16:07 taaa...zuzka czyta to jak kryminal, a ja czytam jak sajens fikszyn jakies. rozdziawiam gembe i czytam bo opisy so cudne. niestety rzeczywistosc jest bidna i siermiężna bo paniom najlepiej wychodzi jednak udawanie dębowej kłody, a nie wyrafinowane fiku-miku. he...he...i nie mam zamiaru nikogo o tym przekonywac. tak jest i basta! Odpowiedz Link Zgłoś
zuziknatropie Re: a ja na to jak na lato... 27.02.06, 16:16 gua wzmocnij selekcje:)) Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: a ja na to jak na lato... 27.02.06, 17:35 zgadzam się z Zuzią... siądź wieczorem sam na sam ze sobą ;o) i zrób rachunek sumienia na kartce, po lewej cechy -, po prawej cech +, a sam zobaczysz czego szukasz w kobietach... ------------------------------ Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo młody Henryk... 27.02.06, 17:37 Zuzanna była kobietą, która rozbudziła w nim namiętność gorącą jak nigdy przedtem. Czuł się przy niej jak uczniak, uzależniony od nauki. A każdy gest Zuzanny przepełniał magnetyzm. Wypełniała jego dni, każdą myśl, także nie miał czasu na wspominanie o Mariannie i jej dziecku. Zuzanna była zachłanna. Ledwo tolerowała jego życie. Nie miał czasu na wyrzuty sumienia, ani na bezsensowne myśli. Swojej byłej, bo tak ją nazywał, przesyłał pieniądze na dziecko i uważał, że w zupełności to wystarcza. Magiczne wieczory, które spędzał z Zuzanną zastępowały mu dotychczasowe życie. Była tak zmienna i intrygująca... zmieniała się w szczebiocącą dziewczynkę, innym razem w wyrafinowaną kurtyzanę. Nie nudziła go, mówiła jasno i krótko co chciała, lub zupełnie słodko, jakby jego zgoda wymagała dodatkowych zabiegów. Zwykła czynność zmieniała się w coś pełnego radości i życia. Gdy wracał wieczorami z pracy do służbowego mieszkanka, zagłębiała na powitanie dłonie w jego gorącej koszuli. Obejmowała w pasie i przytulała się zachłannie, aż nie dał jej powitalnego całusa. Za każdym razem smak pomarańczy rozpływał się w jego ustach. Za każdym razem seks był inny, zaskakujący. Lubił popołudnia przy telewizorze, wieczorne kąpiele pod prysznicem, gdy myła go dokładnie waniliową pianą klęcząc u jego stóp. Uwielbiał poranki, gdy budził się w chłodnej pościeli, otwierał oczy i patrzył na jej ząbki zaciśnięte na wargach, przymknięte powieki gdy kołysała się nad nim. Czasem tylko gdzieś w zakamarkach pojawiała się jakaś tęsknota, którą gasił tak błyskawicznie jakby się bał przyznać do tego, że nie jest szczęśliwy... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Heniu, stary dobry Heniu.... 27.02.06, 19:02 Heniu otworzył oczy i obrócił się na bok. Wersalka stara jak świat skrzypnęła przeciągle. Jak kobieta, rzekł do siebie i zaśmiał się patrząc w okno. Kawałek materiału, imitujący firankę zwisał żałośnie nad oknem. Rozwarł i wyprężył ręce na zmianę i poczuł jak krew napływa do palców. Siadł na pościeli niedbale rzuconej na łóżku i wygiął zgarbione plecy do tyłu. Zatrzeszczało dokładnie tak samo jak to coś w wersalce. Przypomniało mu się przysłowie ludowe. - Jeśli kobieta w nocy nie jęczy, to w dzień warczy.... hehe... no teraz to mu na nic.... jęczy tylko stara wersalka, no i drzwiczki od kredensu. O radości życia starego kawalera... Starość, czas kiedy połowa moczu idzie na analizy.... hehee.... Smutne, ale prawdziwe.... Wstał ciężko i poczłapał do łazienki. Siadł na muszli i wpatrywał się uporczywie na jakieś stare kolorowe gazety. Oprócz bezsensownego tekstu widać było jakąś cycatą babeczkę. Taki biuścik miała kiedyś jego Zuza. Ale to było wieki temu.... zamyślił się.... jakby w innym życiu... Milusia była, nie powiem.... ale po roku miał dość doświadczeń. Ile można się produkować dla kobity. I jak zaczęła go już męczyć, dostrzegł, że podobna jest ... zresztą ... każda baba jest taka sama. Każda jak nie goli nóg wygląda jak koza, każda chce żeby ją rozbierać w łóżku a potem ubierać w sklepie. Każda ma ten... no... się mówi teraz napięcie przedmiesiączkowe.... hehe... a dawniej że cholera ją bierze... jeden pies... te baby... Wałki noszą, suszą włosy i nakładają na twarz nie wiadomo co... rano zaś widać dopiero co tam w środku było....blade, wymoknięte i z sińcami pod oczami.... A wydawałoby się takie cudo... Zasadzają się takie na porządnych facetów i potem każą sobie żenić się albo alimenty płacić. Każda. Spiją bidnego faceta i tyle. To i po piątym piwie Boluś cud dziewcze we mnie zobaczył,...... hehe he... Cudnie, znowu ten parszywy ból. Ile razy hemoroidy dawały mu się we znaki, tyle razy mówił do siebie, że kupi ziółka do zaparzania. I na tym zwykle się kończyło. Wstyd i tyle. Doktorka kazała czopki kupić. Niech się cieszy jędza, że syrop pije. Diabli nadali... Wsadzać sobie baba każe nie wiadomo co ... Prędzej go piekło pochłonie. Zazgrzytał zębami i dokończył poranną toaletę. Podniósł się zanim spłuczka opadła i zanim lodowaty potok wody go obryzgał. W niezbyt klarownej szklance stała wysłużona szczoteczka do zębów. Ominął ją zgrabnym ruchem i sięgnął po zielonkawe pudełeczko. - Skończyły się, kurza twarz, skończyły... musi dziś jeszcze zainwestować w tic-taki... może nie zapomni... Zamyślił się jeszcze raz... Kobiety.... Gdyby wiedział to co dziś, nie zostawiłby Marianny... Gdyby.... przecież wrócił, próbował... ale było już za późno. – Umarłam dla ciebie – powiedziała i bez mrugnięcia okiem odeszła. Nie poznał jej, po prostu to była już inna kobieta. Może rzeczywiście miała rację... Marianna odeszła... umarła dla niego... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo ;o)))) 27.02.06, 19:05 tęskniłam już za starym, dobrym,cynicznym Heniusiem... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo terapia 04.03.06, 17:50 Marianna zaczęła nowe życie. Była wściekła i gotowa. Wściekła na siedem lat, które straciła. Gotowa na życie. Musiała jeszcze wszystko zorganizować. Mieszkanie, dziecko, praca i może nowy facet. Gdzie kobiety samotne mogą znaleźć normalnego faceta. Takiego co nie zagląda do kieliszka, nie chodzi na zdziry, pracuje ... co nie jest odrzutem... Miała ochotę na seks, na nadrobienie wszystkich pustych nocy. Na namiętność i czułe uściski. Potrzebowała mężczyzny. Ale gdzie szukać kogoś kto może być jej oparciem. Wiedziała, że na sam seks jest masę, morze mężczyzn. Ale taki co by został z nią i dzieckiem i dzielił życie... gdzie takiego znaleźć ? W kościele, w barze ? Na dyskoteki była za stara, znajomi praktycznie nie istnieli. Biuro matrymonialne budziło w niej nieokreślone niemiłe skojarzenia. Ma wyjść na ulicę i krzyczeć na całe gardło, że potrzebuje faceta ? Swatki rodzinne, ciotki i babki – nie, nie chciała, żeby rodzina wtrącała się w jej sprawy. I tak czuła się upokorzona swoim życiem i unikała zjazdów i imprez rodzinnych. Musiała znaleźć kogoś do małej, żeby móc poświęcić trochę czasu na swoje nowe życie. Spotkania z przyjaciółkami o których już dawno zapomniała, kino ze znajomymi, którzy odeszli w niepamięć. Zła była na siebie. Teraz gdy odrzuciła emocje i wyzwoliła się z wszelkiej nadziei, widziała jak w serialu telewizyjnym swoje błędy i swoje decyzje, wszystko co składało się w całość jak wielkie trójwymiarowe puzzle. Jakby oglądała serial telewizyjny. Marny serial. Wszystko jak na dłoni. To, że odsunęła swoich przyjaciół i zamknęła się w domu, to, że przejęła wszystkie obowiązki związane z dzieckiem, to wszystko miało swoje konsekwencje. Doprowadziło ją właśnie do tego momentu. Zawsze zbyt mało asertywna, rzadko walczyła o siebie i swoje emocje chowała często do kieszeni bez dumy i bez jęku. Zawsze tłumaczyła uczucia innych i wczuwała się w ich życie. Zawsze szukała winy w sobie. Koniec z tym. Na wizycie u dr Wątplimierza była trochę spłoszona. Chłodna poczekalnia i parę skrzypiących krzeseł. Drewniany wieszak w kącie. Czyjś zapomniany parasol z krzywą rączką. Nie wiedziała, czy sama traktuje poważnie to spotkanie. Nie wierzyła w jego umiejętności. Po prostu bardzo chciała się wygadać, a nie miała nikogo kto chciałby ją słuchać za darmo. Zresztą, tak naprawdę lepiej mówi się czasem do kogoś obcego, płaci i wychodzi bez bagażu. Dokładnie tak samo jak z prostututką. -------------------------------------------- Odpowiedz Link Zgłoś
guayazyl1 Re: terapia 05.03.06, 18:44 zaczyna sie dobrze...czekam...czekam. a moze bede czyms zaskoczony?.. Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo anioł 06.03.06, 17:01 Rozległo się pukanie i Henio zdrętwiał na chwilę. - Kto to mógł być ? - O tej porze ? Poczłapał w stronę drzwi i powoli z niechęcią przytulił oko do wizjera. Z tamtej strony drewnianej rzeczywistości stała i niecierpliwie podrygiwała starsza pani o jasnych kręconych włosach. - Kurza twarz, sąsiadka.... Nie chciał ją wpuścić, nie miał ochoty jej widzieć... To ta słodka jędza, co zawsze znajdowała pretekst, że by wejść do niego i poszperać w pokoju. Taki wampir emocjonalny, kobieta co wysysa całą energię i chęć do życia. Pilnował się przy niej, żeby nic nie mówić, bo każde słowo dawało jej kolejne szanse na rozwinięcie swoich opowieści. Zawsze czegoś potrzebowała i zawsze wszystko krytykowała. Dać jej palec to weźmie rękę i jeszcze pretensje będzie miała, że tak mało, tak późno i woooooogóle... Była bezczelna i arogancka. Zawsze dostawało mu się od niej. Dla niej był tłustym , starym osłem i tyle. Nagłe pukanie zadudniło tak mocno, że odskoczył od drzwi trąc prawy policzek i bolące ucho. Ach dobra, dobra.... uchylił lekko drzwi, na tyle żeby widzieć osobę stojącą za nimi. Drobna tleniona postać włożyła nogę w widniejącą szparę i trajkocząc niezrozumiale wepchnęła się prawie siłą do domu. Nie czekając na zaproszenie ani na samego Henia wkroczyła do kuchni i po kolei zaczęł podnosić pokrywki garnków. Henia nie zdziwiło to bynajmiej, widać był przyzwyczajony do takiego zachowania. - Co takiego panią tu przywiodło, pani Helenko ? - spytał. - A nic, tak sobie wdepnęłam, skarbeńku, dawno u ciebie nie byłam i zaszłam by zobaczyć jak sobie radzisz stary pierdziochu. - Masz co jeść ? - otworzyła kredens i zlustrowała zapasy herbaty i cukru. - Dałaby głowę, że u ciebie szczury by zdechły z głodu... zobaczysz, kiedyś twoje kocisko zostanie sam na sam z twoimi zwłokami... hehe he - No deratyzacja by ci się przydała, skarbeńku, oj, przydała... a zapomniałabym, taka jedna pytała o Ciebie... wczoraj, w bramie... Loki na maleńkiej zasuszonej główce zatrzepotały ja stado sikorek. - No ale jakaś dziwaczna... czy ty komuś dzieckaś nie zrobił ? co ? - Nie.... żachnęła się patrząc na Henia, który oklapł jak zdechłe liście buraka i siedział w kącie na wersalce. - Też mnie zdziwiło, co taka lala chce od ciebie? Jakby z W11 była, słowo daję, że od razu tak pomyślałam, bo wiesz, tu zniżyła głos jakby miała jakiś sekret wyjawić, nabrała powietrza i syknęła: - bo to jakaś zła kobieta była... Odsunęła się nagle i sunąc zdecydowanie do drzwi zamaszystymi krokami, powiedziała jeszcze na koniec. – Wiesz, Henio, że post jest... na gorzkie żale byś się przeszedł, albo i na drogę krzyżową... o duszę swoją zadbał.... Henio podniósł się nagle z wersalki i podszedł szybko do drzwi żeby je zamknąć czym prędzej... – Nigdy nie wiadomo... nigdy nie wiadomo........, szepnęła staruszka i uśmiechnęła się tak ciepło i promiennie, że cała złość nagle przeszła Heniowi. Jakby anioł skrzydło włożył między drzwi i popatrzył prosto w duszę............. ------------------------------------------------------------------------------- Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo psychiatra 09.03.06, 01:56 Doktor Wątplimierz siedział wygodnie w fotelu i marszczył w zabawny sposób czoło. Pochylał się nad papierzyskami, które latały wokół i starał się by wyglądać bardzo poważnie. Kiedy po raz pierwszy zobaczył Mariannę, jęknął gdzieś w duszy głęboko, ponieważ nie lubił słuchać wynurzeń kobiet. Zaskakiwały go w swej pokrętnej logice i trudno było sprostać ich oczekiwaniom. Pojawiła się cicho i nieproszona siadła miękko na ocienionej kanapie, kładąc ręce na kwiecistych poduszkach. Zaczęła mówić, a w miarę jej opowieści przestał pragnąć włożyć ją do kartoteki wraz z innymi neurotyczkami i zaszufladkować w zwyczajną depresję. Było coś w niej pociągającego, jak w zieleni kwiatu. Gdy patrzeć na niego irytuje brakiem kwiatów czy koloru i ma się ochotę dodać coś od siebie i przypiąć wstążkę lub zmienić donicę. Tak też z Marianną było. Nieoczekiwanie dla samego siebie, irytacja zaczęła zmieniać się w zaciekawienie i pragnienie, by wywrzeć na niej jakieś wrażenie, by zmienić coś w jej życiu. Wbrew zasadom i naukom założył nogę na nogę i kołysał nią to w lewo to w prawo, nerwowo gryząc końcówkę długopisu. Marianna mówiła... ------------------------------------------------------------------------------- Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: psychiatra 09.03.06, 01:57 Wydaje mi się, że moja miłość do niego wygasa powoli jak sączące się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Czuję się tak samotna i rozczarowana. Rozumiem wszystkie schematy, scenariusze zachowań pomiędzy stronami po urodzeniu dziecka, ale to coś innego. Siedzi głęboko w nas i wcześniej zakiełkowało. Od początku naszego małżeństwa. Boję się, że już nie wrócimy do siebie. Zmienił się, a ja nigdy nie będę tą samą osobą. Do tej pory myślałam, że czułość i seks mogły by nas zbliżyć do siebie. Teraz przełamało się coś we mnie i już nie mam tej pewności, ani ochoty na coś bliskiego i intymnego. Stał się dla mnie jak ojciec. Dostrzega potrzeby zewnętrzne i stara się je zaspokoić. Nie jest tym samym człowiekiem i nie chce dzielić się sobą. Nie byłam pewna, nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć, że może być w jego życiu ktoś inny. Że ma inne życie i chce wyjść z mojego tak jak wychodzi się z supermarketu, po prostu. Przechodziło to moje granice postrzegania. Nie rozumiałam tego. Jak z kogoś kochającego, mojej miłości, mojego przyjaciela, mógł tak nagle zmienić się w najgorszego wroga. Teraz nie ufam już niczemu co widzę i czuję. Bo gdy nie widziałam w nim tej twarzy przez tyle lat, to mam wątpliwości co jest prawdziwe wokół mnie. W tych dniach słońcem moim jest maleństwo. Jej cudowny uśmiech odmienia moje sny i zatapia w bardziej pogodne myśli. Jest moim wybawieniem i moją kotwicą.... -------------------------------------------------------------------- Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: psychiatra 09.03.06, 01:58 Gdy skończyła się wizyta, doktor Wątplimierz siedział jeszcze w fotelu usiłując zebrać myśli. W burzy przemyśleń starał się znaleźć jakąkolwiek spokojną myśl, jakieś przesłanie, które mogłoby go zaprowadzić do realności. Z ciszy wyrwał go nagły szelest. Popatrzył w stronę skąd dochodził dziwny odgłos, ale w mroku nic nie dostrzegł. Na ciemnym ekranie komputera pojawił się jakiś napis..... Nasunął okulary głębiej na nos i zbliżył się do pulsujących literek.... NEO , OBUDŹ SIĘ .... zastygł w bezruchu i gorączkowo szukał rozwiązania tej zagadki. PODĄŻAJ ZA BIAŁYM KRÓLIKIEM.... przeczytał... siedział tak jeszcze chwilkę zanim zrozumiał, że dziś już nic nowego nie zobaczy... po monitorze spłynęły szybko litery i cyfry, jak strumień wody na perfekcyjnie płaskim kamieniu... Otrząsnął się, wstał i wyjrzał powoli na korytarz. Zamknął za sobą drzwi na klucz i stanął na środku poczekalni. W kącie siedziało coś na kształt małej puchatej kuleczki. Zapalił światło i ze zdumieniem stwierdził że koło drzwi wyjściowych kica biały królik. Popatrzył na różowy nosek i sięgnął odruchowo po płaszcz. Narzucił go szybko, wsadził teczkę pod pachę i gotowy już do wyjścia uchylił lekko drzwi. Zwierzątko umknęło błyskawicznie i doktor śpiesznie zatrzasnął je za sobą. Ulica i mrok powitały go wilgotnie i cicho. Zapalone latarnie dawały gdzieniegdzie żółty półmrok , wydawałoby się tak ciepły i miły w tym zakamarku. Zerknął w bok i ruszył przed siebie, a zwierzątko kicało przed nim czujnie nastawiając uszka i oglądając się co chwilę czy podąża za nim. Szedł bezmyślnie, a gdzieś w głębi trapiło go przykre uczucie, że o czymś zapomniał, że czegoś mu brakuje. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niego co to było..... w poczekalni nie było.... parasola. -------------------------------------------------------------------------- Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo ulica 26.03.06, 18:08 Henryk stał w oknie i patrzył przed siebie. Próbował uporządkować myśli i nie udawało mu się to od jakiegoś czasu. Tak chciałby jeszcze poczuć tą gorączkę w żyłach, zafascynowanie i chęć działania. Chciałby poczuć że żyje a nie zamienia się w pustą wysuszoną mumię. Obracał w dłoni poznaczonej brązowymi plamami zimną szklaneczkę i przeglądał się w jej ciepłych refleksach które rzucała wokół. Jego życie było nudne. Przeraźliwie. Czy to samotność ? Może też. Brak mu było pasji, która by budziła go i wyrywała z łóżka co rano. Gdy zdawał sobie sprawę z płynącego czasu, przerażenie nie dawało mu zasnąć. Miotał się w pościeli i szukał rozpaczliwie czegoś co pomogło by odnaleźć spokój. Bał się dewocji. Bał się podobieństwa do biegających do kościoła staruszek, ich spokoju i stanowczości w wierze. Ale jednocześnie bardzo chciałby poczuć, że coś tam jeszcze go czeka. Czasem myślał o wszystkich tych których pożegnał. Pamiętał ich oczy i słowa, a potem wyrzucał ich z pamięci tak śpiesznie jakby miało go to zarazić śmiercią. Tak jak nie myślał o odejściu, tak nie przyznawał się do strachu. To przecież go nie dotyczyło... Pamięta jeszcze tylko jej głębokie ciemne spojrzenie i niemoc mówienia, i żal nieprzeżytych chwil. Wiedział, że mu wybaczyła. Jej spokój, jej pewność przerażały go. Trzymał jej dłoń i w wirze myśli próbował wyłonić choć jedne rozsądne zdanie. Ale nic nie przychodziło mu do głowy, więc wybiegł na ulicę przed dom i szukał rozpaczliwie czegoś czym mógłby wytłumaczyć swoją nieobecność. Teraz, kiedy o tym myśli i wraca do tej chwili, chciałby trzymać jej rękę dalej i czekać aż pójdzie dalej. Zobaczyć jeszcze raz jej pewność, że go nie potrzebuje i że na nią ktoś czeka. Tak bardzo tego potrzebował. Gdyby teraz odszedł nic nie zostało by po nim, co mogłoby wzbudzić radość czy też choćby cień wspomnienia. Po drugiej stronie, czekała by na niego, gotowa go bronić przed jego wyrzutami i krzywdami jakie uczynił. Jego życie.... czy w konfrontacji ze swoimi słabościami przejdzie na drugi poziom ? Co i kto mnie tam spotka... Brak wiosny dręczył go koszmarami i nieodmiennie od kilku dni wspomnienia kaleczyły go i strach paraliżował przed wyjściem z domu. Czasem czuł silną potrzebę, żeby komuś opowiedzieć wszystkie słowa które tak go raniły. Opowiedzieć o zmorach, które czekają na niego u wejścia i nie pozwalają ani żyć, ani umrzeć... I żeby uwierzyć w miłość i wybaczenie, żeby odzyskać spokój obiecał sobie znaleźć kogoś, kto mógłby oczyścić go i wysłuchać bez pytań i bez oceniania.... tak po prostu... Zostawił ledwie napoczętą szklaneczkę na taborecie i zarzuciwszy palto na plecy trzasnął drzwiami. Na ulicy było już ciemno. Wilgoć otaczała go ze wszystkich stron i tylko poświaty latarni dawały złudzenie przytulności. Ostrożnie stąpał po rozmokniętym śniegu uważając, by nie stracić równowagi, kierował się w stronę kościoła. Ten impuls prowadził go w drugą przecznicę, gdzie na tle granatowego nieba jaśniała wieżyczka kościelna. Nagle zobaczył młodą kobietę, która szła powoli jakby bez celu. Po jej krokach dowiedział się o bezsilności, gdy nie mijała kałuż i zamyślona wchodziła do zimnej breji. Gdzieś błądziła wzrokiem, daleko i nie wiedząc gdzie idzie, tańczyła dalej w swoich myślach. Minęła go i na moment zobaczył jej twarz, a spojrzenie jej głębokie i czarne przywiodło na myśl dawne wspomnienie. Ona już tam była... gdy to dotarło do niego, obejrzał się gwałtownie i chciał coś powiedzieć, zatrzymać ją. Ale jak szybko pojawiła się jej postać tak szybko zniknęła w ciemnościach... Na ulicy słychać było tylko równomierny stukot, jakby ktoś parasolem badał co chwilę głębokość kałuży... Henryk otrząsnął się i odwrócił. Przed nim jawiła się ogromna bryła kościoła, a w środku droga po schodach i brama. Przyśpieszył kroku żeby jak najszybciej sprawdzić, czy jest otwarta. Czy będzie otwarta dla niego.... - Szklą się lodem jeziorka i błota ... Odpowiedz Link Zgłoś
w.iwo Re: ulica 26.03.06, 18:09 Jakieś dawno nieoliwione wrota zaskrzypiały przeraźliwie. Dreszcz przebiegł przez plecy dr Wątplimierza. Już dawno nie widział nic białego i puszystego. Zgubił się w tych ciemnych uliczkach i już nie wiedział gdzie idzie. Ganił się w myślach za głupotę i tak nagłe wybiegnięcie z gabinetu. Ostatnia wizyta pacjentki wybiła go z rzeczywistości i chętnie by teraz wrócił do swego mieszkanka, do ciepłego szlafroczka. Gdy pomyślał o gorącym ciałku, które teraz mogłoby go pieścić i wieczorze przy telewizorze i szklaneczce piwa, przyśpieszył kroku. Postanowił nie ganiać za jakąś ułudą i wrócić na główną ulicę. Może uda mu się złapać taksówkę. Czy w tym mieście są w ogóle taksówki ? Ohyda, taka pogoda... Gdyby wrócił normalnie do domu, już teraz po gorącej kąpieli zajęły by się nim delikatne dłonie rudej namiętności.... Zielone oczy i słodkie usta. Tak bardzo jej potrzebował... Pusta ulica przerażała go. Z daleka nadjeżdżał jakiś samochód. Snop świateł omiótł jezdnię i doktor ze wszystkich sił pragnął, by zatrzymał się przy nim. Jakby auto miało jakąś magiczną moc, by przenieść go z tego świata do fotela nakrytego ciepłym kraciastym pledem i pilota leżącego na oparciu. Pojazd zatrzymał się przy krawędzi chodnika i otwarły się drzwiczki. Z głębi doszedł go stanowczy głos... wsiadać... Bez protestu wturlał się na tylnie siedzenie i wtulił w oparcie. Drzwi trzasnęły krótko i pojazd ruszył. Był szczęśliwy... po prostu... za nic w świecie nie chciał wracać na zimną i ciemną ulicę. - Józek,- mówił stanowczy głos - mam następnego do izby wytrzeźwień, szykuj pryczę... - Szklą się lodem jeziorka i błota ... Odpowiedz Link Zgłoś